Łukaszenka pozbawił nas przede wszystkim godności. Wmawiał, że Białoruś jest takim malutkim, spokojniutkim krajem, że nic nam do szczęścia nie potrzeba poza "czarką i szkwarką" [czarką i skwarką - red.], że do niczego się nie nadajemy poza pracą na traktorze w polu - opowiada liderka akcji solidarności z Białorusią w Białymstoku, pochodząca z Mińska Marina Leszczewska.
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Na kilka dni przed tym, jak 20 sierpnia prawie dwa tysiące pracujących się i uczących w Białymstoku Białorusinów i Białorusinek oraz wspierających ich białostoczan i białostoczanek w akcie solidarności z Białorusią przemaszerowało z biało-czerwono-białymi flagami ulicami centrum podlaskiej stolicy, Marina Leszczewska otrzymała na Facebooku wiadomość: – Ty suko, chcesz żyć. Ja cię w Białymstoku znajdę.

Autorem wiadomości był jej rodak.

Bez wahania użyłabym prawego bocznego

Fot. Agnieszka Sadowska / Agencja Wyborcza.pl

– Jak to przeczytałam, najpierw byłam zdziwiona. Zaraz potem zrobiło mi się bardzo nieprzyjemnie, ale nawet przez moment się nie bałam. Bardziej zareagowałam na to obraźliwe słowo „suka” niż na groźbę - przyznaje adresatka wiadomości, kiedy spotykam się z nią przed Ratuszem kilka dni później. – Zawsze gotowa jestem dać fizyczny odpór, oczywiście nie wtedy, jak ktoś do mnie zacznie strzelać. Jakoś tak jest, że umiem się zebrać w sobie w każdej niebezpiecznej sytuacji.

Być może tej pewności dodaje jej to, że przez kilka lat w Mińsku zajmowała się amatorsko boksem – klasycznym i muay thai.

– Gdyby mnie fizycznie ktoś zaatakował, bez wahania użyłabym prawego bocznego – dorzuca.

Po chwili pyta, czy mogę ją poczęstować papierosem.

– Ale mam bardzo mocne – zastrzegam.

– Nic strasznego. Ja też jestem bardzo mocną kobietą – śmieje się szeroko, odgarnia do tyłu długie włosy i papierosa sama sobie podpala.

Dla 36-letniej Mariny, psycholożki i psychoterapeutki urodzonej i wychowanej w Mińsku, która białostocki marsz solidarności z Białorusią współorganizowała, był on swoistym zwieńczeniem pierwszego etapu protestów, jakie niemal dzień w dzień odbywają się pod konsulatem białoruskim w Białymstoku. Po jej facebookowym wpisie – zaproszeniu już pierwsza taka manifestacja tutaj zgromadziła 26 czerwca tłum mieszkających w Białymstoku i okolicach Białorusinów i Białorusinek. Tych z Mińska, Grodna, Nowopołocka, Brześcia, Wołkowyska.... Wtedy okazało się, że w podlaskiej stolicy i okolicach mieszkać ich może nawet 5-7 tysięcy. Z czasem dołączali białostoczanie i białostoczanki, w tym reprezentanci i reprezentantki mniejszości białoruskiej Białegostoku.

Fot. Agnieszka Sadowska / Agencja Wyborcza.pl

Najpierw protestowano przeciw zatrzymaniom i aresztowaniom opozycyjnych działaczy na Białorusi przed wyborami prezydenckimi 9 sierpnia, jakie rozpoczęły się od chwili zbierania podpisów poparcia dla kandydatów na prezydenta, którzy zdecydowali się konkurować z Aleksandrem Łukaszenką.

Także Marina skandowała po białorusku: „Niech żyje Białoruś!”, „Wolności!”, „Wierzymy, możemy, zwyciężymy!”. Przemawiała drżącym głosem: – Jak myślę o tych ludziach, którzy siedzą w więzieniach, bardzo boli mnie serce. Naród białoruski został znowu pozbawiony przez reżim Łukaszenki możliwości przeprowadzenia wolnych wyborów. Jesteśmy w ogóle przez ten reżim pozbawieni wolności. Taki system trwa już od 26 lat i mamy go dość. Widać teraz na ulicach Białorusi, że chyba nasz naród wreszcie się budzi i może teraz nareszcie nastąpi koniec reżimu.

Na jednym z protestów po sfałszowanych wyborach, wstrząśnięta informacją z Białorusi o pałowaniu po genitaliach młodego mężczyzny przez funkcjonariuszkę OMON-u, zwracała się do manifestujących stanowczo: – To już nie faszyzm, to coś zdecydowanie gorszego. To jest poza granicami mojego pojęcia.

Rodzice żyli paralelną rzeczywistością

Marina czasów ZSRR więc nie pamięta. Kiedy Stanisław Szuszkiewicz podpisywał w grudniu 1991 r. porozumienie białowieskie o utworzeniu Wspólnoty Niepodległych Państw – po ogłoszeniu przez Białoruś 27 lipca 1990 roku niepodległości – miała siedem lat. Do podstawówki chodziła też, kiedy Aleksander Łukaszenka doszedł do władzy, a niemal zaraz potem zmienił konstytucję, rozwiązał Radę Najwyższą i rozpisał referendum, w ramach którego pozbyto się symboli historycznie kojarzących się z niezależnością Białorusi: herbu – Pogoni oraz biało-czerwono-białej flagi, jaką zastąpiła czerwono-zielona.

– Do pionierów już nikt z mojego rocznika nie należał. To, co pamiętam z pierwszych lat 90., to tylko, że moja mama ciężko pracowała, trudno było dostać coś do jedzenia. Zwolniono ją z dużej fabryki, gdzie była inżynierem. Żeby dorobić, jeździła na handel do Polski czy na Litwę. Sprzedawała śmietanę i cokolwiek, na czym można było zdobyć trochę pieniędzy. W 1994 r. trochę się nam poprawiło. Mama znalazła pracę w Biełsajuzdruku, takiej sieci kiosków. Za pieniądze, jakie tam zarabiała, nawet spokojnie dało się jej utrzymać całą naszą rodzinę, czyli też mnie i babcię. Z moim ojcem mama rozwiodła się, kiedy miałam rok.

Po przodkach ze strony mamy Marina ma korzenie ukraińskie, a ze strony ojca - polskie. Czuje się jednak przede wszystkim Białorusinką. Wspomina: - Polityką raczej moi rodzice się nigdy nie interesowali, ale moja mama nigdy nie oddała głosu na Łukaszenkę. Jak większość na Białorusi i moi rodzice dotąd żyli swoją paralelną rzeczywistością: byli krytyczni, ale nie wkręcali się w jakieś działania, bo wiadomo było, że każdy nawet najmniejszy głos sprzeciwu jakkolwiek wyrażany publicznie, był karany i nikt takiego głosu nie wesprze.

Łachi pad pachi i puścicca u świet

Marina zamieszkała z mężem oraz 8-letnią córką i 5-letnim synem w Białymstoku blisko pięć lat temu. Córka Ewa chodzi tu do jednej z podstawówek i do szkoły muzycznej, gra na flecie. Jeszcze trochę Białoruś pamięta. Syn Konstanty (jak Kalinowski, komisarz Rządu Narodowego na województwo grodzieńskie w powstaniu styczniowym) – w ogóle.

– I Ewa, i Kostek rozumieją wszystko po białorusku. Właśnie planuję, aby posłać ich na naukę białoruskiego – mówi Marina.

Mąż Mariny – Dźima jest z zawodu jest inżynierem od kolejnictwa i elektryki. Teraz prowadzi wraz z nią działalność gospodarczą (handel, budownictwo).

– Poznaliśmy się z Dźimą, kiedy pracowaliśmy w jednym z mińskich koncernów. Nie byliśmy przymuszeni politycznie do wyjazdu z Białorusi. Decyzję o wyjeździe podjęliśmy niemal z minuty na minutę, na miesiąc przed urodzeniem Kostka. Tak według powiedzonka: „łachi pad pachi i puścicca u świet szukać sabie lepszaj doli”[łachy pod pachy i rzucić się w świat, żeby lepszej doli poszukać – red.]. W trzy dni sprzedaliśmy mieszkanie, spakowaliśmy walizki. Ze względu na polskie pochodzenie Dźimy i częściowo moje, dość szybko dostaliśmy polskie obywatelstwo. Początkowo mieszkaliśmy w Kuźnicy Białostockiej. Dźima miał tam biuro. Wójt szybko załatwił Ewie przedszkole.

Marina z mężem i wtedy jeszcze tylko z córką przyjechali do Polski tuż przed wyborami prezydenckimi na Białorusi w 2015 roku – też uznanymi przez opinię międzynarodową za sfałszowane:

– Przed tamtymi wyborami, mimo że startowali opozycyjni kandydaci Tacciana Kartkiewicz czy Anatol Labiedźka, wszyscy wiedzieli, że nic z tego nie będzie, znów wygra Łukaszenka i masowo się temu nie sprzeciwiano. A i opozycja nie miała wyraźnych liderów. Tak, jak to było zresztą podczas prezydenckich wyborów i w 2010 r. Ludzie wciąż się bali, nie było w nich tyle odwagi jak teraz. Do tego w 2010 r. ludzie jeszcze całkiem nieźle zarabiali. Naród też jeszcze nie był po prostu w 2010 r., ani w 2015 r. gotowy, aby dać odpór latom ucisku reżimu Łukaszenki.

Już nie da się zamydlać oczu

Marina opowiada, co rusz spoglądając na przyczepioną do jej bluzki biało-czerwono-białą broszkę w kształcie serca: - Dopiero teraz do ludzi zaczęło docierać, co to jest konstytucja, co znaczy przestrzeganie międzynarodowych konwencji, co to łamanie praw człowieka. Ogromny wpływ na to miał bloger Siarhiej Cichanouski, był takim „czołgiem”, który podjechał do tej „ściany”.

Wybory prezydenckie na Białorusi. W Białymstoku miażdżąco wygrywa Swiatłana Cichanouska

Władze przegapiły ten moment. A jak się zorientowały, to go oczywiście aresztowały, ale było już za późno. Teraz wiele czynników się zbiegło. Także to, że 20-30-latkowie, w ostatnich latach wyjeżdżają masowo poza Białoruś i widzą w innych europejskich krajach, jak można żyć inaczej. Duży wpływ miała pandemia koronawirusa i cyniczne wmawianie przez Łukaszenkę, że to nic, a ludzie umierają. No i odczuwana już niemal przez każdego we własnej kieszeni pogarszająca się sytuacja ekonomiczna. Już nie da się zamydlać oczu większości narodu takimi sposobami jak jeszcze teraz, kiedy próbują na manifestacje rzekomego wsparcia dla Łukaszenki ściągać do Mińska ludzi ze wsi i miasteczek za parę rubli, zakwaterowanie z wyżywieniem i wycieczkę po mieście.

Porwały szczerością

Na Rynku Kościuszki, skąd 20 czerwca wyruszył marsz solidarności z Białorusią, Marina przekonywała: – Naród Białorusi potrzebuje wsparcia i solidarności. Jesteśmy tu, żeby wyrazić swoją solidarność. Chcemy pokazać, że Białorusini nie są sami w tej walce za wolność.

Po kilku dniach od marszu nadal jest pewna: – Łukaszenka przez te 26 lat rozbił jedność białoruskiego narodu. Nie zrobił nic, by go zjednoczyć. Pozbawił nas wolności słowa, demokratycznych wyborów, poczucia, że ludzie mogą mieć na cokolwiek wpływ, a przede wszystkim godności. Wmawiał, że Białoruś jest takim malutkim, spokojniutkim krajem, że to taki – jak go nazywa – skraweczek Ziemi, że Białorusinom nic do szczęścia nie potrzeba poza „czarką i szkwarką” [czarką i skwarką – red.], że do niczego się nie nadają poza pracą na traktorze w polu. Do tego tym, którym zaczynało się powodzić, zamykano biznesy, karano. Wciskano, że wszyscy, którym finansowo zaczyna się powodzić, to na pewno są złodzieje, że bogatym być jest nieprzyzwoicie, a przyzwoity to tylko ten biedny. Dopiero teraz, po tych protestach Białorusini zaczęli czuć się Białorusinami, kiedy zobaczyli, jak dużo jest tych, którzy tak samo myślą: odważnych, uśmiechniętych i inteligentnych.

Fot. Agnieszka Sadowska / Agencja Wyborcza.pl

W Marinie odzywa się wyraźnie psycholożka: – Te dziewczyny z Cichanouską na czele porwały szczerością. Tym, że są zwykłymi kobietami, które smażą kotlety, stają w obronie swoich mężów w imię miłości do nich. Łukaszenka stawia się nad wszystkimi, a one są ze wszystkimi na równi.

Dorzuca: – Cichanouska to najlepsza kandydatka na technicznego prezydenta w okresie przejściowym. Wierzę, że przeprowadzi prawdziwie demokratyczne wybory. Sama nie chce być prezydentem i jako kobieta ją rozumiem. Są liderzy, którzy mogliby pokierować Białorusią, ale na razie siedzą w więzieniach albo zrobiono wszystko, aby nie dać im możliwości pokazania się. Są dwa możliwe wyjścia: albo Łukaszenka siada do rozmów na temat oddania władzy i nowych wyborów, albo ktoś z jego generałów go aresztuje. Jest jeszcze najgorszy wariant – wojny domowej, którą Łukaszenka sprowokuje.

Łukaszenka to typ śliskiego faceta

– Dlaczego ta teraz tocząca się na Białorusi „wojna” ma twarz kobiety? – pytam Marinę, parafrazując tytuł jednej z książek noblistki Swiatłany Aleksijewicz, dziś członkini prezydium Rady Koordynacyjnej do spraw przekazania władzy na Białorusi.

– To globalne zjawisko, że kobiety zaczynają dominować w wielu sferach życia publicznego. Łukaszenka zawsze ignorował kobiety. Myślał, że jego wrogami są tylko faceci i ich się pozbywał, a kobiety – jak to mówił – mają tylko gotować barszcz... – odpowiada Marina.

I nieco odchodzi od tematu:

– Sam Łukaszenka to typ śliskiego faceta. Zresztą ja w ogóle nie lubię mężczyzn z wąsami.

I ja zmieniam temat: – Czego oczekują od Polaków Białorusini i Białorusinki protestujący pod konsulatem w Białymstoku poza deklaracjami wsparcia?

Marina wylicza: – Białorusini w Polsce nie mają przede wszystkim informacji, co mają zrobić, kiedy chcą pozostać w Polsce. Takiej krok po kroku. Nie mają tu też m.in. opieki psychologicznej, która teraz wielu jest potrzebna. Dwukrotnie po wyborach prezydenckich na Białorusi chciałam, aby Białorusini mieszkający w Białymstoku i regionie mogli spotkać się z wojewodą i porozmawiać o tym, jak on jako przedstawiciel polskiego rządu w terenie może nam pomóc. Bezskutecznie. Sami możemy pomagać sobie nawzajem, ale chcielibyśmy wiedzieć, jak w zgodzie z polskim prawem jest to możliwe.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej
Komentarze
Zaloguj się
Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem