Nie mamy rynku wydawniczego z prawdziwego zdarzenia, jak na Zachodzie - mówią niezależni wydawcy na Białorusi. Problem polega przede wszystkim na tym, że nie ma normalnej komunikacji między czytelnikami a wydawcami. Jedni drugich nie szukają.
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Książki, które wydają niezależne wydawnictwa, nie docierają do masowego czytelnika. I nie chodzi o to, że zawsze w tym przeszkadza państwo.

Takie oceny padają ze strony mińskich niezależnych, prywatnych wydawców książek po białorusku. Podczas ubiegłotygodniowego Festiwalu Muzyki Młodej Białorusi Basowiszcza w uroczysku Boryk, między polem namiotowym a sceną, trójka z nich prezentowała swoje najnowsze i nieco starsze publikacje. Szefowie niezależnych wydawnictw: Andrej Januszkiewicz, Aleś Paszkiewicz i Zmicier Wiszniou nie do końca są zgodni w ocenach sytuacji na białoruskim rynku wydawniczym.

Ścigani przez prawo

Sytuacja niezależnych, prywatnych wydawnictw na Białorusi nie jest lekka także z punktu widzenia wpisywania się przez nie w białoruski system - relacje z urzędnikami. Dwa, które prowadzą w Mińsku swoje księgarnie (spełniają rolę centrów białoruskości), natrafiały w ostatnich latach na poważne przeszkody ze strony urzędników państwowych. Dochodziło do prób ich zamykania: nasyłano inspekcję podatkową, próbowano konfiskować majątek. W wypadku najbardziej znanego niezależnego wydawnictwa - Łohwinau skończyło się to kuriozalną karą. W styczniu 2015 r. sąd gospodarczy Mińska nakazał wydawcy i właścicielowi tego wydawnictwa i księgarni - Iharowi Łohwinauowi zapłacenie prawie miliarda rubli białoruskich (330 tys. zł) za sprzedaż książek bez licencji. Skazany twierdził, że to oznacza jego bankructwo. Dzięki społecznej akcji udało się zebrać tę sumę. Pomagali też Białorusini Białostocczyzny. Zaczęło się jeszcze w 2013 r., kiedy Łogwinowowi zakazano kolportażu albumu z fotografiami "Belarus Press Photo 2011". Właśnie głównie za jej wydanie odebrano mu licencję. Sąd uznał album za... ekstremistyczny. Po licznych sądowych bojach wydawnictwo wróciło na rynek, a księgarnia położona obok legendarnej już galerii współczesnej sztuki U - przetrwała.

Obok wydawnictwa Łohwinau, najbardziej rozpoznawalnym wydawnictwem na Białorusi obecnie są Haliafy (Goliaci). Zajmuje się współczesną literaturą białoruską. Współprowadzi je Zmicier Wiszniou. Jest poetą i prozaikiem, malarzem, performerem, a przede wszystkim promotorem nowej białoruskiej literatury. W latach 90. współzakładał poetycki ruch awangardowy "Bum-Bam-Lit". W marcu 2013 r. w Mińsku wydawnictwo Haliafy otworzyło swoją pierwszą księgarnię. W lipcu 2014 r. władze ją zamknęły, bowiem ni stąd ni zowąd uznały, że w całym budynku, w którym się znajdował (była tu także siedziba wydawnictwa), nie może odbywać się handel. Właściciele po walce z urzędnikami znaleźli w końcu drugie pomieszczenie. W Boryku Zmicier Wiszniou oceniał:

- Każde z naszych obecnych na tym festiwalu wydawnictw ma już na Białorusi ugruntowaną pozycję. Sytuacja wydawnicza na Białorusi jest bardzo smutna. U nas nie ma rynku z prawdziwego zdarzenia, jaki jest na Zachodzie, i to do rozwiązania bardzo trudny problem.

Jedni drugich nie szukają

Historyk Andrej Januszkiewicz szefuje jednemu z najmłodszych niezależnych wydawnictw na Białorusi - "Januszkiewicz". Pojawiło się na rynku w 2014 r. Zajmuje się przede wszystkim popularyzacją białoruskiej historii, bardzo wyrywkowo traktowanej przez ideologów państwa - cenzurujących ją z wielu wątków. I tę lukę próbuje wypełnić właśnie Januszkiewicz.

