Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Różne etapy życia osobistego i kariery naukowej, także ten mniej znany białostocki epizod, przypomina obecny właśnie na ekranach kin film Marii Sadowskiej o intrygującej indywidualności polskiej seksuologii – Michalinie Wisłockiej, w którą wciela się Magdalena Boczarska. Fakt – ówczesną Akademię Medyczną symbolizuje jedynie szyld, a grają ją inne „pałacowe zabudowania” i laboratoria. Ale co istotne, w obrazie przywołana została postać prof. Stefana Soszki, twórcy białostockiej szkoły położniczo-ginekologicznej, od 1953 roku kierownika Kliniki Położnictwa i Chorób Kobiecych AMB, przez 15 miesięcy rektora „medyka”, pod którego skrzydłami młoda Michalina robiła podejście do doktoratu. To dla niej ważny mentor, a także jeden z dwóch na wszystkich 11 recenzentów książki „Sztuka kochania”, który wydał jej pozytywną opinię. Mimo olbrzymich problemów z drukiem w siermiężnej PRL-owskiej rzeczywistości, pozycja od 1979 roku trafiała na półki milionów Polaków, poszerzając ich horyzonty na temat seksu, a niemal 40-lat po premierze ponownie wydany poradnik znów jest bestsellerem.

Magdalena Boczarska jako Michalina Wisłocka w filmie 'Sztuka kochania'Magdalena Boczarska jako Michalina Wisłocka w filmie 'Sztuka kochania' Fot. Jarosław Sosiński

Doktorat przerywany

Śladu po „wątku białostockim” Wisłockiej nie zajdziemy ani w Centralnym Rejestrze Lekarzy, ani tym bardziej w życiorysie z „Wikipedii”. Mimo, że ponad 65 lat temu przez prawie pięć kolejnych lat z przerwą, zaraz po uzyskaniu dyplomu lekarza przyjeżdżała tu regularnie z Warszawy i pracowała od poniedziałku do piątku w szpitalu położniczym przy Warszawskiej 15. To dlatego, że tytuł doktora nauk medycznych uzyskała dopiero w 1969 roku we Wrocławiu. W Białymstoku musiała przerwać pracę naukową.

Jak w ogóle tu trafiła? Profesor Stefan Soszka zaproponował współpracę w tworzonej właśnie od podstaw katedrze i klinice dr Kazimierzowi Anusiakowi, który był przełożonym Michaliny Wisłockiej w szpitalu Przemienienia Pańskiego w stolicy, a on zasugerował 30-latce marzącej o pracy naukowej, by także pojechała spróbować tu swoich sił.

„Kłócąc się ze Stachem [mężem – red.] zapamiętale, postanowiła wbrew wszystkiemu spróbować pogodzić wymarzoną pracę z domem i dojeżdżać do Białegostoku przez połowę tygodnia. Łatwo nie było.

Na te kilka nocy miała tylko łóżko w nieogrzewanej pracowni. Zasypiała w kożuchu, rano budziła się z nosem przymarzniętym do futrzanego kołnierza.

Ale pierwszy raz mogła posmakować, na czym polega prawdziwa praca naukowa. Profesor Soszka doceniał jej zaangażowanie, talent i iskrę młodego badacza.” – czytamy w książce „Michalina Wisłocka. Sztuka kochania gorszycielki” napisanej w oparciu o dzienniki pani doktor przez Violettę Ozminkowski. To właśnie ta biografia była pierwowzorem dla filmu.

To u nas Wisłocka poznaje m.in. podstawy endokrynologii, rozpoczyna własne projekty badawcze, ale czuje się też dość przytłumiona przez autorytet profesora Soszki. Niestety, kiedy dziś pytamy, czy ktoś z białostockich sław ginekologii takich jak profesorowie Marian Szamatowicz, Piotr Knapp czy Sławomir Wołczyński, pamięta Wisłocką z okresu, kiedy w tych latach 50-tych przyjeżdżała do Białegostoku, okazuje się, że nikt nie miał z nią większej styczności. Choć charakterystyczną postać oczywiście pamiętają.

– Owszem, wszyscy, którzy pracowali w tamtych czasach, pamiętają ją jako wysoką, dość męską kobietę w białym kitlu przemykającą po korytarzach, o specyficznym chodzie i rozczochranych włosach, niespecjalnie schludnie ubraną. Jeden z emerytowanych pracowników wspomniał tylko, że nieprawdą jest to, co zapisano w jej biograficznej książce w wątku o prof. Soszce, że poruszał się w kłębach dymu, bo on nie palił papierosów, ale poza tym nikt nie ma jakichś osobistych wspomnień – przyznaje Katarzyna Malinowska-Olczyk, rzeczniczka prasowa Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego w Białymstoku.

Dosadnie świnkowata, jak na obywatelkę białostocką

Sama Wisłocka nie czuła się w Białymstoku specjalnie dobrze. Jedyne, co ją tu trzymało, to praca i ambicje. A i środowisko lekarskie nie miało o niej za dobrej opinii.

„Kiedy patrzyła w kinie na fragmenty kroniki filmowej, na widoki Warszawy: MDM czy Mariensztat, myślała, że w Białymstoku można żyć tylko pracą. Reszta, co tu gadać, jest kołtuńska i małomiasteczkowa. Ciemne uliczki, i ta cała drobnomieszczańska atmosfera. Pani profesorowa miała jej wyraźnie za złe czapeczkę z pomponem i jesionkę o – jak to nazwała Michalina – „linii warszawskiej”, a przede wszystkim to, że profesor wyrzucał pieniądze na taksówki i czekoladę. Szczerze mówiąc, w Białymstoku miała łatkę Magdaleny jawnogrzesznicy, dla której profesor traci powoli głowę. Z właściwą sobie precyzją wyliczała, że jest zbyt dowcipna, złośliwa i jak to określiła, „dosadnie świnkowata” w słowach jak na obywatelkę białostocką. To, co było wybaczane przelotnemu ptakowi z Warszawy, zostanie natychmiast rozdmuchane, jeśli zdecyduje się zostać. No więc jednak Warszawa z lekkim odchyleniem na Białystok. Tylko musi wymyślić babską metodę i urobić profesora, żeby nie zerwał z nią kontaktu.” – relacjonowała ten epizod życia Wisłockiej jej biografka.

Kadr z filmu ''Sztuka kochania. Historia Michaliny Wisłockiej'' (fot Jarosław Sosiński / Watchout Productions)Kadr z filmu ''Sztuka kochania. Historia Michaliny Wisłockiej'' (fot Jarosław Sosiński / Watchout Productions) Kadr z filmu ''Sztuka kochania. Historia Michaliny Wisłockiej'' (fot Jarosław Sosiński / Watchout Productions)

Pierwszy raz musiała rozstać się z Białymstokiem w 1955 roku, po rozwodzie.

„Wisłocki wpadł na pomysł, żeby się rozwieść. Dzieci miały wtedy około dziesięciu lat, zrzekłam się asystentury w Białymstoku i wróciłam do Warszawy. Profesor mnie ochrzanił, bo lubił asystentów, z których coś mogło wyrosnąć. I w tym miejscu zaczęło się Towarzystwo Świadomego Macierzyństwa. Założyłam je w Warszawie w 1957 roku, razem z wiceministrem zdrowia profesorem Bohdanem Bednarskim i kolegami. Pojawiła się szansa, żeby wrócić do Białegostoku, gdy moja córka miała spędzić trzy lata w sanatorium na węzłową gruźlicę. Myślę sobie, trzy lata to znów się w Białymstoku zagnieżdżę – opowiadała Wisłocka w 2004 roku w rozmowie z Dariuszem Zaborkiem dla „Dużego Formatu” „Wyborczej”.

W niej też wspominała, czym konkretnie zajmowała się na białostockiej niwie naukowej.

„Zdarzyła się nam pacjentka bez jajników. Profesor Soszka uznał, że należy przeszczepić jej jajniki zmarłego noworodka. Myślę, że próbował tego jako pierwszy na świecie. Wszczepiał jej, a ja miałam uciechę, robiłam badania cytologiczne i patrzyłam, co się dzieje w mózgu i całym układzie hormonalnym. Dziać zaczęło się szybko: najpierw były plamienia, potem miesiączkowanie, na komórkach było widać, jak wszystko pięknie idzie, były owulacje, myślę: będzie miała dziecko czy co? Potem owulacje się skończyły, znikły jajeczka, miesiączki i wszystko zaczęło się cofać. Oznaczało to wessanie przeszczepu.

Jeszcze z rzęsistkami były brewerie – zawsze leczyli maścią tranową. A ja miałam pomysły ekstra: pod mikroskopem położyłam tej maści tranowej na rzęsistkach i patrzę, co tam się będzie działo. Żarły, aż im się brzuchy trzęsły (śmiech). Dobre lekarstwo na rzęsistki, jak im tak smakuje. Tak samo było z maścią sulfadiazolową – nic. Natomiast zdychały po sypkim sulfadiazolu.

Zaczęłam przygotowywać pracę na temat rzęsistków i przekwitu, ale jak mieć szczęście, to takie jak ja. W sanatorium wśród dzieci zapanowała polinukleoza, zaraźliwe świństwo, więc wszystkie, które były nieprątkujące, w tym moją córkę, wysłali do domu. No i znów musiałam wrócić do Warszawy. Drugi raz mi się nie udało, profesor strasznie na mnie warczał. Ale w Warszawie, w Świadomym Macierzyństwie, zaczęłam robić badania hormonalne u kobiet.” – mówiła Dariuszowi Zaborkowi rewolucjonistka życia seksualnego Polaków.

Warszawa w 'Sztuce Kochania'Warszawa w 'Sztuce Kochania'  Fot Jaroslaw Sosinski / Watchout Productions

Jednak jak opisywała Violetta Ozminkowski, rozwód i choroby córeczki tylko częściowo tłumaczą porzucenie białostockiej ścieżki kariery: „Oficjalnie mówić będzie, że musi wracać do Warszawy przez rozwód ze Stachem, przez choroby Krysi, i będzie w tym dużo prawdy. Ale nie miała też przygotowania do pracy w klinice, o mały włos nie wysłała pacjentki na tamten świat. Nie zauważyła, że ma zapalenie otrzewnej, była zbyt zmęczona, zabrakło jej wyobraźni. Wszystko razem. Poza tym nie umiała usiedzieć na jednym miejscu. Miała wmontowaną rakietę, jak mawiał profesor Soszka. Ganiała, gadała, wszędzie było jej pełno. Naukowiec powinien być bardziej poukładany, a ona była, jak sama siebie nazywała, wariatuńcią. Przypomniał jej się moment, gdy siedziała z profesorem na kolacji pożegnalnej. – I kto w tej Warszawie będzie napędzał panią do roboty, pani Michalino? – zapytał z troską, ale i z satysfakcją, że nie ma mentora lepszego od niego. – Mogę się założyć, że praca naukowa bardzo szybko pójdzie w kąt – kpił sobie lekko. – Nie ma takiej możliwości – zapewniła, choć bez większego przekonania.”

Ślepy o kolorach by nie napisał

Kiedy w końcu światło dzienne ujrzała „Sztuka kochania”, Michalina Wisłocka odwiedziła po latach Białystok.

– W latach 80-tych przyjechała do nas z wykładem otwartym dla wszystkich. Uczestniczyłem w nim i sala kolumnowa była wtedy nabita, było spore zainteresowanie tą książką. Ktoś z publiki podczas tego spotkania zapytał, czy pisała ją bazując na literaturze, czy doświadczeniach. Wisłocka odpowiedziała: „Jak pan myśli, ślepy o kolorach by nie napisał” – wspomina prof. Lech Chyczewski, wieloletni rzecznik Uniwersytetu Medycznego w Białymstoku. Rozmawiając z nami, nie miał jeszcze pojęcia, że taką właśnie sceną kończy się film o Wisłockiej.

Jednak mimo, że nazywano ją także pionierką w leczeniu niepłodności w Polsce, to o metodzie in vitro której prekursorami w kraju byli białostoccy naukowcy, miała w tamtych czasach raczej nikłe pojęcie, co wiąże się z autentyczną anegdotą.

– Pamiętam takie sympozjum w Warszawie, kiedy byliśmy z zespołem pracującym nad in vitro i poruszaliśmy różne aspekty tej metody. To musiał być rok 1986. Mniej więcej w połowie wysokości auli siedziała taka pani z chustą na głowie, która na poważnie zadała pytanie: „A czy próbowaliście panowie tym inkubatorem poruszać rytmicznie?” Uznała, że i tu seks może mieć jakieś znaczenie, ale inkubatorem nie da się poruszać. Spotkało się to tylko z naszym uśmiechem – wspomina prof. Waldemar Kuczyński, dyrektor Centrum Leczenia Niepłodności Kriobank, członek zespołu, który w 1987 roku doprowadził do narodzin pierwszego w Polsce dziecka z in vitro.

Kadr z filmu 'Sztuka kochania'Kadr z filmu 'Sztuka kochania'  Fot Jarosław Sosiński

* W tekście wykorzystano fragmenty:

– książki „Michalina Wisłocka. Sztuka kochania gorszycielki”, Violetta Ozminkowski, Wydawnictwo: Prószyński Media, 2014

– wywiadu „Seksualistka. Rozmowa z dr Michaliną Wisłocką”, Dariusz Zaborek, „Duży Format”, 2004

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.