Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Przeczytaj naszą relację na żywo z sytuacji na granicy polsko-białoruskiej: Tysiące osób z Bliskiego Wschodu na granicy polsko-białoruskiej

Sokółka leży niedaleko przejścia granicznego w Kuźnicy. To nieco ponad 15 kilometrów. Na wjeździe do miasta stoi znak informacyjny, który pokazuje trzy zabytkowe budowle: kościół, meczet i cerkiew.

Mieszkańcy mówią, że Sokółka się "uchowała", bo rząd ogłaszał stan wyjątkowy w sąsiedniej Kuźnicy, tu też myśleli, że ich obejmie. A tak życie może się toczyć normalnie. Ludzie wychodzą do pracy, do szkoły, robią zakupy, załatwiają swoje sprawy.

A w Kuźnicy ich znajomi musieli pozamykać swoje biznesy, bo już nic nie idzie - powtarzają w rozmowach ze mną mieszkańcy Sokółki.

Przez centrum miasta przebiega droga krajowa numer 19. Zwykle pędzą tędy tiry do przejścia granicznego w Kuźnicy. We wtorek jechały głównie w przeciwną stronę, bo polska straż graniczna zdecydowała o całkowitym zamknięciu tego punktu granicznego. Kilkaset metrów od niego jest dziś koczowisko. Przy granicy przebywa kilka tysięcy uchodźców z Bliskiego Wschodu - polski rząd mówi o 3-4 tys. osób - a temperatury nocą dochodzą do -5 stopni.

Odkąd w poniedziałek rano media obiegła informacja o dużej grupie migrantów, którzy planują przekroczyć granicę Białorusi z Polską, w Sokółce mówi się głównie o tym.

Czytaj też: Nadzwyczajne posiedzenie Sejmu ws. granicy. Opozycja mówi o obronie granic, ale i o humanizmie

Uchodźcy na granicy polsko-białoruskiej. Był cud, będzie wojna?

Kryzys na granicy polsko-białoruskiej. Droga w kierunku przejścia granicznego w KuźnicyKryzys na granicy polsko-białoruskiej. Droga w kierunku przejścia granicznego w Kuźnicy Fot. Michalina Bednarek

Przed jednym z dyskontów na ławeczkach dyskutują starsi panowie. Wśród nich jest Janusz, emeryt z Szyszek.

– Po tych śmigłowcach człowiek poznał, że się źle dzieje. O tych uchodźcach to wszyscy trąbią, więc się słyszało, ale ja nigdy żadnego nie widziałem. Tylko sąsiad raz opowiadał, że ich za płotem u siebie widział jak przemykają, ale machnął ręką. Niech sobie idą. Ale jak w poniedziałek zaczęły latać śmigłowce i drogą pędziły wozy wojskowe i policyjne w stronę Kuźnicy to już wiedziałem – opowiada.

- A co pan wiedział? – dopytuję.

– Że będzie wojna! – mówi bez chwili zastanowienia. - O tak zaczęły latać śmigłowce nad głowami, tam i siam, i znów tam. Aż człowiekowi się w głowie kręciło.

Zagadują go koledzy z "klubu dyskusyjnego".

Wojny to nie będzie, bo tych całych migrantów nie wpuszczą. I dobrze. Gdyby to chociaż jacyś tacy ludzie z jednego kraju byli, a tu cała Afryka chce się zjechać. Przecież to nie wiadomo, kto to. Potem pójdzie do dyskontu się wysadzi, nie daj Boże

– mówi jeden z mężczyzn.

Inny dodaje: – Słuchaj, tyś to jest katolik. My tu cud mieliśmy w Sokółce, to coś znaczy.

- Jak cud? – dopytuję.

Mężczyźni spoglądają na mnie z niedowierzaniem. Jak mogę tego nie wiedzieć? Jeden z nich zaczyna wyjaśniać. Dowiaduję się, że w kościele pod wezwaniem św. Antoniego, podczas mszy odprawianej 12 października 2008 roku młody wikariusz przypadkowo upuścił konsekrowaną hostię na ziemię. Po kilku dniach miała się na niej pojawić krew. Sprawę zbadała kuria.

– Cud w Sokółce - mówią zadowoleni. I dodają, że ludzie z całej Polski się tu przez to zjeżdżają na pielgrzymki.

- Był cud, będzie wojna? – dopytuję.

Pan Janusz zaczyna wyjaśniać, że jeśli zostaną wpuszczeni migranci, to "zaleją Polskę i będzie wojna o wiarę, bo tutaj jest katolicki kraj". Przypomina sobie zaraz jednak, że przecież sam zna chyba jakichś muzułmanów, bo przez Sokółkę przebiega Szlak Tatarski, jest tam Muzułmańska Gmina Wyznaniowa, a w pobliskich Bohonikach i Kruszynianach meczety i mizary [cmentarze - red.]. Mężczyźni dochodzą w końcu do porozumienia, że tych ludzi z granicy to trzeba by zabrać, zaopatrzyć przed zimą i pozwolić jechać do Niemiec, bo i tak w Polsce nie zostaną.

- I jeszcze pani powiem, że tych dziewięciu zmarłych migrantów, co po lasach znaleźli, to mają chować właśnie na tym cmentarzu w Bohonikach. W gazecie pisali – kwituje pan Janusz.

Kryzys na granicy polsko-białoruskiej. "Muzułmanie obcy, nie nasi"

Jadę w stronę Bohonik. Przejeżdżam przez Drahle, gdzie działa ogromna żwirownia. Pracują w niej okoliczni mieszkańcy. Krajobraz jest księżycowy. W Bohonikach jest zaledwie kilka domów, dom pielgrzyma i mały drewniany meczet, który można zwiedzać. Na zakręcie przed furtką jednego z domów starsza kobieta przynosi psu miskę z jedzeniem. Pokazuje mi drogę do mizaru.

– W lasku taki cmentarzyk jest. Bardzo ładny i zadbany. Muzułmański – mówi. Gdy pytam o kryzys na granicy, marszczy brwi.

– W poniedziałek w wiadomościach na TV Trwam pokazywali jak mężczyźni chuchają dzieciom dymem z papierosa w twarz, żeby na zapłakane wyglądały i żeby ich wszystkich wpuścili. Ja bym wolała, żeby wrócili do swoich domów – mówi.

Mówię, że to też muzułmanie.

– Ale obcy, nie nasi. No i sami młodzi mężczyźni – kwituje.

Uchodźcy na granicy z Białorusią. Zmarłych pochowają w Kruszynianach

Kryzys na granicy polsko-białoruskiej. Bohoniki, gdzie mają zostać pochowani zmarli uchodźcyKryzys na granicy polsko-białoruskiej. Bohoniki, gdzie mają zostać pochowani zmarli uchodźcy Fot. Michalina Bednarek

Kryzys na granicy polsko-białoruskiej. Bohoniki, gdzie mają zostać pochowani zmarli uchodźcyKryzys na granicy polsko-białoruskiej. Bohoniki, gdzie mają zostać pochowani zmarli uchodźcy Fot. Michalina Bednarek

Mizary w Bohonikach i Kruszynianach są bardzo podobne. W laskach, na wzgórzach, pośród drzew. Tablice wieńczy półksiężyc z gwiazdą. Niektóre są bardzo stare, inne zaledwie 20-letnie.

Maciej Szczęsnowicz, przewodniczący Zarządu Muzułmańskiej Gminy Wyznaniowej Bohoniki mówi, że faktycznie zaoferował swoją pomoc przy zorganizowaniu pochówku dla uchodźców, którzy zginęli w lasach na granicy. Według oficjalnych statystyk to dziewięć osób.

- Czekamy już tylko na zgodę prokuratora, ale najpewniej miejscem pochówku będzie mizar w Kruszynianach. To byli przecież muzułmanie. Więc co zrobić z ich ciałami? Do Iraku, bo to prawdopodobnie Irakijczycy, ciał się nie wyda, więc kto ich przyjmie? Przecież to ludzie tacy sami jak my. Nie wyrzucimy ich ciał byle gdzie. Pochowamy ich tak, jak należy - mówi Maciej Szczęsnowicz.

I dodaje, że strach mieszkańców Sokółki, że wybuchnie wojna wcale nie jest przesadzony.

– Ludzie się naprawdę boją, że może być konflikt na granicy. We wtorek już było spokojniej, ale w poniedziałek było czuć napięcie. Latały śmigłowce, wszędzie można było spotkać wojsko i policję. Nawet w Sokółce byłem świadkiem, jak kobiety w sklepie wręcz płakały, że dojdzie do wojny – mówi.

Uchodźcy koczują na granicy. Szpital gotowy, ludzie zbierają dary

Starosta sokólski Piotr Rećko już w poniedziałek dla RMF FM mówił, że tamtejszy szpital jest gotowy, żeby przyjmować potrzebujących, a dary dla ludzi na granicy są ciągle zbierane.

Władze powiatu chcą być gotowe również na to, że tłum przedrze się przez polsko-białoruską granicę. Dlatego po rozmowach z wojewodą podjęto decyzję o organizacji miejsc dla uchodźców, jeśli ci znajdą się na terytorium Polski.

Czytaj też: Komorowski: Wszystkie działania na granicy są spóźnione. Bo kryzys sprzyjał politycznie rządowi

***

Ze względu na brak merytorycznej dyskusji i komentarze prowadzące jedynie do hejtu, redakcja Gazety Wyborczej zadecydowała o wyłączeniu komentarzy pod tekstami informującymi o kryzysie na granicy.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.