Pandemia Stories PL. Historia 3. "Wyjątkowy czas. Zbiegł się z ospą u dwójki dzieci, zatem dodatkowy stres, bo u Majki i Miłosza odporność spadła". Historia. 4. "Po raz pierwszy, od prawie 30 lat, zaczynam "czuć czas". Już wiem, że nie chcę tyle czasu oddawać pracy...".
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Na Facebooku białostoccy socjologowie dr Katarzyna Sztop-Rutkowska i dr Maciej Białous zainicjowali akcję Pandemia Stories PL. Oboje są pracownikami Instytutu Socjologii Uniwersytetu w Białymstoku i prowadzą Fundację Laboratorium Badań i Działań Społecznych Soclab.

Bierzemy udział w wyjątkowym czasie

Katarzyna Sztop-Rutkowska i Maciej Białous tłumaczą:

– Bierzemy udział w wyjątkowym czasie. Kwarantanna społeczna, stan epidemii to duże przeżycie dla nas, naszych rodzin. Ważne jest, by udokumentować, co się z nami dzieje na skutek tego wyjątkowego wydarzenia, jakim jest epidemia. Jako socjologowie jesteśmy pewni, że warto zbierać na bieżąco wszelkie materiały opisujące życie codzienne w Polsce.

Inicjatorzy akcji proszą o przesłanie wszelkich materiałów: zdjęć, krótkich filmów, rysunków dzieci i dorosłych, memów, dzienników z kwarantanny, linków do ciekawych akcji społecznych. Najbardziej zależy in na odpowiedziach na pytania: jak wygląda teraz dzień? jak teraz pracuję? jak wyglądają moje kontakty z dalszą rodziną i znajomymi? jak wyglądają moje relacje z osobami, z którymi obecnie mieszkam? jak robię teraz zakupy? jak spędzam czas wolny? czym dla mnie jest czas pandemii?

W Podlaskiem pięć zdiagnozowanych przypadków zakażenia koronawirusem

Ci, którzy chcą zostać anonimowi, mają możliwość przesłania materiałów na mejla pandemiastories@gmail.com. Białostoccy socjologowie chcą wykorzystać relacje do celów naukowych. Co to znaczy?

– Być może w przyszłości napiszemy na tej podstawie i naszych doświadczeń artykuł lub książkę, ale na pewno materiały te pozwolą nam lepiej zrozumieć, jak na naszych oczach zmienia się świat wokół nas – mówi Sztop-Rutkowska.

Każdy, kto ma pytania dotyczące akcji, może pisać na adres k.sztop@uwb.edu.pl.

Od soboty (21 marca), kiedy akcja ruszyła, pojawiły się pierwsze relacje i jest ich coraz więcej. Oto niektóre z nich:

Historia 1. Spacer, wnuk i listy do akceptacji

– Moja sytuacja – mała agencja reklamowa. Przeniesienie pracy do domów to zaledwie jeden dzień bałaganu z przegraniem ważnych plików i bieżących prac na laptopy. I w zasadzie można działać. W zasadzie, bo w domu córka i dwoje wnucząt: dwuletni Pawełek i półtoramiesięczna Matylda. Rano odpalam pocztę: albo uda się przeczytać, albo nie. Bo jedno je, a drugie właśnie robi kupę. Dobrze że mieszkamy na wsi, na spacer do lasu kilka minut. Więc spacer, bo jest jeszcze pies i kot.

Potem, jak się uda położyć dzieci na drzemkę, to siadam do laptopa popracować chociaż dwie godziny, bo na szczęście zlecenia są. Co uda się zrobić, to wysyłam do klientów do akceptacji. Potem zabawy z wnukiem, wspólnie zrobiony obiad, kolejny spacer, znów zabawy i tłumaczenie wnukowi, dlaczego nie możemy jechać do sklepu, dlaczego żłobek nieczynny.... I tak do wieczora.

Więc jak jest już godz. 20 i dzieci pójdą spać, to kontynuacja pracy, znów wysłanie plików do klientów, akceptacja, przygotowanie do druku, wysłanie do druku. Jeszcze coś zrobię, ale już padam na twarz bo godz. 23 – 24.... I jak już zaakceptowali wszyscy, że siedzimy w domu, pracujemy zdalnie, zajmujemy się dziećmi w domu bez basenu, placów zabaw, wizyt innych dzieci, to słucham, że oderwany od rzeczywistości człowieczek nie widzi powodu, żeby przełożyć wybory. Ręce opadają. Chronimy siebie i bliskich, często kosztem funkcjonowania naszych firm nie po to, żeby obsesyjna chęć utrzymania władzy skończyła się narodową tragedią. To dopiero pierwszy tydzień. A co będzie dalej?

Historia 2. Uśmiecham się często do siebie

– Aktualnie czuję się trochę na urlopie, albo na zwolnieniu. Pracuję zdalnie, odpieram próby wmanewrowania mnie w służbowe telekonferencje poza normalnymi godzinami mojej pracy (miałam propozycję telco o 22giej – powiedziałam, że nie świadczę takich usług [emotikon: mrugnięcie okiem red.]. Oszacowałam, że jestem zabezpieczona na 2 miesiące – we wszelkiego rodzaju zasoby, oprócz kawy i papieru toaletowego [emotikon: mrugnięcie okiem – red.]. Potem już wielka niewiadoma, ale konstruuje plany B, C do F. Moje dziecko studiuje na Uniwersytecie Bolońskim. Szczęśliwym trafem znalazła się w lutym w Paryżu. Jest tam wciąż i póki co, tam zostanie. To była najtrudniejsza decyzja czasu epidemii.

Wolałabym mieć ją tu w domu, ale rozsądek nakazał nam obu uznać, że należy unikać lotnisk. Zatem w święta stukniemy się jajkiem w ekran monitora. Zachowuję spokój. Chociaż moje atawizmy próbują przejąć kontrolę. Jestem po operacji bariatrycznej i do czasu izolacji jadłam ok. 500 g żywności dziennie, jakieś 1000 kcal. W tym tygodniu zwiększyłam zdecydowanie ilość i jednego i drugiego. Rozum wie, że jestem względnie bezpieczna. Ale to gadzi mózg każe szykować się na wojnę i robić zapasy i obrastać w tłuszcz. Fajna obserwacja, bo pokazuje, jak bardzo emocje biorą nad nami górę.

Koronawirus. Najnowsze dane o zakażonych w Polsce. MAPY

Uśmiecham się często do siebie. Myślę, że funkcjonujemy w kulturze tak olbrzymiego nadmiaru, że w gruncie rzeczy nie zauważymy sytuacji ograniczenia, jeśli nie będzie trwała długo. Gdyby jednak potrwała (błagam wszechświecie – nie!), może to będzie lekcja i odwyk od konsumpcjonizmu. Taki reset. Wiem, jak to zabrzmi, ale w każdym stuleciu występuje jakiś restart. Może głupio i naiwnie, ale mimo wszystko cieszę się, że to wirus, nie regularna wojna.

Historia 3. A mnie ciągnie do akcji

Maciej Żywno, były wojewoda podlaski i były podlaski wicemarszałek:

- Wyjątkowy czas. Zbiegło się z ospą u dwójki dzieci, zatem dodatkowy stres, bo u Majki i Miłosza odporność spadła. Najstarszy syn, praktycznie pełnoletni, kwitnie w domu z ograniczeniem wychodzenia, ale wirtualny świat pozwala mu na stały kontakt praktycznie z kim chce. Żona, rozbita pomiędzy bezpieczeństwem własnej rodziny, a obowiązkami w pracy, w dodatku przeniesionymi w większości na kontakt on-line, co jest wyjątkowo trudne, a i w domu wymaga dyscypliny. A mnie... ciągnie do akcji.

Od dwóch tygodni, gdy w mojej firmie zgłosiłem się, czy przy kryzysie coś nie pomóc, to zostałem koordynatorem Zespołu Kryzysowego i z ogromną energią w oczach szykowałem procedury, instrukcje i zalecenia w 1,5 tys. firmie oraz trenujemy razem w boju zarządzanie paniką. Cudny kawałek roboty, aż tęskno do wojewodowania w tym zakresie. Niemniej generuje to napięcie w domu, bo jednak obawa przed przywleczeniem wirusa do dzieci jest spora. Zaczynamy więcej o tym rozmawiać, dopuszczać do siebie emocje z tym związane. I szykujemy się na długi czas...napięcia.

Historia 4. Zaczynam „czuć czas"

Początek trudny. Jakbym wypadła z głównego nurtu dziania się. Nigdzie nie muszę biec, nagle niepotrzebny kalendarz godzinowy. Córka w domu zasypana lekcjami przysyłanymi przez nauczycieli o różnych porach dnia i wieczora. Złość, że zapowiadana edukacja zdalna to fikcja. Wspólne szukanie rozwiązań, powrót do zdań podrzędnie złożonych okolicznikowych, prawa Archimedesa, rozprawek o rehabilitacji Jacka Soplicy... moje samodzielne do tej pory dziecko nie chce samo przedzierać się przez stosy nieskładnie przysyłanych zadań w nadmiarze. Dużo za to rozmawiamy, jeszcze więcej niż przed. Rozpiera Ją energia, nie ma treningów 4-5 razy w tygodniu, więc chodzimy na długie spacery, choć wkoło miasto i ludzie (jednak). Nawet dałam namówić się na bieganie. Może tym razem wytrwam.

Zaczynam porządkować rzeczy w domu. Do tej pory czułam, że otacza mnie za dużo rzeczy, z którymi nie potrafiłam się rozstać. Może tym razem – zaległe układanie, wyrzucanie, porządkowanie głowy, nie tylko szafy.... Zaczynam wracać do czytania. Przez lata nie byłam w stanie skupić się na tekście. Sprawdzałam, ile jeszcze minut do końca filmu... bo czas, czas... Po raz pierwszy, od prawie 30 lat, zaczynam „czuć czas". Już wiem, że nie chcę tyle czasu oddawać pracy, nie takiej.... Zaczynam słyszeć ptaki, nie tylko odgłosy miasta. Zaczynam słyszeć własne myśli. W sumie wiele pozytywów. Na szybkie zakupy chodzę raz w tygodniu, gotuję z tego co nam w lodówce. Dzięki temu mniej wydaję i zdecydowanie mniej wyrzucam jedzenia, co mnie bardzo bolało. Strach? Nie, raczej lęk. Boję się o rodziców, bo wiem, że czasami bywają nierozważni. Tęskno mi do nich, do wspólnych niedziel. Lęk przed przemijaniem, odchodzeniem. Mniej paniczny niż, gdy dowiadujesz się, że masz raka.

Zmartwienia? Ciągle są. Dystans do problemów i ludzi – jest. Większy.

Historia 5. Muszę wyjść, by się ruszać

Zazwyczaj wstaję trzy godziny przed rozpoczęciem zlecenia, więc najczęściej o szóstej. Wypuszczam psa i kota na podwórko. Przygotowuję dla nich jedzenie. Myję się, ubieram. Jem śniadanie. Zaglądam do skrzynki, bo pierwsze maile przychodzą przed ósmą i do kalendarza. Wszystko muszę sobie czasowo skoordynować. Dla mnie sezon zaczyna się w drugiej połowie marca, a kończy się przed nocą świętojańską. Te miesiące to moje zawodowe „być albo nie być". Dziś wstałem o dziesiątej i nie musiałem zaglądać do maili i kalendarza, bo najbliższe zlecenie i tak mam w lipcu. Postanowiłem skosić trawę na całej działce. Jesienią zrobiłem to tylko za dawną stodołą. Teraz wciąż jest tam krótka, sucha trawa. Irek (sąsiad) pomógł mi uruchomić kosiarkę. Nie chciał mi podać ręki, ale przywitał się po indyjsku: „namaste” – w środku pomorskiej wsi! Kosiłem kilka godzin.

Mam problem z rdestowcem ostrokończystym. To straszny chwast, który trudno wyplenić. Przywleczono go z Azji jeszcze w XIX wieku. Rósł na działce za stodołą. Nie wiedziałem co to jest, aż opanował dużą część działki. Rośnie bardzo szybko. Po kilku latach tworzy gąszcz roślin z dużymi liśćmi (połowa dłoni) i osiąga kilka metrów. Sąsiad Daniel od dwóch lat pryska go dla mnie środkiem chwastobójczym, ale walka z rdestowcem trwa zawsze kilka lat. W zeszłym roku cały zagon wyrwałem ręcznie i shałdowałem do spalenia, ale w dobie katastrofy klimatycznej wieje u nas porywisty wiatr niemal co drugi dzień. Nie sposób rozpalić niewielkie ognisko, a co dopiero dokonać pożogi hałdy rdestowca. Dziś postanowiłem zobaczyć, czy jego łodygi palą się w kominku. Przyniosłem niezłą garść łodyg i kłączy. Bałem się. Arcywróg w domu. Rdestowiec potrafi przecież przebić nawet beton – czy nie wypełźnie z kosza i nie opanuje kuchni, a potem całego domu aż po dach? Pali się bardzo dobrze. Trzaska tak, jakby ktoś strzelał z karabinu. Woń popiołu roślinna. Przyjemna.

Dziś pomyślałem sobie, że bardziej boję się rdestowca niż koronawirusa. Przestałem się martwić. Jeden z kontrahentów z Norwegii zażądał zwrotu ponad 30 tys. zł za anulowaną rezerwację, bo musi co miesiąc zapłacić ratę leasingu 480 tys. koron za swoje autobusy. Co zrobić? Nie myślę o tym. Może się jakoś ułoży. „Zostań w domu” mnie nie interesuje. Muszę wyjść, by się ruszać. Bez ruchu mam problem z gigantycznym poziomem cukru. Krótko po północy wyjeżdżam samochodem do Białogóry. Ktoś z gminy zapomniał, że jest tam nadmorska promenada rzęsiście oświetlona przez całą noc. Na miejscu wójta gasiłbym światła już po ósmej wieczorem. Codziennie „robię” 6 tysięcy kroków, a co drugi dzień bieg interwałowy.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej
Komentarze
Zaloguj się
Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem