Ciągle w drodze, ciągle pędzi, choć zawsze wraca, do ukochanych rodzinnych Walił pod Gródkiem, gdzie mieszka, tworzy, hoduje kury ozdobne, sadzi dalie. Gdzieś w tej wiecznej podróży dopędziły go kolejne urodziny. Wybitny malarz Leon Tarasewicz właśnie skończył 60 lat.
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Prezentował się w najbardziej prestiżowych galeriach Europy. Malował ściany w średniowiecznych willach włoskich, farbą zalewał kamienne place i podłogi zabytkowych kościołów. Ale nim świat go docenił, też działo się dużo, oj dużo.

Nie każdy wie, że jeden z najlepszych polskich malarzy współczesnych w wieku całkiem wczesnym grywał na weselach wiejskich z kumplami z zespołu Kameleon. Że w wojsku za malowanie dywanów stopnia kaprala i odznaki „Wzorowy żołnierz” się dosłużył. Że na studiach będąc, w konkursie wewnątrzpracownianym namalował obraz na temat kariery Ireny Szewińskiej i dostał w nagrodę magnetofon szpulowy. Że raz był radnym Gródka. Że współtworzył festiwal Basowiszcza...

I że ciekawość świata wykazywał od dziecka.

Kocioł, w którym się gotuje. Pięć lat Galerii Krynki

Leon w pokrzywach

Jego przyjaciel, nieżyjący już Sokrat Janowicz o „Loniku” w wieku szczenięcym napisał ciepło i dowcipnie:

„Chuchano [na niego] i dmuchano, ale przesadnie ojcu nie drżała ręka, kiedy będąc wyprowadzony przez szałapula z równowagi, nieraz poszukał był (...) rzemiennego pocięgu, by złoić skórę syneczkowi. Chociaż z rzadka dochodziło do egzekucji – malec odgrażał się pójściem w świat. Razu pewnego rzeczywiście ruszył na przełaj, lecz na wydmuchu wpadł do głębokiego dołu z pokrzywami...”.

Kilkadziesiąt lat później Tarasewicz – pedagog w pracowni ustawia trumnę z kwiatkami, a jak trzeba, to – w celach edukacyjnych – pójdzie po lalkę z sex-shopu (wszystko w celu zbożnym, by studenci błędów nie robili).

O Leonie piszą książki (prace magisterskie też), kręcą filmy, o wywiadach nawet nie wspominając – te idą w setki, same tylko rozmowy publikowane w „Wyborczej” trudno zliczyć.

Co więc tu można jeszcze o Tarasewiczu napisać?...

I zamiast pisać, postanowiliśmy urodzinowo przejrzeć nasze archiwum.

Wyszperane w archiwum

O sobie:

* Jestem Białorusinem, obywatelem Polski. Tu się urodziłem, tu mieszkam. Był moment, że moje tereny były niemieckie, były białoruskie, były polskie. Teraz to tereny, na których obowiązuje administracja polska. Nie mam z tym problemu. I często występuję jako artysta polski. Narodowość to rzecz, z którą się rodzimy, ale do niej dochodzi też świadomość historyczna.

Nie żałuję Białorusinowi, który nie chce być Białorusinem. Niech idzie, gdzie chce. Z drugiej strony np. na negowaniu białoruskości na Białostocczyźnie tracą najbardziej Polacy, a nie Białorusini. Jeśli się neguje wpływy innej kultury, zubaża się swoją i swoje słownictwo. (2014)

O Waliłach pod Gródkiem, w których mieszka i pracuje:

* Nie chcę być jednym z emigrantów, bo to zmienia mentalność, wykorzenia. Dlatego też wróciłem. I osiadłem w Waliłach. Waliły dają bazę i są namiastką normalności. Dzięki nim mogę być partnerem dla innych. Mam swoją kulturową bazę, mogę stąd dojeżdżać do zakładu pracy przez te 225 km, wyjeżdżać na wystawy. Bez bazy w Waliłach nie namalowałbym tego wszystkiego, co namalowałem. (2007)

O Mieleszkach, starej białoruskiej wsi pod wschodnią granicą

* Bywałem w niej jako dziecko, u dziadków. Arkadia dzieciństwa. Ach, ten zapach w sieniach chaty dziadka Michała! Minęło już tyle lat, a on wciąż mnie nie opuszcza. Doszło do mnie całkiem niedawno, że to przecież zapach rozlanego, sfermentowanego mleka, przesiąknięty aromatem świeżo zebranego siana ze stodoły. Identyczny zapach czuło się od watówki – kufajki dziadka, kiedy przytulony jeździłem z nim na żeleźniaku na pole...

I jeszcze ta mowa, która dźwięczała wszędzie wokół. Wydawało się, cały świat tak rozmawia, nawet Matka Boska z Chrystusem. (2007)

O Białymstoku

* To zawsze było dla mnie miasto tranzytowe. Jak zajrzałem raz z mamą jako dziecko do pałacu Branickich, byłem rozczarowany, że w środku jest tak nijak. Przyjechałem ze wsi do pałacu, a tu nic nie ma. Cerkiew w Gródku była o wiele ciekawsza, bardziej kolorowa. Moje mówienie po białorusku kojarzyło się z francuszczyzną jakąś. Nie miałem wzorców w tym mieście. Musiałem szukać dalej. Do dziś w Białymstoku najtrudniej rozmawia się z ludźmi, którzy nigdzie nie wyjeżdżali i nic nie widzieli. (2014)

* Cały ten międzynarodowy bogaty fabrykancki świat Białegostoku – Żydzi, Rosjanie, Niemcy, Ormianie, odszedł wraz z wojną. A to, że po wojnie przyjechały tu Janki i Wacki z okolic Suchowoli, Dąbrowy Białostockiej, Moniek i to, że przyjechały Wańki i Waśki z Hajnówki, Bielska i Gródka sprawiło, że przywieźli tu kulturę wiejską. Potrzeba pokoleń, by stworzyła się tu kultura miejska. (2009)

O nauce w Liceum Plastycznym w Supraślu

* Zawsze wiedziałem, że będę tu się uczył, ale nie przypuszczałem, że to liceum okaże się dla mnie tak antyplastyczne. Do szkoły zdałem jako jeden z ostatnich i jako tego niezdolnego przydzielili mnie do tkactwa. Czy wiecie, co oznacza dla 15-letniego chłopaka tkanie dwóch nitek w dół, trzech w górę? (2006)

* Po życiu w supraskim internacie wojsko to był mały pikuś. (2007)

Leon i ortografia. Zwierzenia pedagoga Tarasewicza

O sztuce swojej i nie tylko:

* Jeśli ktoś jej nie potrzebuje, nie musi się z nią męczyć i nie będzie. Jiri Kolar, czeski poeta, mówił, że kultura przychodzi pieszo, a odjeżdża na koniu. A pewien Żyd mawiał: ja pracuję po to, by mój syn był inżynierem, wnuk – lekarzem, a prawnuk – artystą. Co oznacza, że trzeba czterech pokoleń, by zrozumieć, że sztuka to zjawisko intelektualne. Potrzeba wiele czasu, by wiele rzeczy zrozumieć. Tak to już jest. Ludzie robią to, co chcą. Przychodzi inne pokolenie i ono tworzy swoje społeczeństwo, takie jego prawo.

Prawda jest też taka, że obecnie, choć chcemy, by była sztuka, to nie ma nią miejsca.

Lekarze kiedyś chodzili na wystawy. A teraz życie ich, i wielu innych, tak zepchnęło w róg, że nie mają czasu. Ja też na wiele rzeczy, które bym chciał robić, nie mam czasu. Ratuje mnie rozwój technologii. To, że jadąc na drugi koniec Polski czy Europy, mogę słuchać w samochodzie audiobooków. Bo z czytaniem fizycznie książki już jest ciężko. Gdyby książka była kobietą, to by z Leonem nie była. Bo kładąc się do łóżka zasypiam z marszu. (2014)

O tym, co go irytuje:

* Denerwuje mnie, że zaczynam mieszkać w otoczeniu ludzi, którzy obracają w karykaturę osiągnięcia demokracji, idee solidarności. Że tak łatwo o cynizm, polityczne chuligaństwo, i że to wszystko ma tak wiele wspólnego z karierowiczostwem. I to funkcjonuje na wielu poziomach. Z tym się nie pogodzę. (2014)

O hodowli kur ozdobnych:

* Najbardziej dumny jestem z tych najrzadszych, które najtrudniej zdobyć. Np. jawajskie: calusieńkie czarne. Mają czarne pióra, skórę, grzebień, kości, nawet krew! Tylko podroby są różowiutkie. Inne rarytasy to onagadori, rasa hodowana w Japonii, których koguty mają ogony nawet do 12 metrów.
Mam też bojowce, czyli kury hodowane kiedyś do walk. To takie duże kurze Schwarzeneggery. Są wysokie, ważą nawet z 10 kilo. Trzeba się nasiłować, by włożyć je do klatek. To lata praktyki. Bierzesz takiego gagatka pod pachę jednym wyuczonym ruchem... i już. Nauczyłem się takich „złodziejskich" chwytów od ornitologów, dla których to chleb powszedni. (2007)

* Kury mnie fascynują. I tak to trwa... chyba od 1988 roku. Teraz mam około 300 sztuk. Przez te lata zacząłem spotykać różnych hodowców. W większości to wielkie osobowości, o świetnych życiorysach. Gdy się spotykamy na wystawach to prawdziwe święto. Mamy też Bal Zdechłego Koguta. To taka nasza wewnętrzna impreza. Zamknięta. Co roku składamy w ten sposób hołd kurom, które nie doczekały. Ten z nas, któremu w ub. roku zdechło najwięcej okazów, dostaje puchar ze srebrną łopatą. Pijemy, szalejemy na parkiecie. Taki nasz hodowlany czarny humor. (2007)

* Biologia kur ozdobnych jest podobna do innych zwierząt. Im większa arystokratyczność, tym bardziej są chorowite. Podobnie jest z hodowlą dzieci. Tylko ich nie można zamknąć do klatki. (2008)

O uczeniu studentów i słynnych plenerach

* Chodzi o to, by ci młodzi ludzie nauczyli się malować bez błędów ortograficznych. Łatwo je odkryć. Wieszam np. martwą naturę, gdzie na niebieskim tle jest niebieska bielizna i mówię: malujcie. Na to studenci: – Chi, chi, ale łatwizna. Rozrabia się farbę i kończą się śmiechy, zaczynają schody. Właśnie po niebieskim kolorze rozpoznasz, który malarz umie malować, a który nie. Umie, kiedy patrzysz na jego obraz i nie widzisz, gdzie jest ultramaryna, gdzie jest błękit pruski, a gdzie manganowy. A póki widzisz, to znaczy, że jeszcze robi błędy. (2002)

* Typowe to te nasze plenery nie są... Plener dla studentów z pracowni może być z Nikiforem. A że Nikifor był Łemkiem, to plener kończy się biesiadą z zespołem łemkowskim. Mamy muzykę, stół ustawiony w podkowę. Siadamy, Nikifora sadzamy obok, on też ma talerzyk, kieliszek, środki pobudzające. I robi się sentymentalnie. (2002)

* Albo hajnowski plener z Zenkiem [nieżyjący już samorodny talent malarski, który w domach hajnowian malował ich marzenia]. Zenek i ci przyjaźni ludzie z Domu Kultury w Hajnówce, i chór hajnowski, do tego restauracja Biała Róża, która stała się kultowym miejscem spotkań - to wszystko spowodowało, że teraz oto przeglądam prace studentów i co widzę? Chłopak namalował obrazy z jeleniami, wyobrażasz sobie? A jelenie od czasu Uberta na akademii się nie zjawiały. Albo praca dziewczyny, która na komputerze wykonała symulacje pewnych elementów wykorzystywanych przez Zenka. Pomalowała Ursynów w kwiaty Zenka, tak samo Pałac Kultury... Jest tam też autobus, który jeździ z motywami Zenka, i jest śmieciarka w Zenka róże...(2002)

* Taki plener ma być przyspieszonym kursem patrzenia na świat, zmiany optyki: oto jest jeszcze jakiś inny świat. Jednym z takich plenerów, który bardzo zmienił wielu studentom sposób patrzenia, był chyba plener żydowski w Sejnach, który robiliśmy razem z Fundacją "Pogranicze". Kontakt ze światem, który koło nas był tak zupełnie niedawno, a teraz nic po nim nie zostało - tak paraliżował studentów, że nikt przez tydzień prawie nic nie malował (2002).

Wolę wejść do kurnika. Rozmowa z Leonem Tarasewiczem

O Afrodycie z sex-shopu

* Przed rokiem (2001) mieliśmy w pracowni trumnę, a wokół niej 12 sztucznych wieńców. A w środku piękną, młodą dziewczynę, blondynkę, w białej sukience, w białych rajstopach i w białych lakierkach. Co się okazuje? Nie ma nic trudniejszego niż namalowanie białego koloru na białym tle. I tej modelki, która co 45 minut wstaje, kładzie się, czasem odbierze komórkę.
Obecnie na tej naszej ścianie w pracowni, podzielonej na różnokolorowe nieduże kwadraty, przyczepiliśmy trzy lalki... z sex-shopu. Jest tam blondynka, Murzynka i jest brunetka. Każda ma inny kolor majteczek: czerwony, niebieski i żółty. To wszystko na tle różnokolorowych kwadratów. Bardzo trudno to namalować. Łatwo jest namalować człowieka starego, z wyrazistymi ruchami, kształtami, fakturą skóry. Ale jak namalować coś, co jest obłe, jak choćby ciało młodej kobiety? Problem w tym, że ani akademia, ani ja nie mamy tyle pieniędzy, aby namówić ładne, młode dziewczyny, aby studentom pozowały.
Więc co nam pozostało? Nadmuchane lalki z sex-shopu. To idealne modelki: nie narzekają, że im zimno, no i nie trzeba im płacić. Ale co ja się ich naszukałem! W Warszawie i w Białymstoku chyba znają mnie już we wszystkich sex-shopach. Murzynkę, choć z twarzą europejską, kupiłem fuksem w Białymstoku, na dworcu. Nawet mi 40 zł spuścili. Problem tylko był ze znalezieniem lalki, która nie ma otwartych ust. Ale wreszcie znalazłem Afrodytę - to model, który ma zamknięte usta, nie ma w sobie wulgaryzmu, a już szczególnie wtedy, kiedy ma ładną bieliznę na sobie. Bo bieliznę oczywiście lalkom też trzeba było kupić. Chodzi o kolorki i te sprawy... Największy kłopot był z dostaniem żółtych majteczek. Chodziłem po sklepach i pytałem o te majtki jak głupi. Sprzedawczynie patrzyły na mnie dziwnie, myśląc pewnie, że jestem zboczeńcem. Mówiły: - Co to się dzieje, wczoraj też był jakiś pan, co szukał żółtych majteczek...
Ale to nie był koniec problemów. Wszystkie sex-shopy w ofercie mają Afrodytę brunetkę i blondynkę. Tyle że brunetki nigdzie nie mogłem znaleźć. Wreszcie jakiś sprzedawca mi mówi: - Panie, ja w branży pracuję długo, jak żyję takich brunetek w sprzedaży nie było. No więc zrobiłem tak: kupiłem jeszcze jedną blondynkę, ostrzygliśmy ją z włosów blond, kupiłem perukę czarną, nakleiłem ostrzyżonej na głowę... Położyłem - a ta laleczka, jak ją położysz, to oczy zamyka, jak te lalki z dzieciństwa - przykleiłem więc rzęsy, żeby oczy się nie ruszały. Kupiłem zieloną farbę do witraży, zrobiłem laserunek na błękitnych oczach, perłowe usta przemalowałem na karminowe. I przed sobą miałem zupełnie inną kobietę. Studenci mieli już co malować (2002).

icon/Bell Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Mikołaj Chrzan poleca
Więcej
    Komentarze
    Zaloguj się
    Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem