Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Działająca w Białymstoku Fundacja Dialog powstała „z inspiracji chrześcijańskiej" w 2001 roku. Jej celem i misją jest – zgodnie ze statutem – „dialog wyrażający się w miłości do drugiego człowieka i przekształcający społeczeństwo we wspólnotę, w której poszanowane są prawa człowieka i godność osoby ludzkiej". Organizuje szereg form wsparcia, m.in. warsztaty i staże zawodowe, pomoc psychologiczną, ale także działania o charakterze środowiskowym. Zajmuje się zagrożonym ubóstwem i z innych przyczyn dotkniętym wykluczeniem społecznym. Przy ul. Kolejowej prowadzi noclegownię św. Marii Magdaleny, w której znajdują też schronienie – w ramach Ośrodka Pobytu Tymczasowego fundacji – cudzoziemcy, którzy w czasie trwającego od sierpnia kryzysu migracyjnego (humanitarnego) zostali przez granicę polsko-białoruską wypchnięci przez służby reżimu Aleksandra Łukaszenki do Polski.

Czytaj także: Uchodźcy idą przez Podlaskie. Myśleli, że wylądują pod Bramą Brandenburską, a tutaj Kuźnica

Rozmowa z

Michałem Gawłem,

prezesem białostockiej Fundacji Dialog

Maciej Chołodowski: W jakim nastroju będzie pan spędzał święta bożonarodzeniowe?

Michał Gaweł: Rodzina naciska, żebyśmy do naszego domu na te święta zaprosili cudzoziemców, którym udało się przejść granicę w czasie tego migracyjnego kryzysu. Córka stworzyła długą listę. Będziemy pewnie gościć około dziesięcioro z nich. Tak więc będą to święta z tego względu wyjątkowe.

Skąd ten pomysł?

– Ja i moja córka spotykamy się z nimi codziennie, dobrze się znamy. Są w trudnej sytuacji, tak jak ojciec z piątką dzieci, których mama zmarła niedawno w szpitalu w Hajnówce po tym, jak poroniła w lesie. Wszystkie te osoby są po trudnych przejściach na granicy. Atmosfera świąt może im pomóc choć na chwilę o nich zapomnieć.

Ojciec z piątką dzieci spędzi święta w państwa domu?

– Zaprosimy ich po świętach, nie na samą wigilię, bo spędzimy ją i tak w bardzo licznym rodzinnym gronie i wszyscy po prostu byśmy się nie pomieścili.

Ale przecież ci migranci teraz z granicy polsko-białoruskiej, którymi opiekuje się Fundacja Dialog, to są  głównie muzułmanie, a teraz to święta katolickie?

– To nie ma znaczenia, żeby spędzić wspólnie czas.

Bo...?

– Bo istotą tych świąt jest właśnie spotkanie. Ponadto muzułmanie uznają Chrystusa jako proroka. Mieliśmy pod opieką nawet takich muzułmanów, którzy wieszali w pokojach noclegowni wizerunek Jezusa – z szacunku dla chrześcijan.

Jak by pan opisał tę całą sytuację, która od sierpnia panuje na polsko-białoruskiej granicy?

– To jest sytuacja trudna dla wszystkich, wygenerowana sztucznie przez Łukaszenkę, który potraktował tych ludzi [migrantów – M.C.] i nasze służby jako środek do osiągnięcia własnego celu politycznego. I to najbardziej boli – jak człowiek traktowany jest jako środek do osiągnięcia czyjegoś celu. Tak nigdy być nie powinno. Człowiek jest celem samym w sobie.

Ci ludzie zostali potraktowani przedmiotowo.

Jest to trudne dla nich, ale i dla polskich służb. Na pewno nie możemy pozwalać na to, żeby ktoś nas szantażował, jak robi to Łukaszenka. Nie może być tak, że pozwalamy na jakieś nielegalne masowe przejścia przez granicę związane z działaniem obcych służb.

Znaleźliśmy się jednak w bardzo trudnej sytuacji, bo z jednej strony są ludzie, którzy przechodzą przez granicę w poszukiwaniu lepszego życia, a z drugiej polskie służby, które muszą zgodnie z prawem odstawiać ich na tę granicę. I to rodzi sytuację dwuznaczną moralnie. Funkcjonariusze, którzy na tej granicy pełnili do czasu tego kryzysu w miarę spokojną służbę, teraz stają przed dylematami, czy dane osoby odstawić do linii granicznej, czy np. ich stan zdrowia jest dostatecznie dobry, żeby mogli wrócić na Białoruś. A przy tym migranci są w kleszczach, bo Białorusini ich nie wpuszczają. Ostatnio mieliśmy takich cudzoziemców, którzy wcześniej dwa miesiące chodzili przez granicę w tę i z powrotem.

Push-backi są w porządku?

– Moim zdaniem nie powinny być stosowane. Podczas niedawnego spotkania z panem prezydentem Dudą w Czarnej Białostockiej proponowałem konsensus humanitarny, który polegałby na tym, że do czasu zbudowania trwałego muru należałoby tych cudzoziemców przyjmować [zgodnie z zapowiedziami rządu taka zapora na granicy polsko-białoruskiej ma powstać do połowy przyszłego roku – M.C.]. Nie chodzi mi o osoby, które biorą udział w prowokowanych przez białoruskie służby próbach przekroczenia granicy, ale o pojedyncze osoby, które to robią. Jakiś konsensus już jest, czego przykładem są nasze działania. Od tamtego roku mieliśmy umowę z Komendą Główną Straży Granicznej za pośrednictwem oddziału nadwiślańskiego. Nieco ją przekształciliśmy, kiedy nastał kryzys na granicy i decyzją komendanta podlaskiego oddziału SG, pana Andrzeja Jakubaszka, duża część cudzoziemców, np. Syryjczyków i innych osób, których nie można deportować do ich krajów ze względu na sytuację, jaka tam panuje, ale też rodzin z dziećmi czy chorych, zaczęła trafiać do nas. Tak trafiło już ponad 300 osób, przewinęli przez naszą noclegownię i mieszkania, które mamy do dyspozycji.

Od stycznia do sierpnia mieliśmy około 10 takich osób, od sierpnia do września około 100, a październik, listopad i grudzień to około 200. W ostatnich dniach jest pewien spadek, może dlatego, że jest zimno i mniej osób przekracza granicę. Wszystkie te osoby były w słabej kondycji zdrowotnej, psychicznej, niektóre po wielu przejściach. Były też takie osoby, które na granicy długo nie były. To przede wszystkim rodziny z dziećmi, w tym niepełnosprawnymi, osoby chore, starsze. Tych osób Straż Graniczna nie odstawiła do linii granicznej, w tych przypadkach mogło dojść do zagrożenia ich życia i zdrowia. To, że tacy cudzoziemcy mogą do nas trafiać, to jest też pewne ułatwienie, jeśli chodzi o dylematy moralne funkcjonariuszy.

Jak ta opieka u was wygląda?

– Finansuje ją Straż Graniczna. Z tych środków cudzoziemcom przywożonym z polsko-białoruskiej granicy zapewniamy dach nad głową w noclegowni lub w mieszkaniach. Mamy dla przykładu właśnie w jednym z mieszkań rodzinę z noworodkiem, które przyszło na świat tuż po przekroczeniu przez granicę. Zapewniamy wyżywienie. Na początku to był catering, ale później stwierdziliśmy, że to się nie sprawdzało, bo polska kuchnia im nie odpowiada, gotują w inny sposób. Od pewnego czasu zbieramy od cudzoziemców listy zakupowe i zamawiamy wszystko, czego potrzebują. W noclegowni, no i w mieszkaniach, mają kuchnie. Do tego oni bardzo lubią gotować, także mężczyźni, a nawet dzieci. Zapewniamy im też ubrania i pomoc lekarską, w tym płacimy za hospitalizację, przychodzi do nich lekarz Syryjczyk, jeśli trzeba, zapewniamy im opiekę lekarzy specjalistów.

Od grudnia przyjmujemy też osoby nieobjęte umową z SG, które mogą przebywać w ośrodkach alternatywnych, niezamkniętych. Nie mamy jednak obowiązku zapewnienia im wyżywienia, ale to robimy na własny koszt, na takich samych zasadach jak innym, objętym pomocą instytucjonalną na podstawie artykułu 400 ustawy o cudzoziemcach [„postanowienia o umieszczeniu cudzoziemca w strzeżonym ośrodku lub o zastosowaniu wobec niego aresztu dla cudzoziemców nie wydaje się, jeżeli: mogłoby to spowodować niebezpieczeństwo dla życia lub zdrowia cudzoziemca, stan psychofizyczny cudzoziemca może uzasadniać domniemanie, że cudzoziemiec był poddany przemocy" – M.C.]. Po tym jak wybuchł kryzys na granicy, noclegownię podzieliliśmy na dwie części: dla Polaków, a główna część została oddana do dyspozycji cudzoziemców.

Fot. Agnieszka Sadowska / Agencja Wyborcza.pl

Jak do was trafiają?

– Zabieramy cudzoziemców z placówek SG, po tym jak zostaną zarejestrowani i dostaniemy zawiadomienie od funkcjonariuszy. Potem większość z tych osób ucieka. Dokument, który otrzymują z SG, pozwala im na podróżowanie po terytorium całej Polski. Powinny do nas wracać w ciągu 48 godzin, jak nie wrócą, tracą szansę pobytu. Wykorzystują głównie tę sytuację do wyjazdu za granicę, przede wszystkim do Niemiec.

Dla tych, którzy teraz przekraczają polsko-białoruską granicę, Polska nie jest krajem docelowym.

Oni zapłacili, żeby jechać dalej. Bardzo mało jest osób, które chcą tu zostać. Tak bywa, kiedy ktoś ma rodzinę w Polsce, która osiadła tu wcześniej, albo znajomych, ale to są wyjątkowe sytuacje. Tak jest, bo jesteśmy społecznością homogeniczną, jesteśmy krajem jednolitym narodowo, a inne społeczności są u nas bardzo małe. Na Zachodzie liczne są np. społeczności kurdyjskie czy syryjskie, jak w Holandii, i oni jeżdżą do swoich społeczności. Zachowują się bardzo podobnie jak Polacy, którzy wyjeżdżali na Greenpoint czy do Chicago.

Rozumiem, że Fundacja Dialog jest elementem swego rodzaju „korytarza humanitarnego"?

– Tak bym tego nie nazywał, bo „korytarz humanitarny" to ściśle określone zasady, zgodnie z którymi wyznaczone są cele integracyjne i uwzględnia przyjęcie w kraju, do którego dany cudzoziemiec trafił. Nazwałbym to raczej „wentylem humanitarnym", przystankiem w drodze, na którym cudzoziemcy przez pewien czas są, a potem wyjeżdżają. Dajemy im oczywiście możliwości, żeby tu zostali, ale nie są zainteresowani.

Jak sami migranci oceniają sposób traktowania na polsko-białoruskiej granicy? Z niektórych relacji wynika, że dochodzi tu do drastycznych sytuacji za sprawą zarówno białoruskich, jak i polskich służb.

– Z osobami, które do nas trafiają, robimy wywiady. Nie słyszałem, żeby byli traktowani źle przez polskie służby, a pytamy ich o to. Natomiast są bardzo często źle traktowane przez służby białoruskie i nie chodzi o same służby graniczne. Mieliśmy osoby z połamanymi szczękami, osobę, na której twarz ktoś po stronie białoruskiej stawał butem, osoby, które były rzucane na concertinę, po czym traciły przytomność.

Osoby, które były u nas ostatnio, mówią, że Białorusini nie pozwalają im wracać na Białoruś. Także wtedy, kiedy deklarują chęć powrotu do swoich krajów. Ciągle są wypychani na granicę, teraz głównie mężczyźni. Długi czas pozostają właśnie w kleszczach między Białorusią a Polską. Też widziałem nagranie, kiedy polski pogranicznik wulgarnie odnosi się do cudzoziemców przy granicy, ale spośród osób, które u nas były, żadna nie wspominała o jakimś złym traktowaniu przez polskie służby.

To może jednak, żeby nie było takich wątpliwości, strefa przygraniczna objęta zakazami, powinna być dostępna dla dziennikarzy i przedstawicieli organizacji humanitarnych?

– Tak być powinno. Ułatwiałoby to monitorowanie sytuacji na granicy. Na pewno przy tym potrzebny jest pas, jaki byłyby „bezpieczny" dla samych służb. Widać, że duża część osób, która trafia do ośrodków, to są osoby znajdowane przez organizacje pozarządowe. Taka obecność więc pomogłaby też uszczelnić granicę. Nie sądzę, aby jakiekolwiek organizacje pozarządowe chciałyby łamać prawo i ułatwiałyby np. cudzoziemcom wyjazd do Niemiec czy innych krajów. Jeśli te organizacje są skuteczne i znajdują wiele osób poza strefą, to w samej strefie mogłyby znajdować zapewne jeszcze więcej. Organizacje te powinny mieć prawo przede wszystkim niesienia swojej misji, czyli pomocy. To wcale nie musi kłócić się z celami Straży Granicznej, wojska, policji. Można tu znaleźć złoty środek.

Myśli pan, że po polskiej stronie w lasach zamkniętej strefy leży masa trupów, jak niektórzy przypuszczają?

– Może tak być. Jest u nas jeden z cudzoziemców, który twierdzi, że pochował przy granicy swoich braci, choć nie powiedział po jakiej stronie, nie umiał tego zlokalizować. Z tego powodu jest w bardzo ciężkim stanie psychicznym. Nie mam powodów, aby mu nie wierzyć. To jest bardzo dzika granica: mamy tam Puszczę Białowieską, inne lasy, bagna.

O zmarłych tam na razie możemy się dowiedzieć jedynie z zeznań świadków, którzy tę granicę przeszli.

No i mamy udokumentowane już przypadki śmierci. Na pewno głównym winowajcą także w tych wypadkach jest reżim Łukaszenki.

Jak sprawdzić tę liczbę zmarłych?

– Nie mam pojęcia, ale wcześniej czy później to się okaże.

Ilu pochówków cudzoziemców znalezionych na tej granicy dokonała dotąd Fundacja Dialog?

– Zaangażowani w te pochówki byliśmy tylko na początku, kiedy ich zaczęto dokonywać. Pomogliśmy w dokonaniu jednego pochówku [19-letniego Syryjczyka, został pochowany w połowie listopada na cmentarzu muzułmańskim w Bohonikach – M.C.]. Jednego pochówku do tej pory nie udało nam się dokonać – chrześcijanina. Generalnie sprawę tych pochówków przejęła muzułmańska gmina wyznaniowa z Bohonik. Teraz będziemy organizować pogrzeb tej kobiety, która zmarła w hajnowskim szpitalu po tym, jak poroniła w lesie. Pomagamy rodzinie w wysłaniu jej ciała do Iraku, z którego pochodziła, bo o to prosili jej ojciec i teść. Jej dziecko zostało pochowane na cmentarzu w Bohonikach.

To są też trudne sytuacje także z prawnego punktu widzenia. Zdarza się, że rodziny chcą przyjechać na pogrzeb, tak jak to jest w przypadku chrześcijanina, który wciąż czeka na pochówek, a rodzina z Syrii nie może się na nim pojawić, ponieważ generalnie osoby z Bliskiego Wschodu nie mają możliwości swobodnego wjazdu do UE. Europa to dzisiaj twierdza. Do Europy osoby stamtąd mają w praktyce dwie drogi: przedostać się nielegalnie przez Morze Śródziemne lub przez granicę białorusko-polską. Dlatego cały ten dramat się dokonuje. Nie ma też legalnej możliwości łączenia rodzin. Byłem świadkiem, kiedy Kurd przyjechał na granicę polsko-białoruską po latach zobaczyć swoją matkę, która ją nielegalnie przekroczyła, bo rodzinie nie pozwolono na ściągnięcie jej do Niemiec. Kobieta ta pewien czas spędziła u nas, syn ją odwiedzał, w końcu wyjechała do Niemiec. Miała problemy z nogą. W końcu wyjechała, tłumacząc, że jedzie na leczenie.

Czytaj także: "Proszę, uratujcie życie Tamana". Korytarz humanitarny natychmiast!

W pana ocenie Podlasie jest otwarte na ludzi, którzy przedostają się przez polsko-białoruską granicę?

– Nasza otwartość lub jej brak bardzo często jest skutkiem generowania obrazu cudzoziemców. Najbardziej pozytywną lub negatywną rolę mogą odgrywać tu media. Poprzez obrazy, które budowane są w mediach. Jeżeli będziemy widzieć cudzoziemców, którzy tylko rzucają kamieniami, są agresywni, to będziemy mieli wyłącznie ich negatywny obraz. Niestety, migracje dzisiaj bardzo często wykorzystuje się do uprawiania polityki wewnętrznej. Tak dzieje się na terenie całej UE. Politycy doskonale wiedzą, jakie są nastroje społeczne, i drugi człowiek staje się środkiem do ich celów.

Nasz stosunek do cudzoziemców to też wynik nieudanych europejskich polityk migracyjnych.

Po takich krajach jak Francja czy Szwecja widać, że integracja migrantów zupełnie nie wyszła. Można na problem migracji też patrzeć przez pryzmat lęku, który również wykorzystywany jest poprzez niektóre media, gdzie migranci pokazywani są jako potencjalni terroryści. To także wywołuje negatywne nastawienie do cudzoziemców. Generalnie, kiedy Polacy stykają się z cudzoziemcami, mają do nich dobry stosunek. W sytuacji obecnego kryzysu na granicy polsko-białoruskiej, poza niechętnym nastawieniem rządu do przedostających się do Polski, milczy często w ich sprawie opozycja. A zwłaszcza w sytuacjach moralnie dwuznacznych nie można milczeć, trzeba szukać złotego środka. Ci ludzie nie są na pewno dla nas żadnym zagrożeniem, choćby dlatego, że kompletnie nie są zainteresowani pozostaniem na terenie Polski.

Fot. Agnieszka Sadowska / Agencja Wyborcza.pl

Czy Polak chrześcijanin ma jakieś podstawy, żeby bać się migrantów, „tych obcych"?

– Zawsze jest tak, że człowiek boi się obcych, bo nie wie, czego się po nich spodziewać. Chrześcijanin jednak nie ma wyboru. Są uczynki miłosierne w odniesieniu do ciała i duszy. Jeden to jest nakaz „przybyszów w dom przyjąć". Jak patrzymy na greckie tłumaczenie tego fragmentu z Biblii, to brzmi on: „obcych w dom przyjąć".

Mnie, chrześcijanina, do tego, żeby pomagać cudzoziemcom, głównie motywuje właśnie chrześcijaństwo.

Chrześcijanin w drugim człowieku zawsze musi dopatrywać się Chrystusa. Czasami jest to trudne, zwłaszcza wtedy, kiedy w tym drugim człowieku widzimy osobę rzucającą kamieniami. Generalnie chrześcijaństwo wiąże się z otwartością na drugiego człowieka. Każdego.

*Michał Gaweł, prezes Fundacji Dialog. Jest absolwentem Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, gdzie na Wydziale Nauk Historycznych i Społecznych ukończył studia politologiczne, a na Wydziale Filozofii studia filozoficzne. Jest również absolwentem podyplomowych studiów menedżerskich w zakresie zarządzania w Szkole Głównej Handlowej. Od lat związany jest z organizacjami pozarządowymi. Był m.in. wiceprezesem Fundacji Starszy Brat Starsza Siostra – Polska, a w latach 2009-2019 r. zastępcą dyrektora Caritasu Archidiecezji Białostockiej. Pracował również w Caritasie Diecezji Kieleckiej i Caritas Polska.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.