Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Aras Palani przedstawia się: „I work 24/7" i taki przydomek już do niego przylgnął. To człowiek-instytucja, którego na polsko-białoruską granicę przygnał osobisty dramat. Usiłował ratować tu własną rodzinę, która, by dołączyć do niego w Europie, przyleciała z Iraku na Białoruś, próbował zdalnie śledzić ich kroki, jakoś ich strzec, ale nie udawało się, był bezsilny.

Fot. Agnieszka Sadowska / Agencja Wyborcza.pl

– Moja rodzina to kropla w morzu ludzi. Wiem, przez co przeszli, a inni doświadczyli rzeczy jeszcze gorszych. Dzwonią i płaczą do słuchawki: z głodu, zimna, tęsknoty za dziećmi, z przerażenia, bo je zagubili – mówi Aras. – Będę pomagał ludziom na pograniczu tak długo i tak mocno, jak tylko będę potrafił. Nie mogę teraz wyjechać, zostaję – zdecydował.

Granica polsko-białoruska. W lasach wciąż są ludzie potrzebujący ratunku, a pomoc im w strefie uniemożliwiają służby

Pomoc i ukojenie w siedmiu językach

Jesienią nie odrywał się od telefonu. Granicę usiłowały codziennie przekroczyć setki migrantów, wielu było „zawracanych", czyli wyłapywanych w podlaskich lasach i wyrzucanych z powrotem na druty, ale wielu udawało się przebić.

 

Dzwonili do Arasa z błaganiem o pomoc. Jego numer znajdowali w internecie, przekazywali sobie. Wszystkie telefony odbierał, odpisywał, organizował, łączył, przekazywał, podtrzymywał na duchu. W siedmiu językach: kurdyjskim, arabskim, tureckim, farsi, angielskim, niemieckim i bułgarskim. Choć jeśli liczyć dialekty, to włada w sumie dwunastoma językami (w samym kurdyjskim – trzema dialektami). Uczy się ich błyskawicznie, ma pamięć fotograficzną. Polskiego nauczyłby się w parę miesięcy – odgraża się żartobliwie – gdyby miał choć trochę więcej czasu.

Fot. Agnieszka Sadowska / Agencja Wyborcza.pl

– Teraz jest mniej ludzi w lesie, dlatego możemy bardziej skupić się na pomocy ludziom w obozach dla uchodźców w całej Polsce. Sprawdzamy, czego potrzebują – niektórzy kart SIM, inni telefonów, butów, ubrań. Często nie wiedzą, jak uzyskać pomoc medyczną, a potrzebują kontaktu z lekarzem, lekarstw czy zabiegów – tłumaczy. Jest w trakcie sporządzania bazy danych podopiecznych i ich potrzeb. Opowiadając o działaniach na rzecz uchodźców, nie mówi „ja", tylko „my". Z wdzięcznością – o swoich koleżankach i kolegach z Grupy Granica: – To anioły stróże.

Naszą rozmowę przerywa telefon z jednego z obozów dla uchodźców, Aras rozmawia po arabsku. Jego głos brzmi kojąco.

Strajki głodowe w ośrodkach strzeżonych dla cudzoziemców. "To więzienie, my tego nie wytrzymamy"

Zbiera też fundusze na pomoc migrantom zamkniętym w strzeżonych ośrodkach i tak wyjaśnia po co: „Polski rząd kroczy ramię w ramię z białoruskim reżimem, wypychając na Białoruś ludzi złapanych w lasach. Ci, którzy nie zostaną odesłani, trafiają do zamkniętych ośrodków na terytorium Polski. Staram się, jak mogę, pomagać uchodźcom żyjącym w nieludzkich warunkach. Aby się skupić na pomocy ludziom w obozach, potrzebuję funduszy. Głównie na: ubrania, buty, jedzenie, sprawy logistyczne (paliwo, telefon). Pomóżcie mi pomagać tym ludziom".

"Bądź człowiekiem dla innych". Raport Grupy Granica o kryzysie humanitarnym na granicy polsko-białoruskiej

Anioł stróż

Aras ma jeszcze dwa „etaty". Jest tłumaczem fundacji Dialog i jej podopiecznych, którzy trafili pod jej skrzydła po traumatycznych przeżyciach na granicy. Oraz osobistym aniołem stróżem kurdyjskiej rodziny dotkniętej niewyobrażalną tragedią.

3 stycznia podczas uroczystości w białostockim domu pogrzebowym tłumacz w mocnym uścisku trzyma Baravana i piątkę jego dzieci. Tulą się do niego jak do drugiego ojca, szlochają. Na trumnie kładą purpurowe róże, całują wieko.

Tak rodzina żegnała Kurdyjkę Avin Irfan Zahir pochodzącą z dystryktu Zakho w prowincji Duhok, która miesiąc wcześniej zmarła w szpitalu w Hajnówce. W trakcie tułaczki w lesie, w wyniku powikłań w związku z hipotermią straciła ciążę. Wolontariusze Grupy Granica, którzy znaleźli uchodźców w lesie pod Narewką, mówią, że rodzina bała się ujawnić polskiej Straży Granicznej w obawie przed wywózką na Białoruś. 12 listopada kobieta została zabrana z puszczy do szpitala w stanie krytycznym. Lekarze przegrali walkę o jej życie.

Granica przetrwania. "Pytacie, co u nas? Ciągle jeździmy po żywych". Ale mieszkańcy strefy znajdują też ciała

Dużo wysiłków Arasa i innych wolontariuszy pochłonęła organizacja odesłania ciała Avin do Iraku, tak jak nalegali rodzice zmarłej. Tłumacz ma zapewnione mieszkanie w Białymstoku i dom w okolicy, który udostępnił mu przyjaciel, ale przeprowadził się do ośrodka fundacji Dialog, by być z rodziną przez cały czas, opiekować się nią. Dzięki stałej obecności, staraniom i znajomości psychologii Arasa powoli dochodzą do siebie.

Uchodźcy. Pożegnanie Avin, która przed miesiącem zmarła w szpitalu w Hajnówce w wyniku powikłań po utracie ciąży w związku z hipotermią, zorganizowano w poniedziałek (3 stycznia) w Domu Pogrzebowym Wierzbicki w Białymstoku. Jej ciało zostanie wysłane do Iraku, gdzie odbędzie się pogrzebUchodźcy. Pożegnanie Avin, która przed miesiącem zmarła w szpitalu w Hajnówce w wyniku powikłań po utracie ciąży w związku z hipotermią, zorganizowano w poniedziałek (3 stycznia) w Domu Pogrzebowym Wierzbicki w Białymstoku. Jej ciało zostanie wysłane do Iraku, gdzie odbędzie się pogrzeb Fot. Agnieszka Sadowska / Agencja Wyborcza.pl

– Musisz być silny dla dzieci – jak mantrę powtarza mężowi zmarłej.

Choć wie, że tak naprawdę mężczyzna jest najmłodszym dzieckiem w tej rodzinie. Najsilniejsza jest najstarsza, 16-letnia córka – Rona. Teraz odkrywa nową pasję – gotowanie. W fundacyjnej kuchni wyżywa się, wyczarowując cuda, razem z… córką Arasa.

Strata

Tak, rodzina Arasa jest już bezpieczna, choć jeszcze nie razem, jeszcze rozproszona po Europie. Czekali na ten moment ponad 20 lat.

Aras Palani jest Kurdem, iracki Kurdystan opuszcza w kwietniu 2000 roku, jeszcze przed amerykańską inwazją, ratując się przed prześladowaniami reżimu. Po paru miesiącach, część trasy pokonując pieszo, dociera do Bułgarii, gdzie spędzi prawie rok. Następne przystanki to Szwajcaria i Calais, skąd udaje mu się przedostać do Wielkiej Brytanii. Osiada w Londynie, współzakłada tam centrum pomocowe dla rodaków potrzebujących wsparcia prawnego, informacyjnego czy na rynku pracy. W krótkim czasie zostaje tłumaczem i łącznikiem między społecznością kurdyjskich migrantów a angielską rzeczywistością. Dostaje brytyjskie obywatelstwo.

– Od kiedy zamieszkałem w Wielkiej Brytanii, starałem się sprowadzić do siebie moją rodzinę, na różne sposoby, ale było to niemożliwe – przyznaje.

Uciekając z Iraku, zostawił w nim żonę i dwójkę maleńkich dzieci. W ciągu tych 20 lat widział się z nimi zaledwie kilka razy. Doczekał narodzin młodszego syna Rawaza, dziś już nastolatka. Lata rozłąki i nieudanych prób połączenia rodziny przypłacił depresją.

Kryzys na polsko-białoruskiej granicy. Kurdowie znowu zdradzeni

A w ojczyźnie dzieje się coraz gorzej. W 2014 roku tzw. państwo islamskie pustoszy północne tereny zamieszkane przez Kurdów, dokonuje rzezi w Sindżar. Do rodzinnego miasta Arasa dżihadyści wkraczają we wrześniu, wtedy jego żona zostaje ranna w nogę, pełnej sprawności już nie odzyska. Region staje się tak niebezpieczny, że rodzina Arasa trafia do obozu dla wewnętrznie przesiedlonych. Zaledwie 15 km od ich rodzinnych domów i ziemi. Tracą majątek. Długo nie widzą się z ojcem.

Wideo Agnieszki Sadowskiej

Tym razem mieli spotkać się w Mińsku, to miała być tylko wizyta. Aras miał do nich dojechać i zorientować się w sytuacji. Nie było takiej możliwości. Zdecydowali się więc na próbę przekroczenia zielonej granicy.

Parę dni temu córka Noora przyznała mu: „Tato, my już wtedy mieliśmy swój plan, oszukaliśmy cię". Już jadąc do Mińska, wiedzieli, że nie wrócą do Iraku. Podjęli to ryzyko. Tłumaczyła mu: „Umieraliśmy tak codziennie. Czekaliśmy 20 lat, dłużej już nie daliśmy rady. Myśleliśmy: jeśli wyruszymy w tę drogę, umrzemy tylko raz. Albo może nie umrzemy, tylko zdobędziemy szansę na lepsze życie".

Sześć najdłuższych dni życia

Na początku października wyrusza ich siódemka: żona Arasa, córka z mężem i synkiem, dwóch synów i synowa. Osiem razy są przepychani przez granicę, przepędzani przez jednych i drugich pograniczników. Ci białoruscy katują zięcia. Wnuka szczują psami. Jego mama zasłania go własnym ciałem, do dziś na ramieniu ma ślady psich zębów. Tułają się na pograniczu 10 dni, z czego na sześć Aras traci z nimi kontakt. Poszukuje wszelkich informacji o nich, zamieszczając apele w internecie i zdjęcia jeszcze z Iraku.

Wędrówka nie jest łatwa, zwłaszcza dla babci, nie w pełni sprawnej, i dla małych nóżek 6-letniego Newana. Imię chłopca oznacza „Pomiędzy" – jak Białorusią i Polską – uśmiecha się Aras. Jego wnuczek daje się w podlaskich lasach poznać jako mały mężczyzna. Odmawiający sobie wody, by swoją rację oddać babci. Ta widzi, że opóźnia marsz, nie dając bliskim szans na przedarcie się przez zamkniętą strefę. Decyduje się poświęcić, okłamując dzieci, że zaraz do nich dojdzie, i zostaje z tyłu. Słabnie. Córka wybiega na drogę, wołając pomocy. Do szpitala trafia dwójka w najcięższym stanie: babcia z pobitym zięciem. Reszta – do zamkniętego ośrodka dla cudzoziemców.

Uchodźcy. Pożegnanie Avin, która przed miesiącem zmarła w szpitalu w Hajnówce w wyniku powikłań po utracie ciąży w związku z hipotermią, zorganizowano w poniedziałek (3 stycznia) w Domu Pogrzebowym Wierzbicki w Białymstoku. Jej ciało zostanie wysłane do Iraku, gdzie odbędzie się pogrzebFot. Agnieszka Sadowska / Agencja Wyborcza.pl

Kiedy pacjenci budzą się w szpitalu i odrobinę odzyskują siły, uciekają z placówki, chcą natychmiast wracać na Białoruś, szukać Noory i Newana. Aras tłumaczy im: są bezpieczni, ja się o nich zatroszczę, ratujcie siebie. Dołączają do większej grupy w lesie, ktoś ma tam kontakt z przemytnikiem. Sprzedają resztę dobytku w Iraku, przekraczają kolejne granice i docierają do Szwajcarii. Po raz drugi gubią się, tym razem na dworcu kolejowym. Żona dzwoni do Arasa z Berna, a zięć – z Bazylei. Najstarszy syn z żoną jadą w innym kierunku. W ośrodku w Czerwonym Borze Noora, która w ojczyźnie pracowała w laboratorium, opiekuje się migrantami. Wreszcie ją wypuszczają i Aras nacieszyć się nie może. Z tej euforii planuje nawet wydanie dziękczynnego przyjęcia dla wszystkich wspaniałych ludzi, których poznał w Polsce. Takiego, na które wchodząc, zostawiałoby się przed drzwiami troski i poglądy polityczne. Takiego, na które zaprosi nawet prezydenta miasta.

Wideo Agnieszki Sadowskiej

Chciałby wszystkich wyściskać i podziękować, ale jeszcze raz przypomnieć, co robią migranci na polsko-białoruskiej granicy, także teraz, w styczniu, balansujący na granicy życia i śmierci: – Oni tu nie przyjeżdżają po pieniądze czy socjal. Chcą tylko normalnego życia: elektryczności, wody, wolności. Najważniejsze pytanie brzmi:

Czy wolałbyś żyć po to, by umierać, czy umierać po to, aby żyć? Ludzie w Iraku żyją, by umrzeć. Każdego dnia. Tylko na to czekają, bo nie ma dla nich przyszłości. A ludzie w lesie umierają, aby żyć.

Przyjaciele Arasa Palaniego stworzyli zbiórkę na wsparcie jego działań pod tym adresem

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.