- Problem polega na tym, że nie ma normalnej komunikacji między czytelnikiem i wydawcą. Jeden drugiego nie poszukuje. Dlatego powstają stereotypowe, obecnie iluzoryczne problemy, jeszcze z drugiej połowy lat 90. [po dojściu do władzy Aleksandra Łukaszenki - red.], że państwo wprost przeszkadza w wydawaniu książek pisarzy białoruskich, białoruskojęzycznych. Problem w tym, że takie książki nie dochodzą do masowego czytelnika. Moim zdaniem, wydawcy powinni przede wszystkim zastanowić się: co robić, żeby do niego dotrzeć, żeby zrozumieć, jakie ma potrzeby. Nie zawsze nam państwo przeszkadza. W porównaniu z systemami rynków wydawniczych na Zachodzie, w tym w Polsce jesteśmy spóźnieni o jakieś dwadzieścia lat. Na Białorusi nie można zobaczyć reklam wydawnictw i ich książek, np. billboardów, szeroko dostępnych zapowiedzi promocji książek - począwszy od telewizji, która u nas jest rosyjskojęzyczna. Pojawiają się w zasadzie tylko recenzje, ale jako takiej promocji książek nie ma. Problem też nie leży w tym, że nasze głównie rosyjskojęzyczne społeczeństwo nie czyta po białorusku, nie chce czytać w tym języku i w ogóle czytać. Świat zmienia się za sprawą Internetu. Bardzo szybko. Wydawcy tym bardziej muszą nadążać za czytelnikami książek. Wydawniczy rynek białoruski z tego nie korzysta. Nowych autorów Białorusini zaczęli odkrywać poprzez książki ukazujące się elektronicznie, a nie tradycyjne - papierowe. Musimy wyjść z zamkniętego koła, gdzie brakuje potencjalnym czytelnikom w publicznej przestrzeni zwykłej informacji o pojawiających się nowych, ciekawych książkach, autorach.

Przytacza przykład:

- Ciekawe było, jak zareagowała białoruska społeczność na informację, że Swietłana Aleksijewicz otrzymała literacką Nagrodę Nobla. Nie pierwszy raz była uhonorowana prestiżową nagrodą na świecie. W białoruskim społeczeństwie od dawna więc powinna pulsować informacja, że godna jest też Nobla. Okazało się, że nie tylko dla mas, ale i wielu przedstawicieli naszych elit nagroda ta była jednak niespodzianką. I to właśnie jest przykład tej naruszonej komunikacji między czytelnikami i wydawcami, braku normalnego rynku wydawniczego, który myśli w swoiście pojętych kategoriach biznesowych: skupia się na tym, w czym przeszkadza państwo i na ile ono może pomóc.

Pozostałość po ZSRR

Aleksandr Paszkiewicz, to z kolei poeta, prozaik i literaturoznawca, do 2011 r. przewodniczący Związku Pisarzy Białoruskich (są dwa, ten jest mniej pokorny wobec władz). Jest zastępcą redaktora naczelnego kultowego czasopisma "Arche". Pismu kilkakrotnie odmawiano rejestracji i w związku z tym nie ukazywało się od czerwca 2012 r. do 2013 r. Pretekstem były rzekome przestępstwa gospodarcze, jakich miał się dopuścić ówczesny naczelny Walery Bułhakau. We wrześniu 2012 r. został zatrzymany w Grodnie podczas prezentacji białoruskiego wydania książki "Sowietyzacja Zachodniej Białorusi 1944-1953" polskiego historyka Jana Szumskiego. Następnie skazany przez sąd gospodarczy na karę grzywny za nielegalną działalność gospodarczą. Pod koniec października 2012 r. telewizja państwowa pokazała o nim dwa materiały, ogłaszając, że jest zamieszany w "aferę książkową", a publikacje tego wydawnictwa zostały nazwane "wątpliwą literaturą pretendującą do ekstremizmu". Po emisji tych materiałów Bułhakau wyjechał z kraju. Aby zapobiec zamknięciu pisma - którego był redaktorem naczelnym od początku wydawania, czyli do 1998 r. - ustąpił ze stanowiska, a jego obowiązki zaczął pełnić dotychczasowy zastępca Aleś Paszkiewicz. Zmieniono też wydawcę, co zgodnie z białoruskim prawem wymagało ponownej rejestracji periodyku. Udało się. Arche ukazuje się po białorusku. Zamieszcza materiały na temat kultury, sztuki, historii i polityki. Publikują w nim najbardziej znani intelektualiści białoruscy.

Teraz Aleksandr Paszkiewicz mówi:

- Rynek wydawniczy mamy wspólny z rosyjskim. To ma ogromny wpływ na sytuację białoruskiego, także prywatnego, rynku wydawniczego. Powoduje to, że książki rosyjskie wydawane w wielkich nakładach i zaspokajają niemal wszystkie podstawowe zapotrzebowania czytelnicze Białorusinów. Tak więc to, co każdemu człowiekowi potrzebne jest do jego podstawowego rozwoju intelektualnego, ukazuje się na potrzeby rynku białoruskiego w Moskwie lub Sankt Petersburgu. Oczywiście po rosyjsku. Niezależnym wydawcom białoruskim pozostaje wpisywać się więc w misję i niszę. A przecież na całym świecie wydawnictwa żyją głównie z zysków, jakie im przynosi literatura masowa. Dzięki niej właśnie mogą zajmować się wydawaniem literatury elitarnej. To, co jest u nas, to pozostałość jeszcze po czasach ZSRR, po wspólnej przestrzeni informacyjno-kulturalnej.

Nikt nie pisze kryminału

Andrej Januszkiewicz pyta zdaje się retorycznie:

- Gdzie na Białorusi kryminały, fantastyka, powieść kobieca? Zmicier Wiszniou przywiózł na ten festiwal kilka egzemplarzy książki, w której historia Białorusi potraktowana jest anegdotycznie i sprzedała się natychmiast. Nawet tutaj.

Aleksandr Paszkiewicz:

- Masowa literatura na Białorusi jest ograniczona czynnikiem językowym. Po białorusku czyta mniejszość społeczeństwa. Jeśli ktoś w takich gatunkach napisze po białorusku dobrą książkę, np. kryminał, to pewnie ludzie będą czytać. Ale nikt takich u nas nie pisze.

Andrej Januszkiewicz:

- Niedawno ukazały się po białorusku "Przygody Sherlocka Holmesa" Arthura Conana Doyle'a, najlepiej sprzedająca się książka na świece. Wydano ją w nakładzie tysiąca egzemplarzy, a to dużo dla niespełna dziesięciomilionowej Białorusi. Rozeszła się od razu. Wszystkie tysiąc egzemplarzy utworów światowej sławy Edgara Allan Poe, choć wydaje się pisarzem elitarnym, też zostało wykupionych błyskawicznie.

Aleksandr Paszkiewicz:

- Jednak jeśli większość społeczeństwa ma wybór czytać Conan Doyle'a lub Edgara Poe po białorusku czy po rosyjsku, wybierze rosyjski.

Andrej Januszkiewicz:

- No nie! Większość poczytałaby kryminały po białorusku, ale ich nie ma. Reszta to problem marketingu wydawniczego. W ostatnich trzech latach nie wyszedł ani jeden białoruski kryminał, żaden białoruski pisarz go nie napisał. A to przecież najbardziej popularny gatunek na świece....

Instytut Polski

Rolę nie do przecenienia, jeśli chodzi o wspieranie i promocję współczesnej literatury białoruskiej, odgrywał dotąd Instytut Polski w Mińsku. Został powołany do życia w 1994 r. Posiada status misji dyplomatycznej. To placówka - tak jak inne takie w ponad dwudziestu krajach świata - umiejscowiona jest przy polskiej ambasadzie. O ile finansowo, ze względów dyplomatyczno-prawnych, nie może bezpośrednio wspierać białoruskich pisarzy, a tym bardziej wydawnictw, za sprawą dorocznej nagrody literackiej im. Jerzego Giedroycia spełnia rolę promotora wybitnej literatury białoruskojęzycznej. Nagroda ta w białoruskim środowisku literackim cieszy się wielkim prestiżem. Głównym jej celem "jest popularyzowanie białoruskiej literatury w Polsce i na Białorusi, a także wzmacnianie więzi kulturalnych pomiędzy naszymi krajami".

Nagrodę urodzonego w Mińsku Jerzego Giedroycia (założyciela i redaktora paryskiej Kultury" i wydawnictwa Instytut Literacki) ustanowiła w 2012 r. Ambasada Polska w Mińsku wspólnie z białoruskim PEN-Clubem oraz Związkiem Pisarzy Białoruskich. Laureatami pierwszych nagród były dotąd książki najciekawszych pisarzy białoruskich ostatniej dekady: Paweł Kaściukiewicz, Uładzimir Niaklajeu, Ihar Babkou i Wiktar Kaźko.

Instytut Polski pośrednio lub bezpośrednio wspomaga też wydawanie literatury polskiej w tłumaczeniach na białoruski. W ostatnich trzech latach ukazały się takim sposobem m.in. "Warszawianka" i "Wesele" Stanisława Wyspiańskiego (tłum. Lawon Barszczeuski), "Zemsta" (tłum. Andrej Chadanowicz) i "Śluby panieńskie" (tłum. Maryia Martysiewicz) Aleksandra Fredry czy pokaźny zbiór wierszy wybranych Wisławy Szymborskiej: "Koniec i początek" w tłumaczeniu dziesiątki wybitych pisarzy białoruskich. Dramaty Fredry i poezja Szymborskiej pojawiły się za pośrednictwem wydawnictwa Łohwinau.

Tomasz Adamski, zastępca dyrektora Instytutu Polskiego w Mińsku, pełniący obecnie obowiązki jego kierownika, zapewnia, że nagroda w tym roku - po zmianie od marca ambasadora w Mińsku - jeszcze zostanie przyznana. Była do tej pory w pierwszej połowie roku.

Zmicier Wiszniou jest pewien:

- Nagroda im. Jerzego Giedroycia spełnia na Białorusi szczególną rolę. Przede wszystkim dzięki niej można w ogóle mówić o promocji literatury białoruskiej.

PS Białoruski został uznany przez UNESCO za jeden z języków zagrożonych wyginięciem.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej na ten temat
Komentarze
Zaloguj się
Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem