Kto wie, może spłacam dług wdzięczności? - zastanawiają się wolontariusze gdy spytasz, dlaczego przychodzą do hospicjum, opiekować się ciężko chorymi. Jednego są pewni: więcej tu można otrzymać, niż się daje.
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Jeden z wolontariuszy, mężczyzna po sześćdziesiątce, przyznaje, że decyzja o przyjściu do hospicjum zbiegła się ze śmiercią dwóch bliskich mu osób. Wciąż w rysach cierpiącego pacjenta dostrzega coś z wyglądu przyjaciela z lat młodzieńczych, przy którego szpitalnym łóżku trwał prawie do końca.

Pamięta dokładnie pierwszy dzień wolontariatu, gdy w białym fartuchu, gumowych rękawiczkach zmywał podłogę mopem, podłączał materace antyodleżynowe, zmieniał pościel, a w końcu – siedział godzinę przy łóżku pani nauczycielki, bo prosiła, by jej opowiadał.

Z darowizn

– Z Bożą i ludzką pomocą zbudowaliśmy Hospicjum, prosimy, wspierajcie nas dalej –

mówi dr Tadeusz Borowski-Beszta, psycholog, który od podstaw zbudował białostockie hospicjum Dom Opatrzności Bożej, prezes Towarzystwa Przyjaciół Chorych „Hospicjum” w Białymstoku. Podkreśla, że początek każdego roku dla organizacji pożytku publicznego to ważny czas, stanowiący o być albo nie być placówki.

Hospicjum to bardzo dobre miejsce

Rozbudowa budynku hospicjum pochłonęła ogromne koszty, na bieżące utrzymanie wciąż potrzebne są fundusze, których nie pokrywa NFZ. Hospicjum powstawało wyłącznie z darowizn, w tej chwili dysponuje blisko 70 łóżkami dla umierających chorych, zapewnia opiekę przez 24 godziny na dobę, stałe dyżury lekarzy i pielęgniarek. W kolejce oczekujących wciąż są dziesiątki osób. Na szczęście może liczyć na hojność białostoczan, którzy od paru lat, świadomi, że istnieje takie miejsce, przekazują 1 procent podatku z rocznego rozliczenia z fiskusem.

W ubiegłym roku w przygotowanej przez Izbę Skarbową w Białymstoku liście tzw. „Szczęśliwej trzydziestki” (czyli 30 organizacji, które dostały najwięcej pieniędzy), w pierwszej trójce znalazły się: Fundacja Dzieciom „Zdążyć z pomocą", Fundacja „Pomóż Im” Na Rzecz Dzieci Z Chorobami Nowotworowymi i Hospicjum Dla Dzieci oraz właśnie Towarzystwo Przyjaciół Chorych „Hospicjum".

Przekazania 1 proc. podatku dokonuje urząd skarbowy, na wniosek wyrażony przez podatnika w zeznaniu podatkowym. Wypełnienie wniosku polega wyłącznie na podaniu numeru wpisu do Krajowego Rejestru Sądowego wybranej OPP (w przypadku Hospicjum – KRS 0000057571) oraz wysokości kwoty jaką w imieniu podatnika, na je rzecz, przekaże urząd skarbowy.

Nic nie udałoby się bez wolontariuszy

– Tu pracują anioły – mówią bliscy tych, którzy trafiają do hospicjum.

Magdalena Pietraszko:

– Co takiego można dać ludziom chorym terminalnie, nie będąc lekarzem albo pielęgniarką. Zdawałam sobie sprawę z tego, że leki, łóżka i codzienna opieka, obieranie ziemniaków, sprzątanie, „organizowanie” funduszy są absolutnie niezbędne i najważniejsze. Ale z drugiej strony – istnieje przecież sacrum, opieka duchowa. To na jej bazie wyrósł budynek. Miłość bliźniego, wiara w Boga – to one się skrystalizowały w idei ruchu hospicyjnego i zmaterializowały jako konkretny obiekt, a właściwie Dom. Duchowni sprawują opiekę nad pacjentami i ich rodzinami. Pomyślałam, że skoro przyszła kolej na mnie, spróbuję tę miłość jakoś namalować.

