Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Czytaj także: Uchodźcy idą przez Podlaskie. Myśleli, że wylądują pod Bramą Brandenburską, a tutaj Kuźnica

Rozmowa o uchodźcach na granicy

Joanna Klimowicz: Przenieśliście się z Gdańska do Białowieży przed kilkoma laty, zafascynowani puszczą, ale spokoju jeszcze tu nie zaznaliście?

Marcelina Zimny, naukowczyni pracująca w Białowieskiej Stacji Geobotanicznej Uniwersytetu Warszawskiego: - Chyba fatum nad nami wisi. Awantura o Puszczę Białowieską zbiegła się z naszą przeprowadzką na stałe, ale wygląda ona dużo delikatniej w porównaniu do tego, z czym mierzymy się dziś.

Jak wygląda wasze życie w tym kryzysie humanitarnym?

Fot. Agnieszka Sadowska / Agencja Wyborcza.pl

Grzegorz Zimny, pomaga żonie w badaniach, jest pasjonatem przyrody, przewodnikiem po Białowieskim Parku Narodowym: - Do tej pory wypatrywaliśmy zwierząt w lesie, a od dwóch miesięcy - ludzi.

Marcelina: - Od samego początku mieliśmy stan wyjątkowy. To się zbiegło z naszymi pracami terenowymi - od sierpnia do listopada jeździliśmy do lasu. Początkowo nie widzieliśmy ludzi, którzy próbowali przekraczać granicę. Widocznie się ukrywali. W końcu trafiło i na nas. Od naszego pierwszego spotkania z Aminem Grzegorz bardziej zaangażował się w pomoc. Mi było trudniej, mamy 4-letnie dziecko, z którym ktoś zawsze musi być.

Jak Amin pojawił się w waszym życiu?

Grzegorz: - Podświadomie się do tego przygotowywaliśmy. Kiedy jeździliśmy rowerami do puszczy, zawsze mieliśmy w sakwach dodatkową wodę, słodycze, apteczkę. W środę, 27 października, w trudno dostępnym fragmencie Puszczy Białowieskiej, w kompletnej głuszy i ciszy zobaczyliśmy zwinięty kłębek - nie wiedzieliśmy, czy to plecak, czy sama kurtka. To był chłopak leżący na kłodzie. Ocknął się.

Przestraszył się was?

Marcelina: - On już nie miał siły bać się czy uciekać, ale w jego oczach widać było wszystko: strach, kompletną bezradność, cierpienie, rezygnację. Dopiero w świetle tego, co nam opowiedział później, dotarło do nas, co przeżył.

Grzegorz: - Poprosił o wodę, a zaraz w drugim zdaniu powiedział, że jego matka nic o nim nie wie, bo białoruscy żołnierze rozdeptali mu telefon i została mu tylko karta. Ma 27 lat, mieszkał w Iranie z rodzicami, ma też siostrę, wszyscy są bardzo zżyci.

Uchodźcy na granicy. Tak Amin zdobywał wodę do piciaUchodźcy na granicy. Tak Amin zdobywał wodę do picia Fot. Archiwum prywatne

Jak się czuł? Jak długo był w lesie?

Marcelina: - Był bardzo osłabiony, ledwo sięgał po wodę, pytał, gdzie się znajduje. Powiedział nam, że jest w lesie od pięciu dni. Pachniał ogniskiem, więc najwyraźniej próbował się ogrzewać. Mówił o Białorusinach, którzy go bili, za nic nie chciał tam wrócić. Prosił, żeby mu wezwać taksówkę. My wtedy nawet nie wiedzieliśmy, o co chodzi, ale odradzaliśmy mu poruszanie się gdziekolwiek w jego stanie. Zostawiliśmy mu koc termiczny i całe nasze jedzenie, żeby podjechać kawałek dalej, złapać zasięg i poradzić się kogoś, jak jeszcze możemy pomóc. Kiedy wróciliśmy, Amin był już w odrobinę lepszej formie, zjadł, nieco się wzmocnił.

Grzegorz: - Jeszcze nie słyszałem, żeby komuś tak burczało w brzuchu.

Mamy po czterdzieści parę lat i po raz pierwszy znaleźliśmy się w takiej sytuacji. Musieliśmy to przepracować w naszych głowach i zdecydowaliśmy, że nasza pomoc na tym się nie skończy, że musimy zrobić coś więcej. Marcela opatrzyła jego ręce - miał pocięty nadgarstek, a druga dłoń była pokaleczona od strony zewnętrznej, kciuk ledwo się trzymał. Chłopak bardzo krwawił, cierpiał.

Jak pokaleczył ręce?

Marcelina: - Mówił, że był bity przez Białorusinów, którzy rzucali ludzi na płot, żeby ich przepchnąć przez granicę. Jego kurtka była cała porwana. Ale nadgarstek... Później nam wyznał, że próbował popełnić samobójstwo. Na granicy widział rzeczy tak potworne, że nie mógł tego znieść. Myślał, że nie ma dla niego już żadnej szansy i próbował przeciąć sobie żyły.

Co to były za rzeczy, których nie mógł znieść?

Grzegorz: - Przy wspólnym ognisku leżał Syryjczyk chory na cukrzycę, zwijał się z bólu. Następnego dnia już nie żył.

Marcelina: - Widział kobietę w ciąży, która rzuciła się z ciężarówki, próbowała się w ten sposób zabić. Widział mężczyznę tulącego roczne dziecko, które umarło. Ogrom nieszczęścia.

Jak i dlaczego znalazł się na Białorusi?

Marcelina: - Decyzję o wyjeździe z Iranu podjął ze względu na sytuację materialną, na brak perspektyw. Jego marzeniem jest założenie rodziny i normalne życie, a tam to, co zdołał zarobić, ledwo starczało na bieżące potrzeby, mimo że przez sześć lat pracował w międzynarodowej firmie spedycyjnej. Ma poukładane w głowie, marzył o normalnym życiu i o Europie. Wraz z trzema kolegami skorzystali z obietnic Białorusinów, uwierzyli w te wspaniałe wizje, które roztaczają. Kupili wizy, bilety - także powrotne do Teheranu, w razie gdyby coś się nie udało. Wylecieli z Teheranu 19 października, przez Armenię do Mińska, stamtąd wzięli taksówkę do Brześcia. Poprosili taksówkarza, żeby zawiózł ich jak najbliżej granicy. Przeszli kilka kilometrów aż do drutu i po obserwacji tego, co tam się dzieje, uznali, że wszelkie próby przekroczenia granicy są bez sensu, nie dadzą rady, nie ma szans. Postanowili wracać. Wtedy Amin się zgubił, oddzielił się od kolegów. Szedł sam kilka kilometrów, aż zorientował się, że ktoś za nim podąża. To był białoruski wojskowy z psem. Powiedział mu, że jest turystą, ma dokumenty, ważną wizę i że chce się dostać z powrotem do Mińska. Na to wojskowy odparł: pomożemy ci. Zapakowali go do auta i zawieźli, ale na granicę. Powiedzieli: twoja jedyna droga to Polska.

Grzegorz: - Zobaczył tam wielką liczbę ludzi takich jak on. Nieświadomy sytuacji, w jakiej się znalazł, rozdał im większość jedzenia i sam zaczął głodować. To tam widział najwięcej cierpienia i śmierci.

Ile razy próbował przekroczyć granicę?

Marcelina: - Każdej właściwie nocy Białorusini podwozili ich w miejsca, gdzie rozwalali płot graniczny, popychali i kazali biec. Zaraz po tym zatrzymywali ich Polacy i przerzucali na drugą stronę. Amin przeżył to siedmiokrotnie. Kiedy go spotkaliśmy, był już po pięciu push-backach. Później jeszcze dwukrotnie był przerzucany.

Czyli to wasze pierwsze spotkanie zakończyło się tak, że musieliście go zostawić w lesie?

Grzegorz: - Pytał nas, czy możemy go zabrać do konsulatu w Warszawie, ale nie było takiej możliwości. Obiecaliśmy mu, że spróbujemy się skontaktować z konsulem. I z mamą - Amin podyktował Marceli jej numer. Umówiliśmy się, że jeszcze tego samego dnia przywiozę mu ciepłe rzeczy i coś do jedzenia.

Marcelina: - Wróciliśmy do Białowieży, napisałam wiadomość na ten numer, zaczęły przychodzić gorączkowe odpowiedzi w języku perskim, jedna za drugą. W końcu odezwał się Arash, przyjaciel Amina, i dogadaliśmy się po angielsku. Byli bardzo szczęśliwi, że żyje.

Grzegorz: - Ja zrobiłem printscreena z wiadomościami od mamy, zabrałem ciepłe rzeczy, herbatę z imbirem i cytryną, wsiadłem na rower i po raz trzeci wróciłem do lasu. Amin dziękował, kładąc rękę na sercu. Prognoza pogody była korzystna, zapowiadała się wyjątkowo jak na tę porę ciepła noc, 10 stopni, a on był dobrze przygotowany. Miał nawet stuptuty i chyba też namiot. Później okazało się, że jest pasjonatem wędrówek górskich.

Następnego dnia, w czwartek 28 października zadzwoniłem do konsulatu i dowiedziałem się, że Amin musi sam poprosić o pomoc. Marcela zwróciła się do Arasha o przysłanie jego dokumentów, bo nie miał ich przy sobie. Rano zorganizowałem telefon, ale musiałem go naładować i dlatego dotarłem do Amina dopiero w południe. Nie zastałem go. Szukałem go długo. Wszystkie śmieci zebrał do woreczka. Tej nocy nie spaliśmy wcale.

Czytaj także: "Proszę, uratujcie życie Tamana". Korytarz humanitarny natychmiast!

Ale spotkaliście go znowu?

Grzegorz: - Kiedy czekał na mnie w czwartek i niepokoił się, postanowił się ruszyć. Zabłądził, co mnie w ogóle nie dziwi, bo w puszczy wystarczy obrócić się dwa razy i możesz stracić orientację. Złapali go, znowu trafił na granicę.

Marcelina: - W sobotę rano Grzegorz był w lesie, a ja dostałam wiadomość od Arasha z lokalizacją Amina - był niedaleko naszego domu, skontaktował się z czyjegoś telefonu.

Grzegorz: - Pojechałem do niego, z wodą i telefonem, przekazałem namiar do ambasady. On bardzo chciał wrócić do domu.

Wszystko, tylko nie powrót na druty?

Marcelina: - Dokładnie tak to ujął.

Grzegorz: - Zadzwonił do konsula i zapadła decyzja, że musi pójść na posterunek Straży Granicznej, dać się aresztować i wtedy zostanie uruchomiona procedura zobowiązania cudzoziemca do powrotu.

Wiedząc, co robi straż z cudzoziemcami - z automatu wywozi ich na granicę - nie baliście się?

Marcelina: - Mając tego pełną świadomość, próbowaliśmy się przed tym zabezpieczyć. Trwało to cały dzień. Grzegorz próbował dostać obietnicę, że nie dojdzie do push-backu, ale też gwarancję, że gdy weźmie Amina do swojego samochodu i kawałek go podwiezie do placówki, nie będzie ponosił odpowiedzialności. Udał się do źródła.

Grzegorz: - Komendanta nie było, na posterunku coś już wiedzieli o kontakcie z konsulatu, ale nie bardzo chcieli mówić. Opowiedziałem o całej sytuacji, wziąłem też kolegę, żeby mieć świadka. I wiesz co? Wśród strażników też są wrażliwi ludzie. Przymknęli oko na to, że wchodzę w ich kompetencje. Myślę, że zrozumieli, że chodziło nam tylko o to, żeby ten człowiek przeżył i wrócił do domu, do rodziców. W Teheranie marzył o Europie, ale w lesie - w dżungli, jak oni mówią - marzył o tym, żeby wrócić do domu.

Marcelina: - Jak widzi się człowieka w takiej potrzebie, to wszystko inne przestaje być ważne. Jedynym celem jest to, żeby mu pomóc. Mieliśmy świadomość, że on w tym lesie może umrzeć. Patrząc na niego i nie mogąc mu powiedzieć: „Słuchaj, stary, wszystko będzie dobrze, nie przejmuj się, przecież jest XXI w." - to jest straszne. Nam się uruchomiły jakieś takie funkcje w organizmach, że już nas nie obchodziło, czy nam coś grozi z tego tytułu, czy nie.

Grzegorz: - Nie robiliśmy nic złego, ratowaliśmy życie. Ja nawet w tę sobotę kontaktowałem się z prawniczką, która współpracuje z aktywistami, i powiedziała mi, że konsul może być gwarantem całej tej akcji. Zbudowało mnie to. Tego nikt wcześniej nie robił - nie wyciągał ludzi z lasu przez ambasadę. Ale nam się udało. Wieczorem wsiadłem w samochód, pojechałem po Amina, otworzyłem bagażnik, żeby włożył tam plecak, a on zaczął wchodzić do tego bagażnika. Nie tak! Posadziłem go z przodu, wjechaliśmy do Białowieży, zawiozłem go do placówki straży. A tam luz, dali mu od razu miskę zupy. Nikt jednak nie czuł się kompetentny, żeby rozmawiać z konsulem, co mnie zaniepokoiło. Za to asystentce konsula udało się dodzwonić na SG do Białowieży i wszyscy wiedzieli, że konsul się za Aminem wstawił.

Marcelina: - Pozostawał jednak margines niepewności. Grzegorz wrócił do domu późno, usiedliśmy i długo myśleliśmy, czy zrobiliśmy wszystko, co mogliśmy zrobić zgodnie z prawem. Grzegorz miał pełnomocnictwo, ale następnego dnia ze straży został wyproszony, a pełnomocnictwo - zignorowane.

Grzegorz: - Kolejnego dnia rano dostałem telefon z ambasady, że Amina obejrzał lekarz, dostał antybiotyk i najprawdopodobniej trafi do ośrodka strzeżonego, gdzie będzie oczekiwał na dokument podróży i deportację na koszt ambasady. Później nie mieliśmy kontaktu. Straż zabrała mu telefon. W placówce w Białowieży spędził trzy tygodnie, nie został odprawiony do ośrodka. 19 listopada wrócił przez Stambuł do domu.

Czy nie obawialiście się, że wracając do kraju, z którego uciekł, w którym panuje reżim ajatollahów, pakuje się w jeszcze większe kłopoty?

Marcelina: - Mieliśmy takie obawy, ale on był bardzo pewien tego, że chce wracać. Na lotnisku zadano mu tylko kilka pytań. Twierdzi, że nie będzie miał żadnych nieprzyjemności, oprócz tego, że przez pół roku nie może nigdzie wyjeżdżać.

Grzegorz: - Od razu kiedy doleciał, odezwali się do nas. Cała rodzina siedziała w mieszkaniu przy stole, był tort, bo jego urodziny wypadały kiedy był w strażnicy. Nagrali dla nas krótki filmik z ogromnymi podziękowaniami.

Marcelina: - Wzruszył nas niezmiernie. Natychmiast nagraliśmy filmik zwrotny i od tamtej pory cały czas jesteśmy w kontakcie.

Grzegorz: - Amin spisał swoją historię na 26 kartkach, zatytułował ją "Kłamstwa Białorusi". Spisał ją odręcznie, ponieważ nie ma komputera i dostępu do kafejek internetowych - ze względu na nowe obostrzenia covidowe. Od pierwszego dnia po powrocie chodził do nich, kiedy jeszcze były otwarte, by udzielać się na forach i pisać, ostrzegać, odwodzić inne osoby od zrobienia tego, co on zrobił. "Popełniłem błąd, jaki byłem głupi!" - przekonywał. Grupy blokowały go, żeby nie podcinał ludziom skrzydeł. Nie chcieli tego słuchać. Chcielibyśmy zebrać mu jakiś grosz na komputer i wysłać na tureckie konto jego przyjaciela.

Marcelina: - Amin jest wstrząśnięty - a to chyba nawet nie jest właściwe słowo - tym, co widział. Widział piekło. Jest straumatyzowany.

Grzegorz: - A my analizujemy, czy zrobiliśmy wszystko jak trzeba. Nie wzięliśmy go do domu...

Marcelina: - Mimo że bardzo nas to kusiło. To była moja pierwsza myśl. Ale wiedzieliśmy, że natychmiast zostałby ujęty, bo musielibyśmy z nim przeparadować przez całą Białowieżę. U mnie to spowodowało wewnętrzny konflikt - jak to jest, że chcę człowiekowi pomóc i nie mogę zrobić najbardziej podstawowej rzeczy: zabrać go do domu?

Zrzutka na komputer

Marcelina i Grzegorz uruchomili zbiórkę. W jej opisie podają, że młody obywatel Iranu "doświadczył ogromu ludzkiej tragedii, cierpienia, głodu, bólu, kilkakrotnie widział śmierć i w obliczu tego sam próbował odebrać sobie życie". "Zrobiliśmy wszystko, co było w naszej mocy, aby mu pomóc. Udało się - po miesiącu nieobecności, dzięki pomocy konsulatu Iranu powrócił do domu. Próbuje od nowa poukładać swoje życie. Ma wykształcenie (inżynieria lądowa), pomysły i plany, ale jeszcze więcej ograniczeń. A my bardzo chcielibyśmy pomóc mu wystartować. Aby mógł podjąć starania o pracę lub rozpocząć własną działalność zarobkową, potrzebuje komputera. Jest to dla nas tym bardziej ważne, że po powrocie intensywnie starał się dotrzeć do osób, które próbują pójść w jego ślady i przestrzec je przed wyjazdem na Białoruś. Jeśli tylko możecie - prosimy o drobne wsparcie. Amin jest tego wart".

Zrzutkę można wesprzeć na: zrzutka.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.