Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

W piątek (14 stycznia) Sąd Rejonowy w Białej Podlaskiej zajmie się sprawą białoruskiego uchodźcy, oskarżonego o nielegalne przekroczenie granicy we współdziałaniu z innymi osobami - znajomą i jej mężem, którzy zabrali go do samochodu.

Vitali otrzymał już w Polsce status uchodźcy, ma genewski paszport. Dołączyła do niego żona z synkiem, mieszkają w Warszawie.

Teraz działacza czeka sprawa karna. Od jej wyniku zależy, jak ułoży się nowe życie uchodźczej rodziny.

Białoruś. OMON przyszedł jak po terrorystę

Vitali pochodzi z Brześcia, tam był przedsiębiorcą, miał dom jednorodzinny, prowadził firmę. Po sfałszowanych wyborach nie wytrzymał, przyłączył się do protestów. W 350-tysięcznym mieście najliczniejsza demonstracja liczyła około 40 tysięcy osób. Każda dzielnica skrzykiwała się przez komunikator internetowy, a Vitali ma dar przekonywania i wyrósł na lidera organizacji manifestacji. Przez parę miesięcy malowali hasła na murach, drukowali ulotki. - Jak w partyzantce - mówi.

Jedna zatrzymana osoba poszła na współpracę i służby zaczęły wyłapywać ludzi. Vitali dostał ostrzeżenie, żeby uciekać. 11 listopada o 5 rano dom jego i dom jego rodziców otoczyły dwie ekipy OMON-owców.

- Jak po terrorystę przyszli, przestraszyli żonę, grozili, że zabiorą dziecko. Przeszukali dom, skonfiskowali wiele rzeczy, także samochód i paszport - opowiada Vitali. - Wystawili za mną list gończy. Przypięli tyle zarzutów, że 10 lat więzienia mi grozi. Politycznych tam najgorzej traktują, jak zwierzęta. Jedna osoba już zmarła w więzieniu.

- Ukrywałem się około pięciu miesięcy, nie kontaktowałem się nawet z rodziną - ciągnie. - Ale wiedziałem, że bardzo to przeżywają, uważają, że wystarczy tej walki, że trzeba uciekać.

Czytaj także: Zmuszeni do wyjazdu z Białorusi niezależni dziennikarze mają swoje centrum medialne w Białymstoku

Uchodźcy. Niełatwo przepłynąć Bug w marcu

Zdecydował się na ucieczkę do Polski, bo słyszał deklaracje, że pomaga działaczom demokratycznym z Białorusi. Poza tym ma tu kolegów.

- Jak ktoś ratuje swoje życie, to na wszystko pójdzie - zaznacza Vitali. O swoim planie nikomu nie wspomniał. - Przepłynąć tę rzekę niełatwo, ma silne prądy i wiry, w marcu było zimno. Wiedziałem, że u nas strzelają do tych, co przekraczają granicę. Mogłem zginąć. Zabezpieczyłem przed wodą telefon i dokumenty, przede wszystkim dowody na swoje prześladowania, żeby od razu zrozumieli, że jestem uchodźcą politycznym i proszę o azyl. Kiedy znalazłem się na polskim brzegu, byłem szczęśliwy - opowiada. - Moim celem było przekroczyć granicę i znaleźć się na brzegu, a dalej nie planowałem…

Na brzegu napisał do koleżanki w Polsce. To był ranek. Ona obudziła męża i natychmiast pojechali go szukać. Nie mogli znaleźć, jeździli i trąbili, mijali nawet samochód patrolu straży granicznej, ale pusty. Vitali z pół godziny błądził po brzegu, a kiedy w końcu wpadł w ramiona znajomych, ci wsadzili go w samochód, zaczęli ogrzewać. Mieli jechać do strażnicy. Odjechali zaledwie parę metrów i zatrzymał ich patrol SG.

- Sprawa poszła w kierunku nielegalnego przekroczenia granicy. Na posterunku w Terespolu siedzieliśmy 11 godzin, bez jedzenia i wody - dodaje Vitali. Był w stresie. Prosił o azyl, pytał, czy go nie deportują, strażnicy odpowiadali: "nie wiadomo". - Szanuję polską tradycję, staram się uczyć języka, bardzo jestem wdzięczny zwykłym Polakom, którzy mi pomagali. Nie walczę z państwem polskim, ze strażą graniczą, ja jestem po jej stronie. Jak, nie daj Boże, zaczęłaby się teraz wojna, poszedłbym za Polakami, przeciwko białoruskim bandytom, psom Łukaszenki - deklaruje.

Tłumaczy, że sprawa sądowa jest wynikiem wyłącznie tego, że swoich obowiązków nie dopilnowali ci funkcjonariusze, którzy tego dnia, gdy przekroczył granicę, pełnili dyżury. On chce tylko sprawiedliwości. Zwłaszcza dla znajomych, którzy o niczym nie wiedzieli, a spadły na nich konsekwencje. Mąż koleżanki, celnik, został zawieszony w pracy, a od wyniku sprawy sądowej zależy, czy będzie mógł do niej wrócić.

Uchodźcy. Konwencja genewska jest po jego stronie

W związku z zatrzymaniem przez SG całej trójce postawiono zarzuty z art. 264 par. 2 kk. Stanowi on, że kto wbrew przepisom przekracza granicę Rzeczypospolitej Polskiej, używając przemocy, groźby, podstępu lub we współdziałaniu z innymi osobami, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3.

Najsurowszą odpowiedzialność przepisy przewidują wobec osób, które organizują innym przekraczanie wbrew przepisom granicy Rzeczypospolitej Polskiej - podlegają karze pozbawienia wolności od 6 miesięcy do lat 8.

Do sprawy sądowej przystąpiło Stowarzyszenie Interwencji Prawnej. Członkini jej zarządu, mecenas Małgorzata Jaźwińska opisuje sytuację Białorusina: - W związku z prześladowaniem na terenie Białorusi został mu odebrany paszport, a tym samym nie mógł legalnie przekroczyć granicy polsko-białoruskiej na przejściu granicznym. Na Białorusi był także poszukiwany listem gończym. Wskazuje, że nikt nie udzielał mu wsparcia w zakresie topografii, miejsca przekroczenia granicy, itp. Po przekroczeniu granicy, będąc już w Polsce znalazł się na bagnach. Zadzwonił do swojej znajomej z prośbą o przyjechanie po niego (obawiał się o swoje życie i zdrowie) - wylicza mecenas. I przypomina: - Art. 33.1 Konwencji genewskiej dotyczący statusu uchodźcy zakazuje penalizowania nielegalnego przekroczenia granicy przez uchodźców.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.