Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Mieszkańcy Białowieży i okolicy od września niosą pomoc migrantom, którzy przekraczają polsko-białoruską granicę. Żeby połączyć siły, 14 listopada utworzyli Białowieską Akcję Humanitarną.

Jej współinicjator, przedsiębiorca, białowieski mieszkaniec od pokoleń, Sławomir Droń, spotkał się z nami i opowiedział, jak od ponad trzech miesięcy wygląda życie wrażliwych ludzi w zamkniętej strefie.

– Zaczął się wrzesień, słyszeliśmy, że uchodźcy idą przez granicę – na północy, koło Sokółki i na południu – ale u nas w Białowieży przejść nie było wcale, w ogóle nie było ludzi w lesie. Z początku było im chyba najtrudniej iść przez Puszczę. Nie mieli pojęcia którędy, nie znali tego terenu z mnóstwem powalonych drzew, mokradeł, gdzie nie ma zasięgu telefonów, gdzie przejście kilometra zajmuje nawet półtorej godziny.

Fot. Agnieszka Sadowska / Agencja Wyborcza.pl

Uchodźcy. Jak nie pomóc?

Ale nadszedł w końcu taki moment, że było ich naprawdę dużo. I to nie „młodych byczków", bo te młode chłopaki przechodziły myk-myk, szybko do Hajnówki i za parę godzin już w Niemczech były. Za to błąkały się, gubiły w tym lesie rodziny z dziećmi i starsi ludzie, tych spotykaliśmy cały czas. Nie sposób było udać, że się ich nie widzi. Raz podeszli pod samą Białowieżę, przy znaku wjazdu zatrzymali ich pogranicznicy. Kilkanaście osób, z dziećmi. Widzieliśmy, że jedna kobieta nie mogła ustać na nogach. Policjant był przychylny, ale strażniczka graniczna nie pozwoliła nam podejść, żeby Lucyna mogła udzielić pomocy [Lucyna Marciniak jest lekarką, współzałożycielką Białowieskiej Akcji Humanitarnej, pochodzi z Poznania, od czterech lat prowadzi w Białowieży ośrodek zdrowia – red.].

Kiedy indziej młodzi Syryjczycy doszli jakieś 200 metrów od mojego Bike Cafe. Zmarznięci, przerażeni, ręce im latały.

Wyszły z domów mieszkanki, nakarmiły ich, jedna w 10 minut zorganizowała siedem par spodni.

Na początku ludzie z Białowieży dzwonili na Straż Graniczną. Wyobrażali sobie, że to działa tak jak zawsze: straż ich zgarnia, umieszcza w ośrodku, robi papiery azylowe, sprawdza. Jak białowieżanie zorientowali się, że zamiast tego Straż Graniczna odwozi tego człowieka na płot i nie dostanie on nawet ciepłego jedzenia, ani nie zostanie przebrany, tylko jest pakowany do ciężarówki jak w wywózce – a wiadomo, jak nam się wywózka kojarzy – to przestali dzwonić. Znajdą się jednostki, które będą mówiły, że to brudasy, ciapaci i terroryści, ale nawet ci bardzo źle nastawieni zmieniali swój pogląd o 180 stopni, kiedy tylko spotkali się z nimi w lesie, twarzą w twarz. Kiedy zobaczyli głodne dzieci, ludzi z nogami zwichniętymi, popuchniętymi. Rozmawiałem z nimi – i ten pomógł, i tamten. Jak nie pomóc, jak zmarznięci podchodzą pod płot? Nie możemy pozwalać na to, żeby umierali nam pod progiem chałupy.

Czytaj także: Poruszający list 13-letniej Hani do Polek i Polaków. "Nie pozwólmy, by umierały kolejne osoby"

Uchodźcy. Pod Narewką aktywiści z Grupy Granica znaleźli sześć osób z trzech różnych krajów: Syrii, Jemenu i Iraku. Na zewnątrz temperatura spadła do minus dwunastu stopni Celsjusza.Uchodźcy. Pod Narewką aktywiści z Grupy Granica znaleźli sześć osób z trzech różnych krajów: Syrii, Jemenu i Iraku. Na zewnątrz temperatura spadła do minus dwunastu stopni Celsjusza. Fot. Agnieszka Sadowska / Agencja Wyborcza.pl

Początki. Oglądając się przez ramię

Zaczęliśmy się organizować, choć łatwo nie było.

Trzeba najpierw wszystko ogarnąć, począwszy od wody. Spakować plecaki, a nie wiadomo, co potrzebne. Z plecakami lecieć do lasu. Założyć i prowadzić tajny magazyn, oglądając się przez ramię, czy ktoś nie śledzi. Napięcie było nieprawdopodobne, konspiracja, ludzie już bzikowali. Musieliśmy nagle zamienić się w ratowników, prawników, żeby ogarniać papiery azylowe, objąć różne nowe funkcje. Przy tym każdy z nas miał swoją pracę, musiał to robić jej kosztem.

Część uchodźców była oczywiście chowana po domach. Jak za okupacji. Jeśli wyciągasz kogoś z lasu, z bagna, kogoś, kto jest fizycznie niezdolny do pójścia dalej – a były takie przypadki, że ludzie ze szpitala byli wyrzucani na płot, były rozdzielane rodziny – to decydowaliśmy się na coś takiego, ryzykując. Z drugiej strony widzieliśmy wieszanie plakatów: „Murem z mundurem". Klimaty były ciężkie. To mała społeczność, wszyscy się znają.

Zdawaliśmy sobie sprawę, że wszystkim nie pomożemy, ale z zewnątrz nie było żadnej pomocy. Na pierwsze spotkanie Białowieskiej Akcji Humanitarnej przyszło około 50 osób. Teraz jest nas ponad 100, wspiera nas mnóstwo pojedynczych osób, pomoc też zaoferował duży lokalny przedsiębiorca, nie mamy problemu z zebraniem potrzebnych rzeczy. Doszliśmy do wniosku, że trzeba zacząć się ujawniać, bo przecież nic złego nie robimy, działamy zgodnie ze swoim sumieniem. Założyliśmy grupę na Facebooku, zaczęliśmy udzielać wywiadów, rozmawiać z dziennikarzami, żeby nie była to jednostronna narracja, fotografować i nagrywać akcje, żeby były dowody tego, czego byliśmy naocznymi świadkami. Kiedy minie to szaleństwo na granicy, a w Polsce – szaleństwo nienawiści do obcych – część mądrali klepiących w klawiaturę komputera powie: „Jak to, wyście tam byli, wszystko widzieli i nie pomogliście? My nic nie wiedzieliśmy, bo nie mieliśmy dostępu, zmanipulowali nas, dziennikarze nie mogli dojechać". Ale zostaną raporty, sprawozdania, opowieści świadków.

Bywało, że byliśmy na skraju wyczerpania psychicznego i fizycznego.

Jeśli karmisz kogoś dzień i drugi, to wiadomość, że ten człowiek ląduje na płocie, odbiera siły i sens pomagania. Przez cały ten okres nie słyszałem, żeby ktoś został nastraszony albo zdarzyła się jakaś nieprzyjemna sytuacja z uchodźcami. To bardzo dziwne. Myśmy się nastawiali, że one mogą się zdarzyć, jeśli uchodźcy tak długo przebywają w lesie, są tak zdesperowani, przerzucani w tę i z powrotem niektórzy po siedem razy. Ale się nie zdarzyły.

Oni od tego wariują

Miałem rozterki, co to za ludzie. Jeśli grupa dziewczyn jest prowadzona przez facetów, to pojawia się myśl, że nie chcesz brać udziału w dostarczaniu kobiet do burdeli w Europie. To wszystko nie jest proste. Jeżeli byłyby normalne procedury, łatwiej byłoby migrantów zweryfikować.

Albo dlaczego Straż Graniczna nie chce pomocy? Różne formy współpracy oferowaliśmy – np. że Lucyna będzie badała bez gratyfikacji finansowej ludzi na posterunku – ale nie wiadomo, z jakiego powodu komendant odmówił. Dla niego chyba póki nie mdleje, to zdrowy, a jak już dramat, to karetkę wzywać. Nie ma stanów pośrednich. Pogranicznicy nie są od tego, by udzielać pomocy humanitarnej, tylko od pilnowania granic i nikt nie ma o to do nich pretensji. Ale od pilnowania granic, a nie robienia rzeczy bardzo spornych etycznie. Część z nich to nasi koledzy, oni od tego wariują. Jak może facet, który sam ma dzieci, wywieźć inne dzieci na płot, wrócić po tym do domu i normalnie funkcjonować? Nie może. Koleżanki syn psychicznie nie wytrzymuje, codziennie ryczy w domu.

Oni wszyscy albo wpadną w alkoholizm, albo będą do leczenia psychiatrycznego. Strasznie się o nich martwię, nie chciałbym być w ich sytuacji. Wszyscy chcieliby mieć emerytury, rozkazy mają wydawane tylko i wyłącznie ustnie, co mają zrobić? Nie mieszkają w Warszawie, że mogą w każdej chwili rzucić robotę i pójść do dziesięciu innych.

Póki są w grupie, nawzajem się pocieszają, usprawiedliwiają, mówią, że dla nich uchodźcy to przestępcy, a oni są od tego, żeby ich wyrzucać, najlepiej jak najszybciej.

Lucyna Marciniak i Sławomir DrońLucyna Marciniak i Sławomir Droń Fot. Agnieszka Sadowska / Agencja Wyborcza.pl

Puszcza Białowieska. My tu razem będziemy musieli żyć

My w Białowieży jesteśmy potomkami ludzi z bieżeństwa, którzy stąd uciekali w czasie pierwszej wojny światowej i wracali zdziesiątkowani często po pięciu latach. Taki był los moich pradziadków i dziadka. Na bieżeńców też niektórzy mówili, że to nicponie, złodzieje, brudasy. A część przyjmowała ich i pomagała. Moja dwójka dzieci mieszka w Anglii. Chcieli lepiej zarabiać, łatwiej żyć, i tak mają.

W lesie spotkaliśmy chłopaków po informatyce, świetnie mówiących po angielsku. Albo lekarzy – jak lekarze z kraju uciekają, to już nie może być tam dobrze, prawda? Bolało nas, że podanie im wody było równoznacznie z tym, że jesteśmy zdrajcami kolaborującymi z Łukaszenką. Idąc tym tokiem myślenia, to gotując wodę na gazie lub tankując benzynę na stacji, wspierasz reżim Putina. Przecież to bzdura. Ja mam poglądy konserwatywne i wyzywanie mnie od lewaków jest nieuprawnione i niedorzeczne. Albo jesteś człowiekiem i chcesz pomóc, albo się odwracasz. To był dla nas sprawdzian człowieczeństwa, naszej etyki. Ile procent zdało – nie do sprawdzenia.

Cięcie Puszczy Białowieskiej i blokady harwesterów były traumatyczne, ale nie tak jak to, co dzieje się teraz.

Nie ma już i nie będzie przyjemności chodzenia po Puszczy. W tym miejscu kogoś znalazłeś, a może w tamtym bagnie ktoś utonął i ciała już się nie znajdzie, a tam może spotkasz kości… To jest trauma w XXI wieku, kiedy wszystkiego mamy pod dostatkiem. Wielu z nas długo będzie dochodzić do siebie.

My tu zostaniemy z tą traumą. Wszyscy razem będziemy musieli żyć, razem z pogranicznikami, przez kolejne 20 lat patrzeć na siebie, razem funkcjonować i wzajemnie sobie tłumaczyć, co się stało.

– To będzie możliwe? – pytam.

– Bardzo trudne, ale czas leczy rany. Im wcześniej zaczniemy o tym rozmawiać, tym bardziej będzie to możliwe. Mam różne rozterki, jak się zachować w stosunku do niektórych…

– Jest ktoś, komu nie chciałbyś podać ręki?

– Tak – kiwa głową Droń i szklą mu się oczy.

Po dłuższej chwili: – Wierzę, że ludzie wolą robić dobro niż zło, muszą tylko dostawać więcej informacji. Nie mam żalu do ludzi w Polsce, że tak reagują, ale mam do tych, co nakręcają nienawiść. Święta są świetnym momentem, kiedy można się nad tym zastanowić. Na pojednanie jeszcze za wcześnie, trzeba to wszystko przegryźć.

Czytaj także: Kurdyjski poeta i działacz społeczny uratowany w podlaskim lesie. "Przygotowywałem się na śmierć"

Grupa 13 Jezydów (w tym czworo dzieci) ukrywała się w lesie pod wsią Bachury. Nakarmili ich miejscowi mieszkańcy, a aktywistki z Fundacji Ocalenie opatrzyły rany na stopachGrupa 13 Jezydów (w tym czworo dzieci) ukrywała się w lesie pod wsią Bachury. Nakarmili ich miejscowi mieszkańcy, a aktywistki z Fundacji Ocalenie opatrzyły rany na stopach Fot. Agnieszka Sadowska / Agencja Wyborcza.pl

Uchodźcy. Pusty talerzyk

Na spotkaniu z europosłami były emocje. Oczekujemy od ludzi, którzy są przez nas wybrani, że będą nas reprezentować. Powiedziałem im, że mam dosyć słuchania, jak Kościół mówi, że ubolewa. Mam w nosie to ubolewanie w dwudziestej lub którejś tam z kolei odezwie. Oni mają narzędzia do reagowania. Nie ma żadnych argumentów, kiedy człowiek umiera sto metrów od ciebie.

Kościoły w Białowieży się schowały.

Są bierne. Nie chcą się wychylać. Nie są liderami pomocy. Nie odegrały praktycznie żadnej roli. Nawet ten namiot Caritasu postawiony przy kościele katolickim – są tam dyżury w razie gdyby się ktoś potrzebujący pojawił, ale nikt nigdy tam nie dotarł.

Z jednym duchownym znam się dobrze, rozmawialiśmy. Są uwikłani politycznie, oderwali się od rzeczywistości i od życia codziennego. Trudno powiedzieć, jak by się zachowali, gdyby stanęli w lesie face to face z takim człowiekiem. Myślę, że by pomogli. Ale dopóki nie stanęli, separowali się od tego, bali się co inni powiedzą, nie mogą mieć zdania.

Wśród nas w Akcji są katolicy, prawosławni, niewierzący. Najwięcej takich, którzy w Boga nie wierzą. Ciekawe, prawda? Koleżanka mi wytłumaczyła: „Chrześcijanie pójdą do spowiedzi, oczyszczą sumienie i dalej mogą żyć".

Te święta będą najtrudniejsze. Nie wyobrażam sobie, jak Polacy mają stawiać ten pusty talerzyk na stole. Została z niego tylko forma, nie ma w nim już ducha, żadnej idei. Talerzyk miał być dla człowieka obcego, który przyjdzie niezapraszany, biedny, którego trzeba wesprzeć. Takie osoby przyszły. Jeżeli uważamy, że trzeba je wyrzucić, to czy mamy prawo postawić ten talerzyk na wigilię? To będzie już zakłamanie do entej potęgi. Znajdą się jednak tacy, którzy postawią i dalej będą się z tym dobrze czuli. Zostaje pusta symbolika, chrześcijaństwo będące już tylko polityką i tradycją, nie tylko bez duchowości, ale i bez żadnej filozofii.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.