Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Prezes Polskiego Towarzystwa Epidemiologów i Lekarzy Chorób Zakaźnych, kierownik Kliniki Chorób Zakaźnych i Hepatologii Uniwersytetu Medycznego w Białymstoku prof. Robert Flisiak był w sobotę (21 marca) uczestnikiem kolejnej konferencji prasowej przedstawicieli białostockiego urzędu miejskiego, transmitowanej na jego facebookowej stronie. Jak co dzień była poświęcona aktualnej sytuacji związanej z pandemią koronawirusa.

Koronawirus. Jesteśmy na krzywej wzrostowej

Jak zwykle w czasie tych konferencji pytania władzom Białegostoku oraz gościom mogli zadawać wszyscy obserwujący relację. W pierwszej kolejności prof. Flisiak odniósł się do pytania, czego możemy spodziewać się w związku z pandemią koronawirusa w ciągu najbliższych tygodni.

Przewidywał: – Patrząc na to, co dzieje się w innych krajach, możemy powiedzieć, że to [rozpowszechnianie się koronawirusa – red.] będzie wzrastało. Niepokojący jest niedostateczny dostęp do diagnostyki. Owszem jest w Polsce ponad 20 laboratoriów, które pracują, to jest kilka tysięcy testów, ale to jest mało. W sytuacji, gdy WHO mówi: „Test, test, test”, testy powinny być bardziej intensywnie przeprowadzane. Niestety ta ilość zakażeń, która jest oficjalnie podawana, jest zapewne znacząco zaniżona, mamy ich de facto więcej. Jest duża grupa osób, które nie mają żadnych objawów, a są nosicielami wirusa i sprzyjają rozprzestrzenianiu zakażeń. W tej sytuacji apel o unikanie zgromadzeń, zachowywanie odstępów w kolejkach jest szczególnie istotny, bo musimy sobie zdawać sprawę, że wśród nas są zdrowi, ale zakażeni, którzy mogą je rozprzestrzeniać. Nie ze swojej winy i nie można ich za to winić. Każdy z nas może ulec zakażeniu i znaleźć się w takiej sytuacji.

Dopytany, jak długo będziemy musieli zmagać z obecną sytuacją, odparł:

– To nie ustąpi do końca kwietnia. Zobaczymy, jak sytuacja będzie wyglądała w maju. Musimy przekonać się, kiedy będzie szczyt epidemii. Kraje, w których zaczęła się wcześniej, jeszcze nie osiągnęły tego szczytu, za wyjątkiem krajów azjatyckich. 19 lutego raport WHO mówił o zerowej liczbie zachorowań we Włoszech. 24 lutego raport mówił już o 48–50 rozpoznanych zachorowaniach. To ilustruje, jak szybko sytuacja może się zmieniać. My jesteśmy teraz zdecydowanie na krzywej wzrostowej. Na początku kwietnia zobaczymy, czy ten szczyt osiągniemy, czy będzie stabilizacja, jeśli chodzi o codzienne zachorowania.

Powinny być testy szybkie

– Czy wszyscy domownicy podlegają kwarantannie, jeśli jeden z nich wrócił z zagranicy – zapytała jedna z internautek.

Prof. Flisiak wyjaśniał: – Powinni wszyscy. Oczywiście decydujące zdanie w tym względzie mają służby sanitarno-epidemiologiczne. Tak być powinno, bo nie wiemy, czy ta osoba jest zakażona, czy nie.

Inna z internautek z zaniepokojeniem dociekała: – Dlaczego osobom z objawami wskazującymi na możliwość zakażenia koronawirusem odmawia się badań? Dlaczego sanepid, NFZ i lekarze rodzinni przerzucają się odpowiedzialnością [takie przykłady opisywaliśmy też w „Wyborczej” – red.] i wszystko kończy się pytaniem, czy zgłaszający się mieli kontakt z osobą zakażoną, a skąd ludzie mają wiedzieć, czy mieli kontakt z wirusem? Tym bardziej że przechodzi się chorobę bezobjawowo.

– Te ponad 20 punktów diagnostycznych w całym kraju, o których wspomniałem, bada metodami zaawansowanymi technologicznie. Na ich wynik trzeba czekać kilkanaście godzin, a czasem i dłużej, bo czasem wyniki wymagają potwierdzeń. Od pewnego czasu powtarzam, że powinny być szeroko stosowane testy szybkie. One nie są idealne, ale są lepsze, czulsze w wykrywaniu niż kryteria kliniczne, czyli pytania o kontakt w tej chwili, kiedy cała Europa jest zalana zakażeniami, nie mają kompletnie sensu. Nawet niedoskonałe metody diagnostyczne będą lepsze od tych kryteriów klinicznych. Te testy powinny być jak najszybciej masowo wprowadzane. Alternatywą jest zamknięcie wszystkich na kwarantannie.

Niedoleczone wcześniej zakażenia

Zapytano prof. Flisiaka, czy osoba chora na COVID-19 w kwarantannie może się wyleczyć.

Profesor tłumaczył: – Jeśli ktoś jest zakażony, a nie ma objawów klinicznych, może przebywać w domu, ale musi mieć świadomość, że w każdej chwili jego stan może się pogorszyć i wtedy może wymagać pomocy lekarskiej, hospitalizacji. Zwłaszcza osoby obciążone, czyli starsze, z chorobami krążenia, układu oddechowego, cukrzycą i innymi chorobami metabolicznymi, powinny zwracać szczególną uwagę na zmiany swojego stanu zdrowia. W sytuacji, gdy coś się dzieje, następuje pogorszenie, a zwłaszcza występują te typowe objawy zakażenia, powinny natychmiast alarmować pogotowie i być może przewiezione od razu na oddział intensywnej terapii.

– Czy jeśli ktoś się wyleczy, to czy drugi raz może się zakazić koronawirusem? – prosiła o odpowiedź jedna uczestniczek konferencji.

Prof. Flisiak: – Są takie pojedyncze doniesienia, ale to nie zostało potwierdzone. Gdyby tak było, oznaczałoby, że wirus bardzo szybko mutuje i to w miejscach swojego genomu, które warunkują jego zakaźność. Na razie tego nie potwierdzono. Spodziewałbym się raczej, że takie pojedyncze przypadki, jakie odnotowywano, to przypadki zaostrzenia niedoleczonego wcześniej zakażenia.

Premier: Wprowadzamy stan epidemii. Szkoły zamknięte do Wielkanocy. Za złamanie obowiązku kwarantanny - 30 tys. zł

Internautka z Warszawy dociekała, czy jest szansa, aby w czerwcu odbył się koncert w Białymstoku, na który do tej pory planowała przyjazd. – Mam nadzieję, że się odbędzie – stwierdził prof. Flisiak.

Wiatr wirusa nie przyniesie

Inna z internautek dopytywała, czy jeden test na obecność koronawirusa wystarczy, aby stwierdzić, czy badana osoba jest zdrowa. Profesor Flisiak zaznaczał: – Te testy, nawet genetyczne, nie są doskonałe. To jest czułość na poziomie 70 proc. To nie jest dużo, ale nie mamy innych narzędzi. I to nie jest problem tylko Polski, ale ogólnoświatowy. Techniki badawcze stosowane w laboratoriach cały czas są rozwijane. Na razie na każdym wyniku badania na samym dole można zobaczyć adnotację: ujemny wynik nie wyklucza zakażenia. Pamiętajmy, że pobieramy materiał z nosa i gardła, więc już na samym tym etapie może być niedoszacowanie. Potem dochodzą kolejne etapy: transport, przechowywania próbki i samo wykonanie badania, które nie są doskonałe. W związku z tym kluczowe jest to, czy nasz stan pogarsza się w jakiś istotny sposób.

Odpowiedział na pytanie nurtujące wielu, przez ile dni można być nosicielem koronawirusa:

– Czas, kiedy kontrolujemy, czy dany pacjent jest zakażony, to 10–14 dni. Został ustalony w oparciu o doświadczenia chińskie i to jest czas, który eliminuje wirusa u większości. Przy tym u dorosłych trwa to nieco szybciej – do 12 dni, u dzieci trochę dłużej, ale dzieci łagodniej przechodzą nawet jawne kliniczne zakażenie. Będzie pewna grupa osób, u których zakażenie utrzyma się trochę dłużej, np. do trzech tygodni, ale to nie jest zakażenie, które przechodzi w formę przewlekłą. Nic przynajmniej na tę chwilę nie wiadomo.

Przyznał też: – Nie ma żadnych dowodów na to, że maseczki chronią przed wirusami. Jedyne, co mogą zapewniać, to poczucie bezpieczeństwa psychicznego. Z drugiej jednak strony, mając takie poczucie, możemy zaniedbywać znacznie ważniejsze elementy profilaktyki, takie jak mycie rąk, unikanie zgromadzeń. To nie jest tak, że idąc ulicą kilka metrów od innej osoby, wiatr wam przyniesie wirusa i ulegniecie zakażeniu. Żeby się tak stało, musicie stać twarzą w twarz w odległości mniejszej niż metr, i to przez pewien czas.

Obserwacja w warunkach domowych

Profesor stwierdził także: – Moim zdaniem, jeżeli ktoś zgłasza przez telefon wystąpienie objawów, powinien mieć możliwość wykonania przynajmniej szybkiego testu w domu, które jeszcze w Polsce nie zostały rozpropagowane, i w oparciu o nie podejmowane powinny być decyzje o przekazaniu do placówki szpitalnej albo o pozostawieniu w domu. Nawet wtedy, kiedy wynik wychodzi dodatni, bo jeżeli objawy kliniczne nie są groźne, to wystarczy izolacja i kontrola telefoniczna stanu pacjenta. Pamiętajmy, że w przypadku osób, które nie mają dodatkowych obciążeń, nawet jeśli są zakażone, istnieje niewielkie ryzyko gwałtownego pogorszenia stanu ich zdrowia. W związku z tym można je obserwować w warunkach domowych, oczywiście izolując, aby nie rozprzestrzeniały zakażenia.

Zaznaczył również, pytany o kłopoty z telefonicznym kontaktem z białostockim szpitalem zakaźnym i pozyskanie tą drogą informacji dotyczących pandemii koronawirusa, w tym oceny indywidualnych podejrzeń:

– Musimy się z tym pogodzić. Personel jest w tej chwili bardzo zajęty. Dostęp personelu do telefonu, którego numer jest do dyspozycji dzwoniących, a znajduje się na izbie przyjęć, jest mocno utrudniony, bo personel ubrany jest cały czas w kombinezony ochronne i zabezpieczony w inne środki ochrony osobistej. Nasz szpital to nie jest najlepsze miejsce do uzyskiwania informacji. W Białymstoku są inne instytucje, które powinny na siebie przejąć tę rolę. Pierwsze źródło informacji powinni stanowić lekarze podstawowej opieki zdrowotnej, zwłaszcza że świadczą telewizyty i nic nie stoi na przeszkodzie, aby także edukowali w tych momentach personel.

Koronawirus w Polsce. Szpital zakaźny Uniwersytetu Medycznego w BiałymstokuKoronawirus w Polsce. Szpital zakaźny Uniwersytetu Medycznego w Białymstoku Fot. Agnieszka Sadowska / Agencja Gazeta

Wszystkie szpitale mogą być zakaźne

W opinii prof. Flisiaka niezależnie od tego, że wystarczy jeden szpital jednoimienny w Podlaskiem (a zgodnie z poleceniem wojewody podlaskiego są dwa: wojewódzki w Łomży i MSWiA w Białymstoku), każdy ze szpitali „powinien wydzielić oddział czy pododdział, który będzie pełnił funkcję obserwacyjną” – z odpowiednim zabezpieczeniem w środki ochronne dla personelu. Podkreślił: – Jeśli spełni się scenariusz pana ministra [zdrowia Łukasza Szumowskiego – red.], czyli 10 tys. chorych za kilka tygodni, to wszystkie szpitale będą szpitalami zakaźnymi.

Przy okazji nie krył: – Oczywiste jest dla mnie, że poświęcenie szpitala wojewódzkiego w Łomży wyłącznie na szpital zakaźny w części województwa, która nie ma innych placówek o takim poziomie usług, odbywa się z krzywdą dla ludności.

Odpowiadając na inne pytania, profesor zwracał uwagę:

– Nie boję się wirusa. Boję się przede wszystkim irracjonalnych zachowań ludzkich na różnych poziomach: od góry do samego dołu. Mamy już w Polsce zarejestrowane przypadki zgonów, prób samobójstw spowodowanych przez hejterów [w związku z pandemią koronawirusa – red.]. Ci ludzie mają krew na rękach. Nawet jeśli nie przyczynili się bezpośrednio do konkretnego przypadku, nakręcając atmosferę, której poddają się inni, robią więcej szkody niż sam wirus. Przynajmniej w Polsce w tej chwili.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.