Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Prawdopodobnie znajdują się teraz w okolicy wsi Jałówka, nie ma z nimi kontaktu telefonicznego. Nie można też do nich dotrzeć, bo Jałówka leży już w strefie objętej stanem wyjątkowym i osoby postronne, takie jak dziennikarze, pracownicy organizacji pozarządowych, aktywiści praw człowieka nie mogą tej granicy przekraczać.

Uchodźcy. Szli wiele godzin, jeden był w klapkach

Napisaliśmy dziś, że dziewięcioro wyczerpanych obywateli Konga i jednego Kameruńczyka aktywiści odnaleźli w poniedziałek (6 września) nieopodal niedostępnej strefy w Podlaskiem, objętej stanem wyjątkowym. Zmarznięci i krańcowo zmęczeni, szli przez wiele godzin. Dla jednej z kobiet ratunek nadszedł w ostatniej chwili - karetka zabrała ją do szpitala. W poszukiwaniach i akcji pomocy brali udział: Aleksandra Chrzanowska ze Stowarzyszenia Interwencji Prawnej, Anna Dąbrowska i Piotr Skrzypczak z Homo Faber oraz Jakub Bieniasz z Salam Lab.

Po kilku godzinach odnaleźli ich pomiędzy wsiami Nowosady i Szymki. Cudzoziemcy przeszli polsko-białoruską granicę, przeszli strefę objętą stanem wyjątkowym, której postronne osoby przekraczać nie mogą, i dotarli głęboko na polskie terytorium.

Nieludzki ping-pong na granicy. Uchodźcy wielokrotnie wyrzucani na Białoruś

Grupka ukryła się lesie, na skraju wsi. Były w niej cztery kobiety i sześciu mężczyzn. W sumie dziewięcioro osób z Demokratycznej Republiki Konga, w której trwa jeden z największych na świecie kryzysów humanitarnych, i jeden Kameruńczyk. Szli w lekkich sportowych butach, jedna osoba w klapkach. Byli bardzo zmarznięci i głodni, kilka osób skarżyło się na bóle mięśni, kości, kręgosłupa.

- Od razu powiedzieli mi, że chcą ubiegać się o azyl. Po prostu nie mogą wrócić. Kobiety opowiadały o nękaniu, przemocy, torturach - mówiła Aleksandra Chrzanowska z SIP.

Dodawali, że białoruscy pogranicznicy pokazali im drogę na granicę. Byli mili, ale zapowiedzieli: „Nie możecie wrócić na Białoruś".

Aktywiści mieli przy sobie termiczne folie ratunkowe, wodę, owoce i czekoladę. Gdy tylko cudzoziemcy nieco się ogrzali i posilili, podpisali pełnomocnictwa do reprezentowania.

Uchodźcy. Dziewięcioro wyczerpanych obywateli Konga i jednego Kameruńczyka odnaleźli aktywiści nieopodal niedostępnej strefy w Podlaskiem, objętej stanem wyjątkowymUchodźcy. Dziewięcioro wyczerpanych obywateli Konga i jednego Kameruńczyka odnaleźli aktywiści nieopodal niedostępnej strefy w Podlaskiem, objętej stanem wyjątkowym Fot. Agnieszka Sadowska / Agencja Wyborcza.pl

Uchodźcy. Nielegalna wywózka w świetle jupiterów

Wtedy wyszli na szosę i wezwali Straż Graniczną. W oczekiwaniu na patrol, jedna z uchodźczyń zaczęła słabnąć, lać się przez ręce, wymiotować. Wezwano karetkę, która zabrała ją do szpitala. Ratownik medyczny uspokajał, że nie ma zagrożenia życia, jej stan jest stabilny.

Po resztę przyjechał wojskowy wóz z paką. Mundurowi rzucili, że zabierają ich do placówki SG w Michałowie. Odjechali w stronę granicy - w kierunku wsi Nowosady, które już leżą w strefie objętej stanem wyjątkowym. Aktywiści nie mogli za nimi pojechać, dotarli więc do strażnicy w Michałowie i długo czekali pod bramą na wóz z cudzoziemcami. Na próżno.

- Mamy dowody na to, że oni tu byli i poprosili o azyl. Chciałabym wierzyć, że tym razem interwencja straży granicznej nie zakończy się push-backiem, tak jak w wielu przypadkach, które mamy dobrze udokumentowane - jeszcze w nocy z poniedziałku na wtorek miała nadzieję Chrzanowska.

Taka obawa była od początku, ale nikomu z pracowników organizacji humanitarnych nie mieściło się w głowie, że strażnicy mogą tak jawnie zakpić z prawa i wypchnąć na granicę cudzoziemców (bez dania szansy na procedurę azylową), których historia i fakt ubiegania się o ochronę międzynarodową są tak dobrze udokumentowane i znane opinii publicznej.

Niestety, wszystko wskazuje na kolejny push-back. We wtorek (7 września) od rana reprezentujący cudzoziemców prawnik usiłuje się do nich dobić, ale dostał tylko zdawkową informację, że jego klienci są w placówce SG w Bobrownikach.

Zdjęcie ilustracyjneZdjęcie ilustracyjne Fot. Agnieszka Sadowska / Agencja Wyborcza.pl

Po południu jednej z osób z Konga udało się dodzwonić do aktywistów. Poinformowała, że noc rzeczywiście spędzili w placówce, że nie było tłumacza języka francuskiego, więc nie bardzo wiedzą, o co ich pytano i co podpisali (po polsku). Większości z nich wyjęto z telefonów karty SIM. Dziś około godz. 11 dołączyła do nich wypisana ze szpitala kobieta i wszyscy razem około godz. 15 zostali wywiezieni pod granicę i zostawieni w lesie. Nie wiedzą, gdzie są i co mają robić.

- Zrobimy wszystko, żeby odpowiedzialni za tę i za setki podobnych nielegalnych wywózek odpowiedzieli ze łamanie prawa, stosowanie tortur i narażanie ludzi na śmierć! - deklarują aktywiści.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.