Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Marwa próbowała przez granicę polsko-białoruską dostać się do Niemiec, gdzie od kilku lat mieszkają jej rodzice i bracia. Dwa miesiące temu została znaleziona w lesie niedaleko Hajnówki. Nie wykazywała oznak życia. Gdy wolontariusze z Grupy Granica przebierali ją w suche rzeczy, leciała im przez ręce. Medycy na Granicy postawili sprawę jasno - Syryjka musi trafić do szpitala w ciągu godziny.

Trafiła do Hajnówki. Była w głębokiej hipotermii, do tego przestały pracować jej nerki. Lekarze dawali jej minimalne szanse na przeżycie. Gdy do szpitala w przyjechali rodzice Marwy, którzy na co dzień przebywają legalnie w Niemczech, lekarze uprzedzili ich, że stan dziewczyny jest tak ciężki, że właściwie powinni się z nią już żegnać. W Marwie była jednak zbyt wielka wola przeżycia. Po kilku tygodniach dzięki wysiłkom medyków okazało się, że nerki Marwy w końcu zaczęły pracować. Dziewczyna odzyskała świadomość. To była wielka radość, cieszyli się i wolontariusze, i lekarze. Jej stan nadal jest kiepski, z trudem sama chodzi, ale najważniejsze, że żyje i ma szansę na poprawę swego zdrowia.

Gdy w końcu Marwa poczuła się trochę lepiej, ojciec i matka chcieli od razu zabrać ją do Niemiec, ale by to zrobić legalnie, konieczne było uruchomienie  różnych procedur w Polsce i Niemczech. Niestety pierwszy wniosek o wizę ambasada odrzuciła. W poprzednich latach, gdy  Marwa próbowała dołączyć do rodziny, też dostała decyzję odmowną.

Uchodźcy. Marwa przed wyjazdem do ambasady niemieckiej musiała zrobić zdjęcia do dokumentówUchodźcy. Marwa przed wyjazdem do ambasady niemieckiej musiała zrobić zdjęcia do dokumentów Fot. Agnieszka Sadowska / Agencja Wyborcza.pl

Uchodźcy. Sprawa nagłośniona w Niemczech

Tymczasem w sprawę Marwy zaangażowała się niemiecka organizacja pomocowa "Wir packen's an". Z rodzicami Marwy w Hajnówce spotkała się Miriam Toedter, wiceprzewodnicząca stowarzyszenia. I ruszyła lawina: o Marwie zrobiło się głośno w niemieckiej telewizji, w pomoc włączyli się politycy, celebryci, artyści, mnóstwo osób prywatnych. W efekcie sprawą Marwy zajęło się też niemieckie ministerstwo spraw zagranicznych. I to za jego wstawiennictwem (mimo wcześniejszej odmowy) rozpoczęły się działania w sprawie przyznania Syryjce wizy humanitarnej w Niemczech.

A teraz, jak relacjonuje nam Miriam Toedter, będąca w kontakcie z fotoreporterką "Wyborczej" - Agnieszką Sadowską - sprawa zmierza do finału. We wtorek (21 grudnia) rodzice mogli zabrać Marwę ze szpitala i pojechać z nią ma spotkanie do ambasady niemieckiej w Warszawie, gdzie złożyli wniosek o wizę.

- Dzień wcześniej niemieckie ministerstwo spraw zagranicznych poinformowało radcę prawnego rodziny syryjskiej, że ich ciężko chora córka Marwa otrzyma wizę humanitarną do Niemiec. Po przeprowadzeniu rozmowy w ambasadzie rodzinie powiedziano, że decyzję otrzyma w ciągu dwóch dni - informuje Miriam Toedter. - Z naszych informacji wynika, że Marwa jest pierwszą osobą z granicy polsko-białoruskiej, która będzie mogła legalnie wjechać w ten sposób do Niemiec. Bardzo się cieszymy z tego sukcesu prawnego i politycznego. Mamy nadzieję, że Marwa będzie mogła teraz szybko i bezpiecznie przyjechać do Niemiec, że jej gehenna wkrótce się skończy i otrzyma opiekę, której potrzebuje, aby wyzdrowieć. Jej rodzice i ona sama dziękują wszystkim, którzy zaangażowali się w pomoc - mówi Miriam Toedter. I dodaje, że stowarzyszenie "Vir packen's an" wspiera Marwę i jej rodziców w całym procesie oraz podczas transportu do Niemiec, który ma się odbyć w najbliższych dniach.

Wygrała presja społeczna

Z Marwą i jej rodzicami do ambasady pojechała m.in. Ewa, dziennikarka, na co dzień mieszkająca w Wielkiej Brytanii, aktywistka, zaangażowana w pracę organizacji pomocowych i solidarnościowych. W latach 2002-2004 pracowała na Zachodnim Brzegu Jordanu i w okupowanym Iraku, działała w ruchu "Wolna Gaza". Jej relacje z bombardowanej przez Izrael Gazy ukazywały się w angielskich mediach. W trakcie ostatniej inwazji izraelskiej pracowała jako sanitariuszka w palestyńskiej karetce pogotowia w Strefie Gazy. Choć urodzona w Anglii, sama migrację ma we krwi - jej ojciec przeszedł szlak z Armią Andersa, mama pochodzi z Podlasia, a uchodźcami byli też jej dziadkowie, którzy zaznali trudów bieżeństwa. Gdy dowiedziała się o sytuacji na granicy polsko-białoruskiej, wzięła urlop, przyjechała do Polski i działa w organizacjach pomocowych jako wolontariuszka.

O sprawie Marwy mówi: - Publiczna presja wygrała, tu zadziałała z dużą siłą organizacja pomocowa, zadziałał nacisk społeczny, zaangażowanie w tę sprawę wielu osób. O historii Marwy było głośno w mediach, pojawiła się petycja w jej sprawie, i, co bardzo ważne - mówiono o konkretnej osobie. To konkretna twarz z dramatyczną historią. W losie Marwy przeglądają się historie innych uchodźców próbujących dotrzeć do lepszego świata. W przypadku Marwy dużo rąk sprawiło, że może być teraz ze swoją rodziną - mówi Ewa.

Jak dodaje: - W ambasadzie spotkanie wyglądało bardzo formalnie, widać było, że urzędnicy poznali sprawę, mieli świadomość trudnej sytuacji zdrowotnej Marwy, która nie wróciła do pełnej sprawności. Było formalnie, ale też dało się wyczuć życzliwość i zrozumienie. Usłyszeliśmy, że jej sprawa może zostać rozwiązana bardzo szybko, niewykluczone, że wizę dostanie lada dzień.

Ewa podkreśla też ogromne zaangażowanie w leczenie Marwy lekarzy z Hajnówki. - Troskliwie się nią zajmowali, to świetna załoga. Jest w nich dużo człowieczeństwa, głęboka troska, prawdziwa gościnność, szacunek dla osób, które straciły tę godność w przygranicznych lasach. 

Czytaj także: Poruszający list 13-letniej Hani do Polek i Polaków. "Nie pozwólmy, by umierały kolejne osoby"

Uchodźcy. Marwa z rodzicamiUchodźcy. Marwa z rodzicami Fot. Agnieszka Sadowska / Agencja Wyborcza.pl

Uchodźcy. Rzadki happy end

Marwa miała w szpitalu zostać jeszcze tydzień, ciągle jest bardzo słaba. Gdy jednak przyszedł sygnał z ambasady, że tym razem jest szansa na wizę, decyzja była szybka.

- To ogromna ulga, wielka radość, że przeżyła, że może być z rodziną, że uda się jej z nią wyjechać. W przypadku Marwy to prawdziwy happy end, jeden z niewielu tu na granicy - mówi Kasia, wolontariuszka Grupy Granica, mieszkanka Hajnówki. Od października bardzo intensywnie zaangażowała się w pomoc uchodźcom. Marwie towarzyszyła, na ile mogła, niemal od początku pobytu w szpitalu. Przez większość czasu z daleka, bo 6 tygodni Syryjka leżała na OIOM-ie, Kasia wspierała więc rodziców Marwy. Bardzo szybko dowiedzieli się, gdzie jest ich córka, przyjechali do Hajnówki i byli tu z przerwami przez kilka tygodni.

- To był bardzo dramatyczny czas. Najpierw Marwa trafiła na oddział chirurgii, potem jej stan się pogorszył i znalazła się na OIOM-ie. Można powiedzieć, że naprawdę została wyrwana śmierci. Wtedy na OIOM-ie leżała też Avin, matka pięciorga dzieci. Walka trwała na dwie osoby. Niestety Avin nie udało się uratować - opowiada Kasia. - Rodzice Marwy przeżyli tu kilkutygodniowy horror. Byli załamani. Najpierw, że córka może nie przeżyć, bo komunikat był jasny, że stan jest krytyczny. Potem Marwa na przemian odzyskiwała przytomność i traciła, była intubowana, przestały pracować jej nerki. Gdy w końcu odzyskała przytomność, ambasada odrzuciła pierwszy wniosek o wizę. Rodzice bali się, że Marwa w oczekiwaniu na rozpatrzenie jej sprawy trafi do ośrodka, a tam cała walka o zdrowie może pójść na marne. Jej stan zdrowia jest bardzo zły, potrzebuje pilnie rehabilitacji, ma problemy z poruszaniem się, mową. Ta pierwsza odmowa wizy była czynnikiem zapalnym, w Niemczech zrobiło się o tym głośno. I nagle przychodzi informacja, że zapraszają ją na spotkanie do ambasady. Co za ulga… Bardzo się cieszę, że tak się stało, to naprawdę wielka radość.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.