Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Rozmowa o pomocy uchodźcom

Monika Żmijewska: Czy wyobrażałaś sobie kiedykolwiek, że będziesz desperacko chodziła po lesie, również nocą, w innym celu niż relaksujący spacer?

*Marysia, mieszkanka strefy przygranicznej, wolontariuszka Grupy Granica (organizacji zrzeszającej kilka zespołów i stowarzyszeń, pomagających uchodźcom): - Nie. Wcześniej w ogóle nie przyszłoby mi do głowy, że ostatnie trzy miesiące mogą tak wyglądać, jak wyglądały. Zresztą teraz wszystko jest już inne.

Wyjechałam z Hajnówki do Warszawy na studia, zostałam tam na dłużej. Wróciłam z rodziną pięć lat temu. Wydawało mi się, że będzie się nam tu spokojnie żyło. No i w sumie tak było. Zawodowo też mogłam to sobie wszystko poukładać, bo jestem ekonomistką, zdalnie pracuję od 10 lat, współpracując z firmami z Polski i zagranicy. Mam trójkę dzieci. Mieszkamy blisko lasu. I tak sobie spokojnie żyliśmy.

Czytaj także: Syryjski chory chłopiec wyrzucony na Białoruś

Kiedy zorientowałaś się, że w tym spokojnym przygranicznym miejscu coś się zmieniło? Że jest kryzys na granicy?

- Jeszcze we wrześniu nie orientowałam się w niczym za bardzo. Nie oglądam telewizji, mam dużo innych spraw na głowie, a o kryzysie nie było jeszcze głośno. Pod koniec września chodziłam z dziećmi po lesie. I wtedy, w ciągu jednego tygodnia, dwa razy spotkałam dwie grupki cudzoziemców.

Za pierwszym razem to była matka, ojciec i dziecko. Szli leśną drogą. Nie zaczepiali mnie, to ja do nich zagadałam. Pomyślałam, że to zagraniczni turyści z Puszczy Białowieskiej, którzy się zagubili. Byli nieufni, chyba trochę się mnie bali. W pewnym momencie zapytali tylko, czy może mam odrobinę wody dla dziecka. Miałam. Podziękowali i poszli dalej.

Trzy dni później  też spacerowałam z dziećmi. Tym razem spotkałam czterech młodych mężczyzn. Ci zapytali, gdzie jest „miasto". Pokazałam kierunek. I tyle. W tym przypadku też uznałam, że to pewnie turyści. Nie zorientowałam się, że to byli ludzie z granicy. Nie byli zarośnięci, mieli czyste ubrania. Zwyczajni cudzoziemcy, spotkani po drodze. Ale zaczęłam czytać intensywniej wiadomości w internecie. Było ich coraz więcej, i więcej. I wtedy wszystko się zmieniło. Coś mi się stało.

Co?

- Zaczęłam chodzić do lasu w każdej wolnej chwili. To było wręcz desperackie szukanie ludzi. Miałam poczucie, że gdzieś tam są i bardzo potrzebują pomocy. Czułam, że muszę, że jeśli nie pójdę, to nie znajdę sobie miejsca. Chodziłam dzień w dzień. Znajdowałam porzucone rzeczy, resztki obozowiska. Nosiłam ze sobą wodę i kanapki, tylko to mi na początku przyszło do głowy, nie wiedziałam tak naprawdę, co powinnam mieć ze sobą. Nie wiedziałam, że istnieje Grupa Granica, że organizują się grupy pomocowe. Trwało to wszystko jakieś dwa tygodnie. Na przystanku zdążyła mi mignąć jakaś rodzina, do której w tej samej chwili podjechał bus i ją zabrał. Kolejnego dnia na tym samym przystanku widziałam, jak kogoś zabiera Straż Graniczna. Jeszcze wtedy nie miałam świadomości, że wywozi tych wszystkich ludzi z powrotem na granicę. Ale wówczas w zasadzie nie wiedziałam nic. Wiedziałam tylko, że brakuje mi kogoś, z kim mogę o tym porozmawiać.

Bo dzieje się coś strasznego. Ale ludzie z mego otoczenia najczęściej ucinali temat.

Pamiętam, że w tamtym czasie uczestniczyłam w spacerze po Puszczy Białowieskiej. W pewnej chwili osoba uczestnicząca w wydarzeniu powiedziała ogólnikowo, że będzie wolontariat w Puszczy i zbiera się grupa do zajęć terenowo-przyrodniczych. Nie zrozumiałam kompletnie, o co jej chodziło. Nawet pomyślałam: to teraz u nas dzieją się ważniejsze rzeczy, a ona jakiś wolontariat dla ptaszków i drzew organizuje? Teraz, gdy trzeba zająć się ważniejszymi sprawami? Ale wróciłam do domu i mnie tknęło: A może ona chciała powiedzieć coś między wierszami? Na drugi dzień skontaktowałam się z tą osobą, zapytałam, co miała na myśli… I okazało się, że przeczucie mnie nie myliło.

Fot. Agnieszka Sadowska / Agencja Wyborcza.pl

I co poczułaś?

- To była duża ulga. Uświadomiłam sobie, że takich osób, które chcą coś zrobić, jest więcej. Że w końcu z kimś o tym porozmawiam. To był chyba ostatni moment, czułam, że już nie wyrabiam. Miotałam się, chciałam pomóc i nie wiedziałam jak. W tamtym czasie stres mnie zżerał okropnie. Ciągnęło mnie do lasu. Nie mogłam spać, wystawałam w nocy w oknie i patrzyłam, czy uchodźcy nie wychodzą z lasu, czułam, że powinnam być gotowa. Spałam po dwie-trzy godziny, chodziłam jak przecinak.

I oto nagle pojawił się dobrze zorganizowany system wsparcia. Oni wiedzieli, że potrzebna jest nie tylko woda i kanapki. Zostałam częścią systemu i poczułam się pewniej.

Co wtedy robiłaś?

- Dostawałam np. telefon z nazwą wioski i opisem drogi i że trzeba pojechać z zupą. No i jechałam. Wchodziłam w ciemny las, świeciłam sobie telefonem, czasem, właściwie całkiem często, błądziłam. Las po zmroku w takiej sytuacji wygląda inaczej. Owszem, bałam się, ale nie było to aż tak bardzo przerażające. O wiele bardziej okropne było spotykanie przerażonych, głodnych, chorych ludzi.

Pamiętam swój pierwszy wyjazd. Byłam przekonana, że będę na miejscu pierwsza, ale pierwsi byli Medycy na Granicy. Uchodźcy - pięciu mężczyzn - już byli zaopiekowani. Ich widok był przejmujący: bardzo przestraszeni, bardzo chudzi, mieli ściągnięte nieogolone policzki. Naprawdę, wyglądali, jakby uciekli z obozu koncentracyjnego. Wtedy ta piątka trafiła do szpitala. Miałam nadzieję, że wszystko odbędzie się zgodnie z prawem, że zostaną uruchomione odpowiednie procedury, uchodźcy trafią do ośrodka, gdzie będą czekać na rozpatrzenie ich sprawy.

Nie pomyślałam nawet przez chwilę, że ci mężczyźni ze szpitala zostaną błyskawicznie zabrani i znów wypchnięci przez granicę.

Ja naprawdę wierzyłam, że Straż Graniczna pomoże, w końcu ich pobyt w szpitalu to też zapis w dokumentach, jakiś prawny ślad - kartoteka z historią leczenia… Nic jednak nie znaczył. Wtedy w jednej chwili stało się jasne, że kogo się tylko da wywieźć - wywiozą.

Pamiętasz swoją reakcję?

- Gniew, wściekłość, bezradność, wszystko w jednym. To, jak nadzieja zamienia się w ogromny zawód, trudno nawet opisać. Moje zaufanie do służb, aparatu rządowego zostało kompletnie przekreślone. Od tamtej pory wiem, że nikomu z władz nie można ufać. Że jesteśmy w sytuacji, w której człowiek nie czuje się bezpieczny. Że państwo prawa świadomie nie działa. A walka o to, by prawo było przestrzegane, jest skazana na porażkę. Coś we mnie pękło. I tak to trwa do dziś. Ale brak wiary nie oznacza, że trzeba przestać działać.

Ty w pomocy wtedy nieco się „przekwalifikowałaś".

- Zaraz po tym, gdy Straż Graniczna wypchnęła tych pięciu mężczyzn, mieliśmy nasze wewnętrzne spotkanie. Rozmawialiśmy, co nas czeka, jak mogą wyglądać najbliższe dni. Uświadomiłam sobie, że nie mam takich mocy przerobowych, by chodzić ciągle do lasu. Mam dzieci, za dużo mnie to kosztuje, że ten las mnie psychicznie wykończy. I zgłosiłam się do grupy „szpitalnej". Co też oznacza, że faktycznie musiałam błyskawicznie zdobyć nowe „kwalifikacje". Orientować się w ustawach, rozporządzeniach, kwestiach uchodźczych etc. To ogrom nowych kwestii, którymi się dotąd zupełnie nie interesowałam. I praca jak na dwóch etatach.

W praktyce i w wielkim skrócie wygląda to tak: staram się, na ile się da, towarzyszyć ludziom z granicy w szpitalu, załatwiać dokumenty, przygotowywać wnioski, wspierać psychologicznie, organizować telefony, by mogli skontaktować się z rodzinami, a dodać trzeba, że w szpitalu nie ma sieci wi-fi. I oczywiście załatwiać tłumacza. Co często było trudne, bo uchodźcy bardzo często nie mówią słowa po angielsku, a jedynie w swoim dialekcie. Czasem samo ustalenie, jaki to w ogóle dialekt, jest problemem. Bywało, że załatwiony przez nas tłumacz w konkretnej chwili tłumaczył taki rzadki dialekt, łącząc się z nami z innego europejskiego kraju. Rozmawiał z leżącym w Hajnówce pacjentem, z nami, i jednocześnie z rodziną pacjenta w dalekim kraju, o ile udało się nam ją namierzyć.

Tak było np. w przypadku dziewczyny z Iraku, rozdzielonej z mężem, który przez push back znów został wypchnięty za granicę białoruską. Przez trzy dni w ogóle nie było z nią kontaktu, ciągle płakała. Chcieliśmy jej pomóc, przekonywaliśmy do podpisania papierów, które mogłyby pomóc, by nie została wywieziona za granicę. Powtarzała, że bez męża niczego nie podpisze. Udało się w końcu skontaktować z jej ojcem w Iraku i wyjaśnić mu, dlaczego to takie ważne, co dziewczynie grozi. Ojciec wysłuchał tłumacza online, zrozumiał, powiedział, by córka podpisała. I dopiero wtedy podpisała. Niestety dziewczyna została zabrana ze szpitala, straciłam z nią kontakt półtora miesiąca temu. Odnalazłam ją dopiero teraz, jest w Białymstoku w ośrodku zamkniętym. Trzeba pilnować jej sprawy, bo jeśli się tych spraw nie nagłaśnia, nie pilnuje, następuje cicha deportacja.

Grupa 11 uchodźców ze Sri Lanki, Gwinei, Nigerii, Iraku i Kamerunu, odnalezionych przez aktywistów w lesie pod KuźnicąGrupa 11 uchodźców ze Sri Lanki, Gwinei, Nigerii, Iraku i Kamerunu, odnalezionych przez aktywistów w lesie pod Kuźnicą Fot. Agnieszka Sadowska / Agencja Wyborcza.pl

Czytaj także: Kłamstwa Białorusi - świadectwo Amina i tych, którzy uratowali mu życie

Jaka była/jest ta codzienność szpitalna?

- Teraz uchodźców w szpitalach jest mniej, ale w poprzednich tygodniach to był prawdziwy „młyn". Wiele spraw utrudniała nam Straż Graniczna. Codziennie były jakieś afery, zmieniali swoje zasady, wcześniejsze postanowienia. Nic nie było stałe.  Bardzo nas lekceważyli. Owszem, czasem niektórzy strażnicy zmieniali swoje nastawienie. Gdy okazało się, jak wiele osób w złym stanie trafiających do szpitala potrzebuje tłumacza i że my umiemy go załatwić, szybciej to ogarniemy, strażnicy pojęli w końcu, że w tej kwestii czasami muszą skorzystać z naszej pomocy. Strażnicy też są różni. Niektórzy byli autentycznie zaciekawieni, jak się porozumiewamy z uchodźcami. Ale z większością strażników było odwrotnie.

Raz miałam taką sytuację, gdy na ginekologię na krótki czas trafiła dziewczyna z Jemenu w szóstym miesiącu ciąży. Długo nie można było ustalić, w jakim języku mówi, co oznaczało, że nie mogliśmy się z nią porozumieć. To, że mówi po persku, udało się ustalić praktycznie w chwili wypisywania ze szpitala. Strażnik graniczny w ogóle nas nie słuchał, zabierał ją natychmiast, w szpitalnych kapciach.

Powiedział do niej „Raus!", bo chyba tylko takie słowo w obcym języku znał.

Mówię do niego: „Co pan robi, przecież ona nie ma butów". On na to: „Poradzimy sobie, w straży będą buty". Nic go nie interesowało. A ja później nie mogłam ustalić, co się z tą dziewczyną dzieje. Dopiero potem dowiedziałam się, że mieli obowiązek udzielić mi informacji, bo byłam jej pełnomocniczką. Ale tego uczyłam się na bieżąco. Dziewczynie z Jemenu zdążyłam tylko dać kartę SIM. W pośpiechu nie zabrała z łóżka zdjęcia swojego nienarodzonego dziecka z USG – które było jedynym zdjęciem wykonanym podczas jej ciąży. Zdjęcie trzymam w domu do dziś. Długi czas nie wiedziałam gdzie jest ta dziewczyna. Aż w końcu po trzech tygodniach przyszedł SMS od jej siostry, że jest bezpieczna, w Niemczech. Po czym zablokowała numer. Było mi nawet przykro. Ale w sumie dobrze ją rozumiem, oni wszyscy się boją. Pewnie po push-backu udało się jej jednak przedostać z powrotem i przez kogoś została zabrana.

A jak w szpitalu reagowano na waszą obecność?

- Różnie. Są osoby współczujące uchodźcom, są osoby okazujące swoją niechęć, mówiące, że przeszkadzamy im w pracy. Gdy co rano dzwonimy z pytaniem, czy były nowe przyjęcia, czasem słyszę: „Nie ma i nie będzie", ale często słyszę też: „Bardzo dziękuję za telefon i zainteresowanie". Oczywiście szpital nie ma obowiązku nas o tym informować, bo celem szpitala jest leczenie i ratowanie życia. W końcu jednak większość tych bardziej niechętnych zrozumiała, że jesteśmy tam po to, by i im pomóc również w pracy, choćby w tłumaczeniu na nietypowe dla naszego regionu języki, czy w rozkładaniu towarów w magazynie. Pacjentom również poprawiał się nastrój, kiedy zauważali dużo drobnych gestów i współczucia od strony personelu: szpital stał się również miejscem, w którym na chwilę mogą poczuć się bezpiecznie. Opowiadałam pielęgniarkom, jakie były wcześniejsze, często bardzo dramatyczne losy leżących u nich uchodźców. Wiele osób reagowało na to z przejęciem, osoby z personelu płakały. Niektórzy też chcieli o życiu uchodźców rozmawiać - jeśli tylko znajdowali trochę czasu, dopytywali o swoich pacjentów. Śledzili z nami ich dalsze losy.

Większość uchodźców szybko znikała ze szpitali, zabierana przez Straż Graniczną, nawet gdy powinni byli w nich zostać dłużej. Ale przypadek Marwy, 30-letniej Syryjki, który jakiś czas temu opisaliśmy - jest inny. Po pierwsze, po tym gdy znaleziono ją w lesie w skrajnej hipotermii, z minimalną szansą na przeżycie, była leczona w Hajnówce dwa miesiące. Na szczęście lekarze ją odratowali. Po drugie, jej dramatyczna historia zakończyła się szybką możliwością legalnego wjazdu do Niemiec. Po nagłośnieniu sprawy przez niemieckich celebrytów, aktywistów, polityków - otrzymała tzw. wizę humanitarną przyznaną przez niemieckie władze i mogła dołączyć do rodziców i braci. Marwa wcześniej otrzymywała wnioski odmowne, dlatego zdecydowała się zaryzykować i przedrzeć się przez granicę polsko-białoruską…

- Tak, to zupełnie niezwykła historia. W przypadku szpitala Marwa miała szczęście w swoim nieszczęściu - trafiła na znakomity, profesjonalny personel, który był bardzo dobry w kontakcie, rozumiał wiele spraw i walczył z całych sił o jej życie. Przez większość czasu towarzyszyłam jej z daleka, bo ok. 6 tygodni leżała na OIOM-ie. To był bardzo dramatyczny czas. Wtedy na OIOM-ie leżała też Aveen, znaleziona po poronieniu w lesie matka pięciorga dzieci. Niestety Aveen nie udało się uratować. Rodzice Marwy, którzy szybko dowiedzieli się, gdzie jest ich córka, przyjechali do Hajnówki i byli tu z przerwami przez kilka tygodni. Przeżyli tu kilkutygodniowy horror. Byli załamani. Najpierw, że córka może nie przeżyć, bo komunikat był jasny, że stan jest krytyczny. Potem Marwa na przemian odzyskiwała przytomność i traciła, była intubowana, przez długi czas nie pracowały jej nerki. Gdy w końcu odzyskała przytomność, ambasada odrzuciła pierwszy wniosek o wizę. Rodzice bali się, że Marwa w oczekiwaniu na rozpatrzenie jej sprawy trafi do ośrodka, a tam cała walka o zdrowie może pójść na marne. Jej stan zdrowia nadal jest słaby, potrzebuje pilnie rehabilitacji, ma problemy z poruszaniem się, mową. Ta pierwsza odmowa wizy z ambasady była czynnikiem zapalnym, w Niemczech zrobiło się o tym głośno. W pomoc w uzyskaniu wizy zaangażowało się mnóstwo znanych osób, pisano petycje, nagłośniono sprawę. I to przyniosło skutek. Nagle przyszła informacja, że zapraszają ją na spotkanie do niemieckiej ambasady. Jakie to było tempo, by wyrobić zdjęcie do dokumentów i szybko dojechać do Warszawy… Bardzo się cieszę, że tak to się skończyło. Że Marwa, po tym, co przeszła, mogła wyjechać i teraz jest z rodzicami i braćmi. Wczoraj dostałam od taty Marwy film, na którym cała rodzina razem tańczy. Marwa nie porusza się jeszcze płynnie, ale wszystko wskazuje na to, że jest na dobrej drodze.

Teraz interwencji medycznych jest mniej, masz trochę mniej pracy?

- Teraz praca wygląda już trochę inaczej. Ciągle jestem w to uwikłana, bo śledzę losy „moich" pacjentów. W październiku i listopadzie, gdy pacjenci znikali ze szpitali i pojawiali się nowi, nie miałam w ogóle na to czasu. Teraz staram się sprawdzać, co się z dzieje z tymi, z którymi straciłam kontakt. Szukam ich, kontaktuję się z rodzinami, one ze mną. Części osób udało się dotrzeć do rodzin w Niemczech czy Wielkiej Brytanii, część jest w ośrodkach, po blisko połowie słuch zaginął. Tym, którzy trafili do ośrodków, wysyłam paczki, próbuję sprawdzić warunki w ośrodkach, co niestety też jest utrudniane. Ale staram się nie ustawać - jak się powiedziało „A", trzeba powiedzieć i „B".

Jak rodzina zareagowała na twoje zaangażowanie w pomoc na granicy?

- Na początku byli zdania, że nie powinnam się w ogóle mieszać. Mówili: „Zostaw to mądrzejszym, niech inni się tym zajmą, niech państwo polskie rozwiąże tę sprawę". Ja odpowiadałam: „Państwo polskie nie działa!". „Ci ludzie są tu i teraz, i potrzebują pomocy, jak my im tu nie pomożemy, to nikt im nie pomoże". Powiedziałam też, że muszę w to wejść, bo inaczej nie będę sobą. I moja rodzina musiała to przyjąć.

I przyjęła?

- Tak, a niedługo potem też zaczęła pomagać. Gdy zaczęły się pojawiać kolejne przykłady na to, jak państwo działa brutalnie i niehumanitarnie, zauważyłam zmianę nastawienia.

W tym wszystkim zaskoczyły mnie też moje dzieci. Pamiętam sytuację, gdy musiałam natychmiast jechać do lasu, biegałam w panice, że już trzeba, a tu zupa jeszcze nie gotowa, mój 10-letni syn mnie uspokajał, mieszał tę zupę niczym oaza spokoju  i mówił: „Mama, zupa jeszcze nie ugotowana, spokojnie, zdążymy, jeszcze chwila". Dzieci pomagały mi też układać rzeczy dla uchodźców w magazynie, pilnowały zabawek odłożonych dla ich dzieci.

A reakcja znajomych, sąsiadów?

- Najbliższym znajomym powiedziałam, że jestem w Grupie Granica, chciałam, żeby wiedzieli. Dopytywali czasem, ale z czystej ciekawości, bez wchodzenia głębiej.

Sąsiedzi… z większością rozmowy na temat sytuacji na granicy najczęściej się szybko urywały.

Widzę, jak ta życiowa sytuacja wiele weryfikuje, również znajomości. Może potrzebna była mi taka nauka życia, oczyszczenie…  Choć są też takie znajomości, które się umocniły. W czasie największej kumulacji pracy przy pomocy uchodźcom przyjechały do mnie dwie znajome z Warszawy i bardzo mi pomogły. Nie angażowały się w pomoc na granicy, ale za to zajęły się moimi dziećmi, posprzątały, ugotowały. Dzięki ich wsparciu mogłam pójść do lasu.

W tym przygranicznym koszmarze powiększył ci się krąg ludzi o podobnym rozumieniu człowieczeństwa?

- Cieszę się, że poznałam dużo ludzi z mojej bajki. W mojej najbliższej okolicy działa kilkanaście osób związanych z pomocą humanitarną. To często osoby, które stąd nie pochodzą, a zamieszkały tu jakiś czas temu. W większości kobiety, z wyższym wykształceniem, znające języki obce, często dwa lub trzy. Ta ekstremalna sytuacja przy granicy pokazała, że to osoby mające zupełnie inne dylematy niż część moich dotychczasowych znajomych. To zupełnie inny poziom rozmowy, współrozumienia. Wiem, że mogę na nich liczyć.

Jak myślisz, co będzie  dalej?

- Nie wiem. Kryzys już nie ma takiej skali, ale uchodźcy w lasach ciągle są. Czuję, że na wiosnę będą tragiczne doniesienia. Mieszkańcy strefy informują, że zacierane są ślady obozowisk. Mam poczucie, że ktoś coś chce ukryć. Być może następne pokolenie pozna prawdę, mam nadzieję, że nie z podręczników do historii.

*Imię wolontariuszki na jej prośbę zmienione

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.