Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Codziennie w podlaskich lasach i polach kukurydzy kryją się zziębnięci, głodni i przerażeni ludzie. Jedni miejscowi ich zgłaszają straży granicznej, inni – karmią i dają ciepłe ubrania.

Wielkie serce Anatola

– To jest katastrofa, tragedia, łzy się kręcą w oczach – zaalarmował nas pan Anatol. W pobliżu jego weekendowego domu w Bachurach w gminie Michałowo - już poza strefą stanu wyjątkowego - wiedzie szlak migrantów z granicy. Bagnami i mokradłami przeprawiają się ludzie, z nadzieją na dotarcie do lepszego świata. Najczęściej są wyłapywani przez patrole i wywożeni z powrotem na Białoruś, za druty.

Pan Anatol nie może się z tym pogodzić: - Gdyby na miejscu był Frontex, służby nie mogłyby robić tego, co chcą. W niedzielę tu w lesie było ponad 30 osób, z dzieciaczkami małymi. Wszystkich zapakowali do ciężarówki, wywieźli na Białoruś. Czemu my tacy jesteśmy? Co się dzieje na tym świecie? To tak boli!

Anatol nie wygląda na człowieka, który łatwo się wzrusza. Jeździ ogromnym terenowym autem i powiada: – Sam jestem duży, samochód mam duży, dużą żonę i dzieci.

W sobotę (16.10) dowiadujemy się też, że ma ogromne serce. W zagajniku przy drodze wypatrzył kilkunastoosobową grupę. Rzucił się do domu po wodę i jedzenie. Synową wysłał po rosół i drugie dania w pudełkach, torbę skarpet, środki higieniczne.

– Nie bójcie się, wszystko będzie dobrze – głaskał po głowach kurdyjskie dzieci.

Sindżar. Jeden dzień zmienił wszystko

W grupie przerażonych ludzi pod wsią Bachury, ukrywającej się w zagajniku, była czwórka dzieci: najmłodsza dziewczynka 10-letnia, 13-latka i 13-letni chłopiec, a także 15-latka. Poza nimi młodzi mężczyźni – bracia, kuzyni, sąsiedzi. Gdy do nich podchodzimy, w ich oczach widzimy mieszaninę lęku i nadziei. Dwaj dorośli mężczyźni otwarcie płaczą.

W grupie jest w sumie 13 osób. Wszyscy z Sindżaru w irackim Kurdystanie. Wszyscy to Jezydzi.

Husain ma 24 lata, jako jedyny mówi po angielsku. Opowiada swoją historię, a inni dodają swoje, wyliczają zabitych i porwanych przez DAESH, czyli tzw. państwo islamskie, członków rodzin. Rozmawiają w dialekcie kurmandżi.

– Cierpimy prześladowania przez religię, którą wyznajemy – nie mają wątpliwości.

– 3 sierpnia 2014 roku zmieniło się całe moje życie – mówi Husain. Miał wtedy tylko 17 lat.

Tego dnia dżihadyści z proklamowanego właśnie państwa islamskiego wtargnęli do Sindżaru, dopuszczając się masakry ludności: Kurdów, Jezydów, chrześcijan. Tysiące ludzi zginęło, mordowanych z okrucieństwem: palonych lub zakopywanych żywcem. Tysiące uprowadzono. Kobiety gwałcono i sprzedawano jako niewolnice. To było ludobójstwo.

Irak: po sześciu latach od masakry ISIS jezydzi pochowali swoich bliskich

Ocalonych wygnano, przez ostatnie lata żyli w obozie dla wewnętrznie przesiedlonych, bojąc się wracać do zrujnowanych miast i wsi, wciąż mierząc się z traumą po rzezi. Poza kompletnie zniszczoną infrastrukturą, problemem w prowincji, która niegdyś była domem dla Jezydów, jest brak bezpieczeństwa i możliwości pracy.

A w obozie? Wieloosobowe namioty, brak pracy, wegetacja.

– DAESH porwało mojego tatę i najstarszego brata. Wkrótce mamie i rodzeństwu udało się wyjechać do Francji, dostali tam azyl – opowiada Husain. – Ja zostałem jako jedyny. Szukałem taty i brata, bardzo ich kocham.

Przez siedem lat był w Iraku sam. Skończył administrację na Uniwersytecie w Zachu, ale college’u nie wspomina najlepiej: – Wiesz, my z obozu byliśmy tak traktowani jako gorsi, inni.

Fot. Agnieszka Sadowska / Agencja Wyborcza.pl

Po siedmiu latach mama Husaina zdecydowała: już dość, oni się nie odnajdą, przyjedź do nas.

Chłopak skorzystał z oferty z zaproszeniem na Białoruś i domniemaną bezpieczną opcją przekroczenia unijnej granicy. Nie miał pojęcia, że grozi mu niebezpieczeństwo: – Przecież to Europa! – był przekonany, że prawa człowieka są tu respektowane.

Próbuję jakoś rozładować ciężką atmosferę, półżartem pytając, jaka będzie pierwsza rzecz, jaką zrobi, gdy dotrze do Paryża: wypije wino pod wieżą Eiffla czy kupi najbardziej śmierdzący ser? Chłopak zerka na mnie jak na kosmitkę:

– Nauczę się języka i znajdę pracę. Może zostanę stewardem – pozwala sobie na głośne wypowiedzenie marzenia.

11 dób w lesie, marsz nocami

Kiedy ich spotkaliśmy w sobotę (16.10), w lasach byli już 11 dni i nocy. Cztery razy poddani procedurze push-back, czyli zawracania na Białoruś. Udawało im się dojść już daleko w głąb Polski, ale za każdym razem wyłapywał ich patrol. Mówią, że zabrano im jedzenie i papierosy. Białoruscy pogranicznicy wpychają ich do Polski, polskie służby wywożą na granicę. Są w potrzasku.

Przemieszczają się więc nocami, po ciemku, nie paląc latarek. Każdy wieczór wygląda tak samo: zakładają na siebie najcieplejsze ubrania, układają się rodzinami, owijają śpiworami, starszy brat przytula 10-latkę. Dziewczynka chlipie bardzo cicho, żeby nie zdradzić kryjówki. Nie palą ognisk. Śpią maksymalnie cztery godziny i w drogę. Nieważne, chłód czy deszcz. Buty im się rozpadają, stopy są odparzone, bo kiedy buty przemokną, wkładają folię do skarpetek.

Aktywistki z Fundacji Ocalenie, które w sobotę dojechały do Jezydów pod Bachurami, opatrzyły im rany na nogach. Paskudne: duże pęcherze, podbiegnięte krwią. Gdy dostali butelki mineralnej od pana Anatola, wylali ze swoich butelek brudną wodę z kanału melioracyjnego, którą mieli na zapas. Kaszlą i kichają, ale mówią, że czują się dobrze i – nie mogę w to uwierzyć – wydaje się, jakby byli zażenowani, że robią komuś kłopot.

Fot. Agnieszka Sadowska / Agencja Wyborcza.pl

– Na pewno nie będziecie mieć przez nas żadnych problemów? – parę razy dopytuje Husain.

– Jak możemy im pomóc? – pyta z kolei pan Anatol.

Nie potrafię mu na to pytanie odpowiedzieć.

Jezydzi poszli dalej, nie wiemy, gdzie teraz są.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.