Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Rozmowa z Karoliną Wicińską

Monika Żmijewska: Jest pani fryzjerką, wraz z koleżankami prowadzi pani salon fryzjersko-kosmetyczny Studio K. I to właśnie m.in. w takie nieduże firmy zajmujące się m.in. usługami pielęgnacyjnymi epidemia koronawirusa uderza szczególnie mocno. Jak szybko zamknęłyście salon?

Fot. Agnieszka Sadowska / Agencja Gazeta

Karolina Wicińska: Praktycznie od razu. Dalsza praca jednak narażałaby zbytnio i nas, i nasze rodziny, i klientów. Ale wiem, że gdybyśmy zakładu nie zamknęły, pewnie dalej miałybyśmy dużo zleceń. Panie chcą ładnie wyglądać, sporo chciałoby przyjść. Jednak pamiętam sytuację jeszcze przed 13 marca, czyli dniem, w którym ogłoszono nakaz zamknięcia różnych placówek. Jedna z klientek powiedziała w trakcie cięcia, że wczoraj miała gorączkę, ale już jej przeszło. Przyznam, że na chwilę stężałam. To tylko uświadomiło mi, że może być różnie. Jedni klienci do objawów mogą się w ogóle nie przyznać, inni mogą chorobę przechodzić bezobjawowo, a wirus może się rozprzestrzeniać. Dlatego postanowiłyśmy i same się nie narażać, i innych również, i zamknęłyśmy salon.

Koronawirus. Policja i straż miejska na ulicach ostrzegają przez megafon: Nie grupować się!

W sumie nie ma precyzyjnych jasnych wytycznych, jeśli chodzi o działalność salonów fryzjerskich - z czego korzystają niektórzy właściciele i otwierają zakłady dla pojedynczych klientów, czasami umawiają się też w domu.

– Tak, słyszałam o tym. O podcięcie włosów, nałożenie farby czy inne zabiegi proszą sami klienci. Są takie panie, które nie mogą żyć z odrostami. I niektórzy decydują się na zrobienie zabiegów, obawiając się, że potem klienci nie wrócą. Moim zdaniem nie powinni się o to martwić – najwierniejsi klienci wrócą. Ale trzeba myśleć odpowiedzialnie i starać się nawzajem o siebie dbać. Trudno, możemy być brzydsi przez jakiś czas, ale trzeba się pilnować, skoro sytuacja jest taka, jaka jest. Nie chcę oceniać nikogo, każdy jest w różnej sytuacji, może taka fryzjerka, która dalej przyjmuje klientów, jest samotną matką, może już jest na skraju bankructwa. To jest w ogóle szalenie trudny czas, koronawirus ogromnie uderza w naszą branżę, w małe przedsiębiorstwa, w ogóle we wszystkich. Ale też trzeba realnie oceniać zagrożenie i myśleć o konsekwencjach. Jeśli już rzeczywiście ktoś decyduje się na robienie takich zabiegów w najbliższym czasie, to mam chociaż nadzieję, że zachowuje wielką ostrożność, pracuje w maseczce, używa płynów dezynfekcyjnych, cokolwiek. Choć najlepiej jednak z przyjmowania klientów na jakiś czas zrezygnować. Dbajmy o siebie nawzajem.

Jak ta sytuacja wpływa na panią i pani koleżanki?

Fot. Agnieszka Sadowska / Agencja Gazeta

– Szczerze mówiąc, wszystkie trzy jesteśmy przerażone, ciągle myślimy, co dalej. Ja radzę sobie jakoś, jestem pogodną osobą, mam też wielkie wsparcie w rodzinie, troszkę lepiej emocjonalnie to przechodzę. Ale jest ciężko, niestety dochody w tym momencie mamy zerowe. Aktualnie staram się przetrwać jakoś z oszczędności. Jednak jak długo można sobie na to pozwolić? Włącza się myślenie: co dalej, jak to się przełoży na życie naszych rodzin, dzieci? Jest strach, na pewno. Cała ta sytuacja dla małych przedsiębiorców to jest egzamin z życia tak naprawdę, pokazuje, czy jesteśmy jakoś zabezpieczeni w razie trudnych czasów, czy nie. Trzeba się zawsze zabezpieczać. Jeżeli ktoś takiego zabezpieczenia nie ma, to dramat zaczął się już dwa–trzy dni po zamknięciu usług, bo przecież z czegoś trzeba żyć, płacić czynsz itp.

Jak jest w waszym przypadku, jeśli chodzi o czynsz?

– Mamy wielką nadzieję, że uda się nam przesunąć najbliższe opłaty. Bardzo chciałybyśmy, by każdy właściciel lokalu uwzględnił tę trudną sytuację u swoich najemców. Niektórzy niestety nie mieli szczęścia – mojej znajomej, która prowadzi gabinet zabiegów estetycznych, właściciel lokalu nie chciał anulować czynszu, a jeszcze postanowił go podwyższyć od czerwca. Znajoma jest naprawdę w dramatycznej sytuacji.

Koronawirus. Czynsze w białostockich lokalach ZMK odłożone o miesiąc

Rząd poprawił [stan na 25 marca] pakiet pomocowy dla pracowników i firm. O ile w przypadku niektórych opłaty składek na ZUS mogą być odroczone, w przypadku innych, mniejszych – anulowane. Co pani o tym myśli?

– Myślę, że odroczenie ZUS-u nic nie da, bo co można zrobić, jeśli przez kilka miesięcy ma się zerowe dochody, z czego go opłacić potem hurtem? To tylko przesuwanie katastrofy w czasie. A my i tak będziemy się zbierać od podstaw. Jedynie anulowanie składek za te najczarniejsze miesiące może trochę pomóc.

Jak wygląda teraz pani dzień?

– Kompletnie inaczej niż do tej pory. Mam dwójkę dzieci, synka w drugiej klasie i córkę w piątej klasie. Dzieci są zamknięte w domu, roznosi je energia, do tego doszło zdalne nauczanie. Powiem szczerze, że to nawet dobrze, bo póki go nie wprowadzono, to było istne szaleństwo – mój syn przez tydzień biegał w kółko. Dosłownie. A teraz dzieciaki muszą już zająć się nauką. Tyle że ja też przy okazji. I siedzę z nimi po sześć godzin na lekcjach. Muszę się zdyscyplinować. Wstajemy o siódmej–ósmej rano, mąż o ósmej wychodzi do pracy, a my siadamy do komputera i sprawdzamy, jakie lekcje nauczyciele przesłali uczniom w systemie Librus. A bywa tego sporo: są tematy, powtórki, na koniec test. Nauczyciele od różnych zajęć mają różne metody i pomysły, nawet pan od WF-u przysłał zalecenia, jakie ćwiczenia trzeba wykonać. Pomaga nam moja siostra, mózg matematyczny, także cały czas jesteśmy na łączach: Skype i Messenger nieustannie pracują. Dzieci po sprawdzeniu, co mają zrobić, przesiadają się już do książek i zeszytów. W różnych szkołach różnie to wszystko wygląda, wiem, że wielu rodziców jest zdenerwowanych, że przy wielu własnych obowiązkach muszą teraz i to ogarniać. Nauczyciele moich dzieci na szczęście robią, co mogą, by ułatwić nam ten czas, i starają się naprawdę pomagać. Tymczasem w innych szkołach, z tego, co słyszę, jest dużo gorzej.

Po tych sześciu godzinach lekcji trzeba zająć się jeszcze obowiązkami domowymi, a potem dzień zlatuje. Czasem uda mi się znaleźć trochę czasu dla siebie, staram się go wykorzystać jakoś twórczo. Dobrze, że teraz szkoleniowcy fryzjerstwa przenieśli niektóre szkolenia do internetu, w ramach cyklu „look & learn”. I część tego, czego normalnie uczyłabym się na szkoleniach, przynajmniej mogę zobaczyć w sieci. Staram się maksymalnie wykorzystać ten czas, skoro już jest, jak jest.

SOLIDARNI 2020. Prześlij trochę wsparcia

Pandemia koronawirusa zagraża przedsiębiorcom, których działalność polega na bezpośrednich kontaktach z klientami. Zamkniętych zostało ok. 90 proc. salonów fryzjerskich i kosmetycznych.

Obsługująca je platforma rezerwacyjna Booksy ruszyła z inicjatywą „Prześlij trochę wsparcia”. „Gazeta Wyborcza” i „Wysokie Obcasy” przyłączają się do niej z kampanią „Solidarni 2020”.

Tutaj prześlesz trochę wsparcia

Wejdź do aplikacji Booksy i wpłać 20, 50 lub 100 zł jako wsparcie dla wybranego fryzjera, kosmetyczki, barbera czy fizjoterapeuty. W podziękowaniu za okazaną pomoc otrzymasz kod na bezpłatną prenumeratę Wyborcza.pl i Wysokieobcasy.pl.

Bądźmy solidarni i razem przetrwajmy ten trudny czas.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.