Zaczęłam malować aulę, nazywana teraz Salą Niebieską. Przychodziłam o różnych porach, w każdej wolnej chwili. (...) Ludzie czasem pytają, co chciałam wyrazić poprzez ten obraz. Namalowałam iluzję nieba na ścianach. Chciałam przez to powiedzieć coś poniekąd przeciwnego, mianowicie, że to ściany są iluzją oddzielającą nas od metaforycznego nieba, od nieskończoności. Chmury – czasem mroczne – przepływają nad nami. Niosą burze, tornada i lęk. Ale jest też światło. (...) Nie mam pojęcia, czy Bóg ma ręce, ale malując ręce chciałam wskazać również na nasze ludzkie możliwości tworzenia i dawania – odziedziczone przecież po Stwórcy. Aby dawać, trzeba wcześniej wziąć sponad metaforycznych chmur światło. Czasami wystarczy tylko się na nie otworzyć.

Barbara Klem:

– Słuchałam też ich. Jeśli bywałam częściej, co parę dni, to z niektórymi udawało mi się zaznajomić. Panu Józefowi mam kupić cukier w kostkach. A pan Dariusz ucieszy się, kiedy zrobię mu kawę po śniadaniu. Pani Danusia będzie na mnie czekać, bo nie lubi być sama. Ma piękne róże w ogrodzie i będziemy je oglądać. Pani Basia ucieszy się, gdy poczytam jej babcine książki o Świętych. Mówiłam „cześć, dziewczyny”, a one się śmiały. (...)

Pamiętam pierwsze zaniesione przeze mnie do pielęgniarek słowa: „pani Ewa przestała oddychać”. Siostra Jana poleciła mi dogonić rodzinę, bo niedawno wyszli. Biegnąc myślałam tylko o tym, aby nie zdążyli odjechać i kiedy zdyszana stanęłam przed nimi, zdałam sobie sprawę, że nie pomyślałam, jak im to powiem. Kilka osób wpatrywało się we mnie. „Powinniście do niej wrócić” – ktoś mi to chyba podpowiedział.

Przy łóżkach pacjentów zatrzymuje się rodzina, personel, czas i – jakby – cały świat toczy się inaczej. Wolniej, skupiony na człowieku, na radości dosłownie z każdej chwili życia. Na tym, czego my, zabiegani, nie potrafimy może docenić na co dzień.

Beata Bogdanowicz:

– Na początku trochę się bałam, jak się w tym odnajdę. Czy potrafię zachować spokój, znaleźć cierpliwość, czy to wytrzymam? (...) Zdarzają się trudne i ciężkie chwile, gdy ktoś odchodzi, a ból i rozpacz rodziny są tak wielkie, że aż w gardle coś się zaciska, gdy zdarzają się nieporozumienia pomiędzy personelem a wolontariuszami pomimo najlepszych chęci. Ale przeważają chwile dobre, przepełnione spokojem i miłością, która tam promienieje ze wszystkich stron, tylko trzeba umieć patrzyć. (...)

Trafiają się różni podopieczni (tak nazywamy chorych w hospicjum) – tacy, jak pan Aleksander, który mawiał, że trafić tu to szczęście w nieszczęściu. (...) Tacy, jak pani Stanisława, żyjąca we własnym świecie, tylko oczami potrafiąca powiedzieć czego chce, bo wargi już nie składały się do słów. Tacy, jak pani Lidia, energiczna i rozżalona, że tak się nią niemrawo zajmują. Potrzebowała trochę uwagi, czasu poświęconego wyłącznie jej.

Jan Kondzior:

– Jest wiele innych przykładów, jak bardzo potrzebny jest wolontariusz z sercem, uformowany. Widziałem rozjaśniające się twarze chorych na widok nadchodzącej wolontariuszki (wolontariat tworzą głównie panie). (...)

Roman, mój znajomy z lat młodzieńczych, geodeta, ma trudności z poruszaniem się, chodzi z laską, widzę go jednak dość często. Ma dobry kontakt z chorymi, cieszy się ich zaufaniem, jest emocjonalnie związany z nimi.

Jak ktoś mądry powiedział: więcej tu można otrzymać, niż się daje, rzucisz za siebie – znajdziesz przed sobą. Byle ufać.

Korzystałam z książki „Zbudować Dom” wydanej w Białymstoku w 2015 roku przy współpracy Towarzystwa Przyjaciół Chorych „Hospicjum” oraz z opowieści wolontariuszy.

icon/Bell Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Mikołaj Chrzan poleca
Więcej
    Komentarze
    Zaloguj się
    Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem