Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Autorki napisały go na podstawie rozmów z pracownikami podlaskich przygranicznych placówek medycznych, publikacji prasowych czy publicznych danych statystycznych.

Czytaj także: Tortury, poniżenie, przemoc. Kolejny wstrząsający raport Amnesty International

- W zaistniałej sytuacji kryzysu humanitarnego duża część opieki medycznej dla migrantów odbywa się poza szpitalami, w warunkach polowych. Z kolei szpitale zaczęły świadczyć usługi nie tylko z zakresu opieki medycznej, ale także pomocy humanitarnej - zauważa Natalia Gebert, kulturoznawczyni, działaczka na rzecz uchodźców i edukatorka, założycielka inicjatywy (a obecnie fundacji) Dom Otwarty. Tłumaczy: - Ponieważ szpitale zostały pozostawione bez systemowego wsparcia i musiały sobie radzić ze zwiększoną liczbą pacjentów ze względu na czwartą falę COVID-19, jak i kryzys humanitarny, wsparły je oddolne inicjatywy tworzone przez organizacje pozarządowe, społeczności lokalne oraz osoby aktywistyczne.

Autorki raportu: Natalia Gebert i dr Marta Jadwiga Pietrusińska - socjolożka i edukatorka równościowa, adiunktka na Uniwersytecie Warszawskim - zwracają też uwagę, że pojawienie się pograniczników w podlaskich szpitalach stanowi dla medyków kolejne wyzwanie, ponieważ nie ma jednej, uniwersalnej procedury podejmowania współpracy pomiędzy placówkami medycznymi a Strażą Graniczną.

I alarmują: - Migranci i migrantki trafiają do szpitali w złym stanie psychicznym, a wypis tylko pogarsza ten stan, gdyż wiąże się z potencjalną wywózką. Większość z nich to osoby osłabione, zdezorientowane i wystraszone. W czasie pobytu w placówkach medycznych ich zdrowie psychiczne nie jest diagnozowane ani monitorowane.

Pięciu Syryjczyków znalezionych w ciężkim stanie w lesie, w okolicy wsi Lipiny pod Hajnówką. Ratowali ich Medycy na GranicyPięciu Syryjczyków znalezionych w ciężkim stanie w lesie, w okolicy wsi Lipiny pod Hajnówką. Ratowali ich Medycy na Granicy Fot. Agnieszka Sadowska / Agencja Wyborcz.pl

Uchodźcy. Europa, XXI wiek. Nie każda osoba otrzymuje pomoc

Autorki przyjrzały się kryzysowi humanitarnemu oczami personelu medycznego z pogranicza, przede wszystkim przeprowadzając indywidualne wywiady. Badania prowadziły od 23.10 do 6.12, współpracując z Grupą Granica. Raport powstał dzięki wsparciu Funduszu Obywatelskiego im. Henryka Wujca.

Rejon przygraniczny obsługiwany jest przez 15 placówek szpitalnych oraz 17 zespołów ratownictwa medycznego stacjonujących w 11 miejscach. Na prośbę badaczek o udostępnienie danych statystycznych dotyczących pacjentów migrantów odpowiedziały tylko niektóre placówki. Z informacji przekazanej przez wojewodę podlaskiego wynika, że od 15.08 do 22.11 łącznie na terenie Podlaskiego hospitalizowano 506 migrantów. Wśród nich 110 to osoby niepełnoletnie, 389 osób było w wieku 18-60 i tylko siedmioro pacjentów miało więcej niż 60 lat.

Jeśli chodzi o interwencje zespołów ratownictwa medycznego, to od 10.08 do 22.11 było ich 483, a pomocą objęto 492 osoby, z czego 310 zostało hospitalizowanych. W ośmiu przypadkach odmówiono zadysponowania karetki z powodu braku nagłego zagrożenia zdrowotnego.

Natomiast z danych przedstawionych przez wiceministra zdrowia Waldemara Kraskę na posiedzeniu sejmowej Komisji Zdrowia 16.12.2021 r. wynika, że w samej strefie objętej zakazem wstępu (wcześniej strefie stanu wyjątkowego) w okresie 1.08-9.12 miało miejsce 179 wyjazdów zespołów ratownictwa medycznego, z czego 163 w województwie podlaskim. W ramach tych interwencji udzielono pomocy 191 migrantom, głównie z Iraku, Syrii, Afganistanu, Jemenu i Iranu.

Oczywiście te liczby nie odpowiadają rzeczywistości. Autorki raportu podkreślają dla pełnego obrazu: - Nie każda osoba potrzebująca pomocy medycznej trafia do szpitala i nie każda taka osoba w ogóle otrzymuje pomoc.

Uchodźcy. Medycyna pola walki

W podsumowaniu raportu jego autorki stwierdzają, że dostęp do pomocy medycznej jest kontrolowany przez Straż Graniczną: - Dyspozytorzy medyczni uzależniają wysłanie karetki od zgody SG. Przy czym zespoły ratownictwa medycznego można wezwać tylko w przypadku stanów ciężkich. Prowadzi to do tego, że pomocy medycznej udzielają oddolne inicjatywy. Medycy na Granicy nazwali swoją pracę uprawianiem medycyny pola walki.

Podsumowując swoją ponadmiesięczną misję na pograniczu, Medycy na Granicy informowali, że ich pomoc dotarła do 141 dorosłych i 78 dzieci. 21 pacjentów wymagało hospitalizacji i wyraziło na to zgodę. Były też jednak przypadki, kiedy migranci w poważnym stanie odmawiali wezwania karetki z obawy przed tzw. odstawieniem na linię granicy.

- Powyższe oznacza, że gdyby nie obecność Medyków na Granicy, ponad 200 osób w różnym stanie mogłoby zostać w ogóle bez opieki medycznej - zwracają uwagę autorki.

Jak bardzo migranci boją się push-backów, świadczą słowa jednej z lekarek: - Chłopak miał złamaną nogę i to było złamanie otwarte. Ja nie jestem ortopedą, na tyle, na ile potrafiłam to, nastawiłam nogę, ale myślę, że zrobiłam to źle. Chłopak był w strasznym bólu, ale odmawiał kategorycznie wezwanie karetki. Chciał od nas tylko ortezę i dwie kule (…).

Ośmioro Somalijczyków znaleźli aktywiści nad Siemianówką (Podlaskie). W grupie byli nastolatkowie. Pomocy udzielili im Medycy na Granicy, część osób została zabrana do szpitala, a część do placówki straży granicznej w Narewce. Poseł Franciszek Sterczewski będzie interweniował, by ta grupa nie doświadczyła kolejnego push-backuOśmioro Somalijczyków znaleźli aktywiści nad Siemianówką (Podlaskie). W grupie byli nastolatkowie. Pomocy udzielili im Medycy na Granicy, część osób została zabrana do szpitala, a część do placówki straży granicznej w Narewce. Poseł Franciszek Sterczewski będzie interweniował, by ta grupa nie doświadczyła kolejnego push-backu Fot. Agnieszka Sadowska / Agencja Wyborcza.pl

Uchodźcy. Medycyna leśna, średniowieczna, modły i zaklęcia

Medycy na Granicy potwierdzili: - Nie jest prawdą, że zespoły ratownictwa medycznego udzielają pomocy każdemu, kto tej pomocy potrzebuje. Notoryczne i niezgodne z prawem jest to, że zespoły medyczne wysyłane są do ludzi po zebraniu pełnego wywiadu na temat ich statusu prawnego. Nasz czas dojazdu do jednego pacjenta wyniósł godzinę. Był to pacjent w ciężkim stanie. Zadzwoniliśmy na pogotowie z prośbą o zadysponowanie najbliższego zespołu. Usłyszeliśmy, że nie jest to możliwe, bo lokalizacja jest niepewna. My jechaliśmy godzinę do nieprzytomnego człowieka i znaleźliśmy go od razu. Osobiście dzwoniłem, prosząc o wezwanie do strefy do kobiety w hipotermii. Dyspozytor odpowiedział mi: „No wie pan, ale my mamy teraz specjalną procedurę". Ta specjalna procedura oznacza, że karetka do pacjentki jechała 2,5 godziny. Do nieprzytomnej kobiety w polskim lesie. Takie są realia systemu pomocy w Polsce. Nie pomaga każdemu, kto tego potrzebuje, tylko segreguje ludzi na lepszych i gorszych.

Uchodźcy. Będziemy się tego wstydzić przez dziesięciolecia

Inni medycy też przyznawali, że współpraca z dyspozytorami to dramat. Z kolei mieszkańcy strefy mówią, że wobec nieprzysyłania karetek zmuszeni są do samodzielnego świadczenia pomocy medycznej, czasem z telefonicznym wsparciem specjalisty.

Jedna z nich relacjonowała badaczkom: - Pani straciła przytomność, jest w ciąży. Lokalny mieszkaniec wzywa karetkę. Dyspozytor informuje, że przekazuje informację Straży Granicznej, czas dojazdu karetki może być długi, nawet powyżej 5 godzin. Mija 1,5 godziny, ani karetki, ani Straży Granicznej, stan pani coraz gorszy. Kilka kilometrów dalej podobna sytuacja - karetka 5 godzin. W ciągu doby karetka potrzebna jest jeszcze 4 razy. W trzech przypadkach nie pojawia się ani karetka, ani Straż Graniczna. Medycyna leśna, średniowieczna, modły i zaklęcia.

Jakub Sieczko, jeden z pomysłodawców akcji Medycy na Granicy, podczas sejmowej Komisji Zdrowia punktował: - Mam taką refleksję po półtora miesiąca działania, że to nie jest prawdą, że w Polsce ochrona zdrowia i życia jest dobrem najwyższym. Pozwalamy w pełni świadomie na to, żeby ludzie w polskich, podlaskich lasach umierali i jest to hańba, i jest to skandal. Będziemy się tego wstydzić przez dziesięciolecia.

Czytaj także: ONZ interweniuje w sprawie uchodźców na granicy. Wzywa i Białoruś, i Polskę, by przestały poświęcać ludzkie życie w imię polityki

Uchodźcy. Byli szczęśliwi, kiedy mogli się umyć

We wrześniu, kiedy pierwsi migranci zaczęli pojawiać się w podlaskich szpitalach, były to raczej pojedyncze przypadki. Na początku - zwykle ludzie wyczerpani, wymęczeni. W październiku jeden z pracowników szpitalnych mówił, że było ich już 4-5 na dobę. Potrzebujących nakarmienia, napojenia, ogrzania, wymiany ubrań na czyste i suche - po prostu opieki humanitarnej. Byli szczęśliwi, kiedy mogli się umyć. „Pani nawet nie wie, co to znaczy dla człowieka, który przez kilka-kilkanaście dni przebywał w lesie, że może umyć zęby. Jaki to jest komfort".

Jeden ze szpitali chciał utworzyć taki punkt humanitarny, ale mimo że pomysł był przedstawiany wielokrotnie wojewodzie podlaskiemu, zabrakło woli politycznej, by powstał.

Lekarze: Najgroźniejsza hipotermia

Jedna z lekarek, z którą rozmawiały badaczki, opowiedziała im o kilkunastu interwencjach, które przeprowadziła w terenie. Jedna z nich wyglądała tak: - Była informacja, że jest grupa w lesie i jest tam pacjentka z cukrzycą i właściwie nie wiadomo, co z tą cukrzycą, i ja pojadę ocenić jej stan. No więc z duszą na ramieniu pojechałam, bo nie jestem kandydatką na bohaterkę narodową. Wleźliśmy w ten las. Było ciemno, zimno, jakimś cudem trafiliśmy do tej grupy. No leżała kobieta okutana w ileś warstw jakichś tam śpiworów, za bardzo nie można było zapalić światła. Była tak wyziębiona, tak odwodniona, nawet pomiar cukru z palca stanowił problem, bo tam się nie dało nic wycisnąć, tak czy inaczej nie była w stanie wstać, no więc trzeba było z tego lasu wynieść, co też uczyniliśmy.

Wśród problemów zdrowotnych medycy i medyczki wymieniali: stany zagrażające życiu, które bardzo często związane są z hipotermią (jest ona również przyczyną poronień u kobiet); częste przypadki odwodnienia i niedożywienia, zatruć pokarmowych); urazy kończyn dolnych związane z tym, że na przykład noga była długo w mokrym, tzw. stopa okopowa, w której są zmiany martwiczo-ropne powstałe na skutek wychłodzenia, urazów i wilgoci; urazy kończyn, wybroczyny, obrzęki, skręcenia kostek, złamania, zmiażdżenia kości twarzoczaszki; sporadyczne pogryzienia przez psa oraz pobicia, których migranci doznali po białoruskiej stronie; bardzo nieliczne, jednostkowe przypadki COVID-19.

Uchodźcy. Tylko nie na Białoruś

Wielu z nich jest w bardzo złym stanie psychicznym.

- Praktycznie każda osoba, z którą rozmawialiśmy, mówiła, że trafiają do nich osoby osłabione, zdezorientowane i wystraszone, które spędziły w lesie po kilka, kilkanaście dni, w sytuacji ogromnego stresu. Część z tych osób doświadczyła przemocy lub innych traumatycznych sytuacji - piszą badaczki w raporcie.

Pracownicy szpitali opowiadali im, jakie reakcje towarzyszą wypisywanym pacjentom, panicznie obawiającym się wywózki na Białoruś: od trzęsących się rąk aż do ataków paniki, łącznie z próbami odebrania sobie życia. Na pasku od spodni próbował powiesić się mężczyzna, który opowiadał, że w lesie po stronie białoruskiej zmarli na jego rękach jego bracia. Potwornie się bał.

W jednym ze szpitali, w którym pacjent próbował targnąć się na życie, z niezrozumiałych względów nie został on objęty opieką psychiatry. Lekarz tłumaczył mętnie, że bariera językowa, że za krótki czas, żeby coś stwierdzić. Nawet nie próbował pomóc.

Szpitale zostawione bez wsparcia

Jednocześnie pracownicy szpitali mówili o dylematach związanych z wypisywaniem pacjentów: - Nigdy nie wiemy, co się z nimi dalej stanie.

Oraz o ogromnym obciążeniu psychicznym: - Od dwóch miesięcy pracujemy w szpitalu na najwyższych obrotach. Cały czas czuję wzrok przywożonych do nas dzieci, proszących o pomoc.

Inny rozmówca: - Dla medyków najbardziej obciążająca jest właśnie świadomość, że duża część ludzi, którym pomagają, jest wywożona do lasu i przepychana na białoruską stronę granicy.

Zdarzają się też przypadki, kiedy personel odnosi się do nowej grupy pacjentów mniej przyjaźnie. Badaczki wskazują, że przyczyną może być niezrozumienie, bariera językowa, stereotypowe oczekiwania wdzięczności: - Szpitale nie otrzymały szczególnego wsparcia w związku z dużą liczbą pacjentów z granicy, nie zostali zatrudnieni tłumacze czy asystenci kulturowi, a korzystają z zasobów własnych oraz wsparcia zapewnianego przez mieszkańców i wolontariuszy.

Uchodźcy. Pod Narewką aktywiści z Grupy Granica znaleźli sześć osób z trzech różnych krajów: Syrii, Jemenu i Iraku. Na zewnątrz temperatura spadła do minus dwunastu stopni Celsjusza.Uchodźcy. Pod Narewką aktywiści z Grupy Granica znaleźli sześć osób z trzech różnych krajów: Syrii, Jemenu i Iraku. Na zewnątrz temperatura spadła do minus dwunastu stopni Celsjusza. Fot. Agnieszka Sadowska / Agencja Wyborcza.pl

Bo to „nielegalni migranci"

Zwracają też uwagę, że zarówno dla szpitali, jak i dla Straży Granicznej (SG) obecna sytuacja, w której w szpitalach przebywa wielu pacjentów pozostających w gestii SG, jest sytuacją nową. I podkreślają, że status prawny tych osób jest niejasny: z jednej strony zostały ujęte przez Straż Graniczną, a z drugiej – najczęściej nie toczą się wobec nich żadne postępowania.

Jasnych wytycznych, jak współpracować na styku służb, brakuje. Tak mówi jeden z medyków: - My mamy swoje procedury i chcieliśmy też mieć procedury od nich. Bo jeśli oni przywożą nam pacjenta, którego pilnują przez dobę, dwie doby, a potem znikają, na karteluszce zostawiają jakąś komóreczkę, piszą małymi literami, jakby się coś działo, to proszę dzwonić.

Czytaj także: Wyrwana śmierci Syryjka dostanie wizę humanitarną. Po nagłośnieniu sprawy w Niemczech

SG wydaje się mieć określone oczekiwania wobec placówek medycznych - że wezmą odpowiedzialność za pilnowanie pacjentów migrantów.

Są też przypadki, kiedy z miejscową placówką SG nie ma żadnej współpracy. Raport opisuje sytuację, gdy jedna z lekarek udzielała pomocy kobiecie w placówce SG, a potem ustawiła się do niej kolejka migrantów z problemami zdrowotnymi. Komendant nie pozwolił na ich badanie. Bo to „nielegalni migranci i generalnie wszystko ludzie zdrowi". Z jego punktu widzenia nie było tam stanów pośrednich, czyli albo byli całkiem zdrowi, albo tak chorzy, że wymagają transportu do szpitala.

Są też przypadki, kiedy SG ignoruje zalecenia medyczne i dokonuje od razu push-backu. Ze szpitala wypisywane i zabierane przez służby są osoby, które absolutnie nie powinny być pozbawiane opieki medycznej. Jak młody Syryjczyk w hipotermii z urazem klatki piersiowej, który musiał być wyniesiony z lasu, ponieważ ani karetka nie mogła do niego dojechać, ani on nie mógł samodzielnie dojść.

Podział

- Szpitale zostały pozostawione same sobie przez instytucje rządowe i podobnie jak podczas pandemii COVID-19 musiały same wypracować sobie sposoby działania w sytuacji kryzysu humanitarnego. W tej trudnej sytuacji placówki medyczne korzystały ze wsparcia, które płynęło od niektórych samorządów lokalnych, organizacji pozarządowych, osób aktywistycznych i angażujących się lokalnych społeczności - podsumowują badaczki w raporcie.

I podkreślają, że kryzys połączony z brakiem systemowej pomocy humanitarnej, a także militaryzacja regionu przyniosły duże obciążenie społeczności lokalnych. Pojawił się podział na ludzi chcących pomagać i na tych, którzy odwracają wzrok.

Konkludują: - Wiele osób angażujących się w pomaganie, w tym część medyków i medyczek, z którymi rozmawiałyśmy, odczuwa ogromne obciążenie psychiczne związane z niesieniem pomocy oraz również z bezradnością, wynikającą  tego, że z pomocą nie udaje się dotrzeć do wszystkich osób lub jest ona niewystarczająca, co powoduje że migranci i migrantki cierpią, a w skrajnych przypadkach - umierają.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.