Przyjechała do Białegostoku mając 13 lat, z Armenii pogrążonej w chaosie. Nie znając języka, musiała odnaleźć się w nieznanym miejscu, wśród obcych ludzi. Potem przez lata pomagała uchodźcom, wiedziała dokładnie, co przechodzili rzuceni nagle w inną rzeczywistość. Dziś Anush Antonyan spełnia się promując ormiańską kulturę i kuchnię. Otworzyła właśnie przy Lipowej restaurację Smaki Kaukazu.
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Własna restauracja to pomysł na to, jak połączyć pasję do gotowania, swoją kulturę i pracę, ale Anush Antonyan jako nastolatka widziała siebie w roli lekarza i niełatwo jej było pogodzić się z myślą, że nim nie będzie. Myślała, że do Polski przyjeżdża tylko na kilka miesięcy, a w Białymstoku mieszka już 22 lata. Teraz nie mogłaby żyć gdzieś indziej. Z radością odwiedza Armenię, ale szybko zaczyna tęsknić za Polską. To tu może się realizować, pokazując białostoczanom, jak smakuje jej pierwsza ojczyzna.

AGNIESZKA SADOWSKA

W kolejce po chleb

Anush wciąż bardzo trudno mówić o dzieciństwie – zarówno tym w Armenii, jak i pierwszych latach w Polsce.

– W moim kraju było bardzo ciężko, najpierw przez trzęsienia ziemi. Ja mieszkałam w Erywaniu i tam nie było akurat aż takiej sytuacji, że wszystko runęło. Z dwóch innych miast nie pozostał kamień na kamieniu, ale u nas też było bardzo dużo zniszczeń. Pamiętam ten stres, bieganinę, ten strach, jak się wszystko trzęsło. Do tej pory, jak o tym mówię, jest mi straszne ciężko. Trzęsienie było w 1988 roku, a potem mieliśmy w latach 90-tych wojnę z Azerami. Były strzelaniny, pamiętam, jak byłam na wsi u dziadków i chowaliśmy się w piwnicy. Słyszałam jak mówili, że czyjegoś domu już nie ma, gdzieś tam bomba spadła – opowiada Anush Antonyan.

Po tym wszystkim sytuacja Armenii bardzo się pogorszyła.

– W kraju nie było ani wody, ani ogrzewania, ani światła. Jak chodziłam do szkoły, w klasie siedzieliśmy w kurtkach i w ciepłych butach, a jak wracałam do domu, lekcje musiałam odrabiać przy świecy – wspomina kobieta.

Jeden obraz z przeszłości jest dla niej szczególnie bolesny. Nadal gdy o tym mówi, nie jest w stanie powstrzymać łez.

– Jako małe dziecko stałam w kolejce, żeby kupić chleb. To trwało około 4-5 godzin. I w pewnym momencie zostałam wypchnięta z kolejki. Wracałam bez niczego, byłam zrozpaczona, że nie mam czego zanieść rodzinie – przyznaje.

Doszło do takiego momentu, że jej mama zdecydowała się na wyjazd z kraju.

Zszyjmy marzenia. Białostocka organizacja pomaga uchodźczyniom z Syrii [WIDEO]

– Wiedziała, że nie ma przyszłości dla mnie w tym miejscu. Ja zostałam z ojcem, ona przyjechała do Białegostoku. Miała znajomą osobę, która wcześniej znała Białystok. Dlatego mama zdecydowała się na to miasto, i przyjechały tu razem. To był rok 1994, a w kolejnym powiedziała, abym do niej przyjechała na wakacje. I już mnie nie wypuściła – mówi nasza rozmówczyni.

Co to znaczy? O czym mówicie?

Nie ukrywa, że dla niej to byt dramat. Jednak nie mogła kwestionować decyzji mamy. Cały czas miała wrażenie, że to sytuacja przejściowa, że są tu tylko na chwilę, by poprawić sytuację i wrócić do Armenii.

– Jako nastolatka już miałam określone cele i pasje, chciałam być lekarzem. Uczyłam się w tym kierunku, to mnie fascynowało. Ale przyjechałam tutaj i w pewnym momencie zrezygnowałam z marzeń. Nie znałam wcale języka. Miałam 13 lat i poszłam do klasy ósmej Szkoły Podstawowej nr 11 przy ul. Poleskiej, choć nic nie rozumiałam, o czym oni mówią. Proponowali, abym poszła do klasy pierwszej, nie zgodziłam się. Ja to strasznie przeżywałam i płakałam, powiedziałam mamie, że nie będę absolutnie chodzić do szkoły w takiej sytuacji. Albo dajcie mi szansę i idę do klasy ósmej, albo w ogóle chodzić nie będę. I wtedy pani dyrektor się zgodziła, ale było mi bardzo ciężko, to był chyba najgorszy okres w moim życiu – przyznaje Anush.

