Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Aktualne informacje znajdziesz także w naszej relacji na żywo: Tysiące osób z Bliskiego Wschodu na granicy polsko-białoruskiej

Doktor Arsalan Azzaddin w ostatnich dniach udzielił dwóch obszernych wywiadów - najpierw dla stacji informacyjnej Kurdistan 24 z siedzibą w Irbilu, który w ciągu dwóch dni obejrzało 2,5 mln osób, a w ostatni poniedziałek - dla portalu Rudaw, poświęconego sprawom bliskowschodnim.

- Powiedziałem, że skoro w tym uczestniczymy, to pozwalamy na to, by ci ludzie ginęli - mówi pracujący w Bielsku Podlaskim lekarz, Kurd.

Uchodźcy z lasu. Złamania, odmrożenia, pobicia

Opowiada o swojej pracy w szpitalu niedaleko polsko-białoruskiej granicy, w którym jest zastępcą dyrektora ds. medycznych i szefem SOR-u. Codziennie przyjmują kilku pacjentów z lasu, ruch zaczyna się wieczorami, po zapadnięciu zmroku. Karetki przywożą ludzi z urazami, odmrożeniami, zapaleniem płuc, odwodnionych, wyziębionych. Przebywających w lesie nawet 20 dni, długo bez jedzenia i picia. Zdarza się, że są pobici przez białoruskie służby.

Dr Azzaddin zna trzy wschodnie języki: turecki, arabski i kurdyjski. Tłumaczy pacjentów nie tylko ze swojego szpitala, ale z całego regionu.

W szpitalu w Hajnówce też rozgrywają się dramaty: ciężarna kobieta z siniakami i śladami po pałkach czy pobici ojciec z synem - ojciec ma pęknięty kręgosłup, a syn połamane obie nogi.

Personel szpitala ma obowiązek poinformować straż graniczną, kiedy zakończy się leczenie i funkcjonariusze będą mogli zabrać pacjentów. Nieliczni zostają w ośrodkach - ostatnio np. pacjent z cukrzycą. Większość wywożona jest z powrotem do lasu. Pacjenci o tym wiedzą, bo zawracani do granicy są wielokrotnie, więc płaczą i błagają lekarzy, by zrobili wszystko, żeby znów ich to nie spotkało.

Uchodźcy. „One way" do granicy z Polską. Powrotu nie ma

Gdy leżą jeszcze na oddziale, zwierzają się kurdyjskiemu lekarzowi, opowiadają o drodze, jaką przebyli i dlaczego się na nią zdecydowali. W części to uchodźcy, uciekający przed prześladowaniami i niebezpieczeństwem, zwłaszcza mieszkańcy terenów przygranicznych z Turcją, gdzie wciąż prowadzone są działania wojenne. Migrantów można podzielić na trzy grupy: wykształconych, dla których problemem jest bezrobocie i brak perspektyw w kraju; chorujących, chcących podreperować w Europie zdrowie; i tych najbiedniejszych, których rodzina sprzedaje wszystko łącznie z domem, w którym mieszka i wysyła jedną osobę, aby w przyszłości ściągnęła krewnych albo wspomagała ich, wysyłając pieniądze.

Taka eskapada nie jest tania. 5 tys. dolarów kosztuje wiza białoruska plus „wycieczka". Kolejne 8 tys. dolarów zostawia się w kaucji, która jest do odebrania przez organizatora dopiero, gdy migrant dotrze np. do Niemiec i powiadomi o tym bliskich.

Kiedy przylatują do Mińska z wykupioną wycieczką, mają jeden nocleg w hotelu, a następnego dnia przyjeżdżają po nich ciężarowe wojskowe samochody, ładują po 100, 150 osób i przewożą do polskiej granicy - opowiadają dr. Azzaddinowi uchodźcy, którzy trafiają do szpitala.

Przy granicy zaczyna się horror. Wyrzucani z Polski uchodźcy zdani są na łaskę Białorusinów. Ci zabierają im pieniądze i bagaże, albo bez litości handlują: 20 dolarów za paczkę papierosów, 10 dolarów za podładowanie telefonu. Lekarzowi znana jest historia mężczyzny chorego na cukrzycę, który musiał coś zjeść przy lekach, jakie przyjmuje i zapłacił białoruskim pogranicznikom 40 dolarów za połówkę chleba.

Dr Azzaddin podkreśla, że Kurdowie decydując się na wyjazd nie mają pojęcia, jak jest to niebezpieczne.

Właściciel biura podróży w Irbilu mówi im: „samochód po ciebie przyjedzie, zabierze cię z Mińska, trzy godziny i jesteś w Niemczech". - Jak można tak oszukiwać? - denerwuje się lekarz. - Niezorientowani ludzie dawali się nabierać, ale coraz więcej z nich już wie, jak jest naprawdę. Nawet kiedy już są w Mińsku, deklarują, że chcą wrócić do kraju - do Syrii czy Iraku - proszą o to, ale powrotu już nie ma. Jest tylko „one way" - do granicy z Polską. Wszyscy to potwierdzają.

W ostatnim wywiadzie dla kurdyjskich mediów dr Azzaddin nazwał ten proceder wprost: „oszustwo". Zapytany, co trzeba zrobić, nie wahał się: „zamknąć biura podróży, które to robią i wszystkich do więzienia!".

Jest pewien, że to odniosło skutek. Na początku tego tygodnia, na żądanie irakijskich władz, Białoruś zamknęła dwa swoje konsulaty: w Bagdadzie i właśnie w Irbilu na północy kraju (w Kurdystanie).

Czytaj także: Uchodźcy na granicy. Amnesty International o przemocy i łamaniu prawa przez polskie władze [RAPORT]

Uchodźcy. Chcą normalnie żyć

Arsalan Azzaddin sam prawie 40 lat temu wyjeżdżał z Iraku w poszukiwaniu perspektyw rozwoju. Od zawsze chciał być lekarzem, a wiedział, że jako Kurd ma mniejsze szanse na studia medyczne. Tuż po maturze, nie czekając nawet na jej wyniki, wyjechał do Polski turystycznie. Wspomina pierwszy szok, kiedy wylatywał z Iraku, gdzie było 50 stopni ciepła, a lądował w Warszawie, gdzie temperatura w sierpniu nocą spadła do stopni kilkunastu. Trząsł się w koszulce z krótkim rękawem przez całą noc na ławce koło ronda przy Novotelu, bo nie znaleźli miejsca w hotelu.

Razem z kolegami obwieścili:

- Jest wojna z Iranem, nie wracamy!

W końcu pozwolono mu studiować, ale prywatnie. Na białostocką akademię trafił dlatego, że większe miasta były zarezerwowane dla studentów z bratnich krajów komunistycznych, poza tym tak poradziła mu nauczycielka języka polskiego, która w Białymstoku miała rodzinę. - Nie chciała, żebym miał problemy w życiu - uśmiecha się dr Azzaddin. I ze śmiechem przyznaje, że z początku przeraził się, że to już Rosja.

Czytaj także: Mróz i desperacja na granicy. Jeśli nie wkroczą organizacje humanitarne, będzie eskalacja przemocy

Studia skończył z bardzo dobrym wynikiem, zrobił doktorat, przez wiele lat był adiunktem i uczył studentów. Ale też zajmował się pacjentami, a przez trzy lata - systemem ochrony zdrowia, pracując w centrali NFZ. Szpitalem w Bielsku Podlaskim opiekuje się już 14. rok. Jego żona jest chirurgiem, a dzieci dorosły i studiują - oczywiście na Uniwersytecie Medycznym w Białymstoku.

Dr Azzaddin uważa, że jego rodacy i obywatele innych krajów na Bliskim Wschodzie uciekają, bo nie mają tam możliwości, by normalnie żyć.

- Jeśli te miliardy dolarów ze sprzedaży ropy naftowej zamiast trafiać na konta przywódców, byłyby inwestowane tak, żeby ludzie mieli pracę i uczelnie, nikt nie przyjechałby do lasu, żeby się zabić - mówi lekarz.

***

Ze względu na brak merytorycznej dyskusji i komentarze prowadzące jedynie do hejtu redakcja "Gazety Wyborczej" zadecydowała o wyłączeniu komentarzy pod tekstami informującymi o kryzysie na granicy

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.