Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Każdy z nich uciekł z Iraku z innego powodu. Karan [imię zmienione] był dziennikarzem. Źle pisał o skorumpowanym rządzie. Pewnego dnia dostał telefon, że ma 24 godziny na opuszczenie kraju, w innym razie zostanie zabity. 

Czytaj także: [REPORTAŻ ZNAD GRANICY] Operatorka nie wytrzymuje, rzuca kamerę i bierze na ręce zmarzniętą dziewczynkę

Z Iraku przez Dubaj dostał się z żoną i jej braćmi do Mińska, a stamtąd pod polsko-białoruską granicę. Udało się im przejść do Polski, ale Straż Graniczna cofnęła ich na Białoruś. Przez 10 dni byli uwięzieni między dwoma krajami. Skończyło się jedzenie i picie. Białorusini w końcu się zlitowali, mogli pić brudną wodę z rzeki. Nie pozwolili jednak cofnąć się w głąb kraju, by kupić jedzenie. 

Strażnicy graniczni podzielili się z uchodźcami swoim jedzeniem, dali im wodę

Zrozpaczeni zwrócili się do strażników granicznych po polskiej stronie granicy. Nie odmówili pomocy. 

- Podzielili się z nami swoim jedzeniem, dali nam wodę - opowiada 33-letni Karan. 

Przez wiele dni Białorusini zmuszali ich, by przemieszczali się, głownie nocą, w inne miejsca wzdłuż granicy. Za każdym razem obiecywali jedzenie i picie, ale nigdy niczego nie przynieśli. Grozili bronią.

Do Polski Karan i jego rodzina dostali się razem z dużą grupą uchodźców przepchniętą w okolicy Starzyny. Opowiada, jak Białorusini w cywilu dawali im kamienie, mówili, by rzucali w polskich żołnierzy i strażników granicznych. Pchali ich w stronę granicy z Polską, strzelali w powietrze, krzyczeli, że mają iść przed siebie i nie wracać. Grozili, że zabiją. 

- Nie chcieliśmy robić niczego przeciwko polskim strażnikom granicznym - mówi Karan. 

W rodzinie Karana jest jeszcze były ochroniarz irackiego polityka oraz student wychowania fizycznego. 

Baszar miał numer do Grupy Granica. Zadzwonił. Pomoc zjawiła się w ciągu godziny

- Znaleźliśmy się w lesie - mówi Karan. - Spędziliśmy noc nad rzeką, a potem przez 24 godziny błąkaliśmy się po okolicy. To wtedy spotkaliśmy Baszara [imię zmienione]. Dał nam jeść i pić. 

Baszar, Syryjczyk, błąkał się wzdłuż polsko-białoruskiej granicy przez miesiąc. Był sam, gdy po polskiej stronie granicy spotkał Karana i jego rodzinę. Nie jest w stanie powiedzieć, gdzie przekroczył granicę. 

Baszar, 35 lat, miał przy sobie numer do Grupy Granica. Zadzwonił. Pomoc zjawiła się w ciągu godziny. Najbardziej potrzebującej osobie została udzielona pomoc medyczna. Reszta została w lesie. Po kolejnych 24 godzinach trafili w bezpieczne miejsce. Dziś są już poza Polską. 

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.