Nie dość, że nie znała języka, to jeszcze wyśmiewano się z niej, spotykały ją przykre sytuacje.

– Mając 13-14 lat piłam kawę i siedziałam po nocach. Nie spałam, a uczyłam się. Nie miałam słownika ormiańsko-polskiego, więc znalazłam stary słownik rosyjsko-polski. To także był dla mnie obcy język, ale jakoś, z trudem sobie poradziłam. Pytałam wciąż bliskich i znajomych: „co to znaczy?”, „o czym mówicie?”, oglądałam telewizję – opowiada.

Ja wierzę w ciebie

AGNIESZKA SADOWSKA

Wspomina szczególnie istotną dla niej w tym okresie osobę.

– Miałam bardo dobrą nauczycielkę, zawsze wszystkim o tym mówię – panią Banach od matematyki i chemii, która była moją drugą mamą w szkole. Ona bardzo mnie wspierała. Gdy uczyła mnie trygonometrii, a ja nie znałam tych wszystkich nazw, to ona rysowała, pytała mnie, co to jest, a ja mówiłam po swojemu. Wtedy ona to u siebie zapisywała i próbowała tłumaczyć mi w moim języku – wspomina z wdzięcznością Ormianka.

Niemal codziennie pozostawała po lekcjach, a nauczycielka uczyła ją matematyki, a jednocześnie języka.

– Ona zawsze mówiła do mnie „Anuszka, ty zostaniesz lekarzem, ja wierzę w ciebie, ja widzę w tobie taką siłę, ty się nie bój” – mówi kobieta.

Miała też wychowawcę, który uczulił nauczycieli, by dziewczynkę łagodnie traktowali. Anush miała dwie koleżanki, które bardzo ją wspierały, wręcz odrabiały za nią lekcje, kiedy jeszcze nie potrafiła pisać po polsku.

– Pani od polskiego prosiła mnie, abym przeczytała chociaż kawałeczek lektury, żebym wiedziała o czym to jest. Kiedy zaczęłam chodzić na korepetycje, musiałam napisać pracę o ojczyźnie, a miałam bardzo dużo do powiedzenia w tym temacie. Pani powiedziała mi: „Ania, ja się przy tym spłakałam”. Niestety, mam przykre doświadczenie z panią od angielskiego – to był dla mnie kolejny nowy język, bo w Armenii uczyłam się rosyjskiego i francuskiego. A ta nauczycielka powiedziała, że nie pozwoli mi przejść do następnej klasy, bo nie jestem na takim samym poziomie jak inne dzieci i to będzie niesprawiedliwe – Anush nadal to przeżywa.

Jednak tę ósmą klasę przeszła. Do dziś pamięta oceny na świadectwie po zaledwie siedmiu miesiącach nauki. Z matematyki miała 4+, a z polskiego 4-. Kolejnym wyzwaniem był dla niej egzamin do szkoły średniej, ale udało się, to także dzięki wsparciu nauczycielki. Liceum to była ciągła walka. Skończyła je z czerwonym paskiem.

– Miałam taką determinację, aby tak nauczyć się polskiego, żeby nikt nie poznał, że nie jestem Polką – mówi wprost.

Otwartą dłonią Białystok stopuje nienawiść. Marsz i manifest [ZDJĘCIA, WIDEO]

Wiedziała, co przeżywają uchodźcy

Podczas ogólniaka przez cały czas miała jeszcze plany związane z medycyną, ale po szkole na jakiś czas drogę przed dalszą edukacją zamknęło jej nieudane małżeństwo. Po wielu przejściach postanowiła się z niego wyzwolić, w trakcie rozwodu poszła na studia. Najpierw zrobiła licencjat z kulturoznawstwa, potem poszła na bezpieczeństwo narodowe. W trakcie studiów pracowała i sama wychowywała dzieci.

– Praktycznie nie było mnie w domu, ogromnie wspierali mnie znajomi i moja mama. Bardzo dużo dała mi też praca – w Fundacji Edukacji i Twórczości (której nazwa zmieniała się później na Fundację Dialog). Ja się tu nauczyłam wszystkiego, łącznie z obsługą komputera. Jestem tym wszystkim ludziom bardzo wdzięczna – przyznaje Antonyan.

Jej własne przejścia i empatia miały olbrzymie znaczenie w pracy, w której stykała się z obcokrajowcami – przybywającymi na Podlasie uchodźcami. Przyznaje, że sama nigdy nie czuła się uchodźczynią, ale doskonale wiedziała, jakie uczucia targają człowiekiem rzuconym nagle do nieznanego kraju.

– Gdy przychodzili do mnie ludzie, bardzo to brałam do serca. Po roku pracy byłam wręcz padnięta, nie dawałam rady. Dzięki szkoleniom nauczyłam się mieć dystans do tego wszystkiego i dalej pomagać, wtedy było mi łatwiej. Przecież ja dokładnie wiedziałam, co dane dziecko czuje, co przeżywa, gdy trafia tutaj do szkoły. Fundacja bardo mnie wspierała, to mi dało skrzydła, wręcz zostałam znaną twarzą fundacji. Uwielbiałam swoją pracę i ekipę – opowiada Anush.

Z trudem, ale zdecydowała się opuścić fundację, by pójść własną drogą i założyć restaurację.

Czas na coś własnego

Anush na wiele spotkań przygotowywała potrawy z rodzinnych stron. Znajomi chwalili, mówili, że powinna założyć swoją restaurację. W którymś momencie zapaliło się jej światełko, że może faktycznie to nie jest głupi pomysł. Z tymi myślami biła się już kilka lat, a w połowie czerwca otworzyła Smaki Kaukazu – restaurację z kuchnią ormiańską i gruzińską. Nowy lokal mieści przy ul. Lipowej 30.

AGNIESZKA SADOWSKA

– Odważyłam się na ten krok, bo przez to mogę pokazać swoją kuchnię i kulturę. To oczywiście dla mnie ciężka decyzja, bo to się wiąże z dużymi finansami i wieloma formalnościami, o których wcześniej nie miałam zielonego pojęcia. Zakładając tę firmę czułam to samo, co po przyjeździe do Polski. Poruszałam się w gąszczu nieznanych mi rzeczy i miałam w sobie determinację, że nie mogę się cofnąć – zaznacza właścicielka lokalu.

Jeśli chodzi o kuchnię, to Anush czuje się jak ryba w wodzie, bo gotowała już od 12. roku życia, jeszcze w Armenii.

– W dzieciństwie cała kuchnia i obowiązek sprzątania domu były na mnie. Wtedy nie było pralek, więc prałam, gotowałam i sprzątałam. Gotuję już ponad 20 lat i nawet na własnym weselu robiłam wszystko sama – nie ukrywa szefowa kuchni nowego smacznego miejsca.

AGNIESZKA SADOWSKA

Armenia z granatem i bakłażanem

Kuchnia ormiańska jest bardzo bogata, a aby zaprezentować ją w pełnej krasie, karta restauracji Smaki Kaukazu zmienia się średnio co dwa tygodnie.

– Chcemy wszystko robić na bieżąco, aby to było świeże, stąd krótka karta. Codziennie pieczemy chlebek lavash i robimy nowe dania. W kuchni ormiańskiej króluje przede wszystkim wołowina i jagnięcina. To są dwa typy mięs, które najczęściej są u nas gotowane. Okazjonalnie jest też indyk, kurczak, czasami wieprzowina. Używamy też dużo ziół i przypraw, nawet w przypadku niektórych nie znam polskich nazw. Moja mama ma ogródek i sama je uprawia, niektóre przyprawy udaje nam się ściągnąć z Armenii. Dużo używamy bakłażanów, popularne są też orzechy włoskie – opisuje Anush.

W drugim członie nawy restauracji pojawia się kuchnia gruzińska, bo wiele dań jest wspólnych dla tych krajów, choć mogą się różnić nazwami.

Jedz, nie obrażaj. Obiad z cudzoziemcem może wyleczyć z ksenofobii [FELIETON]

I tak haszlama to jagnięcina duszona w warzywach, w formie pożywnej zupy. Jest też kebab ormiański, zupełnie inny od tego z krajów arabskich, bo z mięsa mielonego na patyku i przygotowany na grillu. Sudżuch może być na słodko i słono, to przekąska nanizana na nić. W tej pierwszej wersji to orzechy włoskie w zalewie w z morwy. A na słono mamy do czynienia z wołowiną w suszonych przyprawach. Basturma to aromatyczna suszona wołowina. Manty – w kształcie róży – są odpowiednikiem gruzińskiego chinkali. Są też osławione gołąbki w liściach winogron.

– Kuchnia ormiańska jest bardzo czasochłonna, wymagająca skupienia, właśnie m.in. przez zwijanie. Ale osobiście chcę dopilnować każdego dania, by odpowiednio smakowało – mówi właścicielka Smaków Kaukazu.

Tradycyjnym daniem jest również kasza orkiszowa z pieczarkami. Oczywiście nie może zabraknąć roladek z bakłażana z orzechami włoskimi i granatem, który jest symbolem Armenii i pojawia się w logo restauracji, jak i w jej wystroju. Są też granatowe wina, ale również morelowe czy jeżynowe. Do tego soki i herbata z owocu granatu. W ofercie znajdują się też wina gruzińskie. Ze słodyczy są tradycyjne baklavy.

AGNIESZKA SADOWSKA

Jedyna rzecz, której Anush obawia się w kuchni serwowanej Polakom, to stopień pikantności. W Armenii dania są bardzo ostre, dlatego np. bozbasz z wołowiną i cieciorką, czyli rodzaj gęstej zupy robi w dwóch wersjach, łagodniejszej i oryginalnej.

– Cała reszta jest zgodna z naszymi przepisami, bo wiem, że te dania są smaczne i ludziom chcącym poznać trochę tej kuchni przypadną do gustu. Na razie wszyscy chwalą – cieszy się szefowa kuchni. – Staram się też, by ceny były przystępne, by na wyjście na obiad z dziećmi mogła sobie pozwolić matka taka jak ja.

Przyznaje, że kuchnia polska i ormiańska bardzo się różnią. Kiedy ona przyjechała do Białegostoku, jedyne, co jej naprawdę smakowało, to babka i placki ziemniaczane. Śledzie, flaki, bigos – nie mogła zrozumieć, dlaczego jemy takie rzeczy, przekonała się do nich dopiero po wielu latach.

Dwa w jednym

AGNIESZKA SADOWSKA

Smaki Kaukazu promują też kulturę ormiańską przez muzykę. Usłyszeć tu można charakterystyczny instrument – duduk wykonany z drewna moreli, który brzmi bardzo przejmująco, czasem porównywany jest z płaczem kobiety. Ma on kilka tysięcy lat tradycji, a szerzej znany stał się dzięki motywowi z filmu „Gladiator”. Tak się zdarzyło, że wystrój lokalu, gdzie ściany obłożone są kamieniem, pasował do charakteru restauracji.

– Armenia jest bardzo starym, górzystym krajem, które chrześcijaństwo przyjęło już w 301 roku. Wszędzie mamy zdjęcia, gdzie są stare kościoły, które mają po kilkaset lat. Wiele rzeczy do dekoracji, obrusy i dodatki, zamawiałam z Armenii, bo tu były niedostępne – mówi Antonyan.

Czuje, że w końcu jest na odpowiednim miejscu.

– Czasami ludzie pytają mnie, czy ja myślę po polsku, czy po ormiańsku. Dzieci mówią mi, że czasem przez sen coś powiedziałam w jednym, albo drugim języku. Więc to jest takie dwa w jednym, już się tego u mnie nie da rozdzielić. Bardzo tęsknię do Armenii, ale gdy jestem tam miesiąc czasu, zaczyna brakować mi polskiej mentalności. W obu kulturach są rzeczy dobre i złe, ale ja staram się wybierać tylko te dobre – śmieje się Anush, u nas nazywana Anią.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Jarosław Kurski poleca
Więcej
    Komentarze
    Zaloguj się
    Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem
    Poprzedni komentarz coś mi śmierdzi konkurencją-Jenifer1, Musisz faktycznie znać bardzo dobrze te kuchnie skoro znasz te wszystkie nazwy i "poprawne"smaki. Najłatwiej jest komentować będąc anonimowym. Czas wszystko zweryfikuje i proponuję samemu przekonać się na własnej skórze jak jest na prawdę. Ja idę z przyjaciółmi w najbliższą środę. Z tego co wiem, ludzie stoją w kolejce fo stolika, tak dobre tam jedzenie.
    już oceniałe(a)ś
    1
    0
    Mnie ta restauracja baaardzo rozczarowała... dania kompletnie bez smaku. Szkoda... bo lubię ten rodzaj kuchni. Jagnięcina w zamówionej potrawie to były w większości same żyłki i chrząstki. Zamówiłam szaszłyk drobiowy dostałam 3 skrzydełka kurczaka pomiędzy dwoma płatami placka - ani to nie było ormiańskie ani gruzińskie ani szaszłyk. Manty były zjadliwe ale szału nie ma :( Rozumiem mała karta - ale z menu obiadowego naprawdę nie ma co wybrać. Myślę, że chaczapuri powinno być w menu na stałe - niestety podobno bywa ale akurat nie trafiliśmy. Obsługa zlękniona i mało kompetentna. O wszystko trzeba się dopytywać... ech, wyszliśmy głodni i zniesmaczeni. Więcej tu nie zawitam.
    już oceniałe(a)ś
    0
    0