Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

W związku z rozprzestrzenianiem się koronawirusa w ciągu kilkudziesięciu godzin całość granic Polski zostanie zabezpieczona – zapowiadał po południu w poniedziałek (9 marca) szef MSWiA Mariusz Kamiński. – Chcemy objąć kontrolą sanitarną wszystkie autokary i busy, czyli wszystkie środki zbiorowego transportu.

Koronawirus sprawdzany. W autobusach, autokarach i busach

Minister podkreślał, że właśnie od tego dnia wdrażany jest kompleksowy system ochrony sanitarnej granic i jest to pierwsze tego typu działanie w Europie. Od godz. 15, w poniedziałek, 9 marca, zostało uruchomionych pięć kluczowych punktów – cztery na granicy z Niemcami, jeden z Czechami. Jak stwierdził Kamiński, punkty te są nieprzypadkowo wybrane: to miejsca, gdzie autobusy rejsowe przekraczają polską granicę.

Fot. Agnieszka Sadowska / Agencja Gazeta

– W ciągu kilkudziesięciu godzin punkty te zostaną rozszerzone na całość – na wszystkie najważniejsze przejścia na granicy zachodniej i południowej. Od wtorku, 10 marca, wszelkie procedury medyczne i sanitarne zostaną wdrażane w stu procentach na naszych granicach zewnętrznych, czyli z Ukrainą, z Białorusią i z Rosją – informował Kamiński, mówiąc, że „w ciągu kilkudziesięciu godzin całość granic Polski zostanie zabezpieczona". Zaznaczył, że na miejscu będzie ambulans medyczny, który w razie zdiagnozowania, że granicę przekracza osoba z symptomami choroby COVID-19, przewiezie tę osobę bezpośrednio do odpowiedniego szpitala.

We wtorek (10 marca) rano w TVN wiceszef MSWiA Paweł Szefernaker zapowiada mierzenie temperatury wszystkich wjeżdżających do Polski przez granice z Białorusią, Rosją i Ukrainą, czyli przez granicę schengeńską. Każda z takich osób miała wypełniać także – zgodnie z jego słowami – tzw. kartę lokalizacyjną, a poza tym podać na granicy: imię, nazwisko, numer telefonu i adres, pod którym będzie przebywała w ciągu najbliższych dni.

Postanowiliśmy sprawdzić, jak przebiegają te wszystkie procedury.

Termometr jeden, ale mają i inni

Po godz. 8 we wtorek Jolanta Wierzbicka, dyrektorka Granicznej Stacji Sanitarno-Epidemiologicznej w Suwałkach – której punkty znajdują się na przejściach polsko-białoruskich w Bobrownikach i Kuźnicy Białostockiej (w całym kraju jest dziesięć takich granicznych stacji) – mówi nam o przygotowaniach do zajmowania się na przejściu w Bobrownikach osobami zidentyfikowanymi jako nosiciele koronawirusa. Nie ma jeszcze szczegółowych wytycznych z GIS w odniesieniu do działań na wschodniej granicy.

Fot. Agnieszka Sadowska / Agencja Gazeta

Wierzbicka opisuje: – Na przejściu w Bobrownikach znajduje się izolatorium, czyli wolno stojący budynek na terenie przejścia, do którego trafia każdy pacjent – podróżny podejrzany o to, że jest chory. Są tam pojedyncze miejsca dla potencjalnie chorych, którzy czekają do przyjazdu karetki. Obok znajduje się wydzielone miejsce, na którym można zaparkować autokar z pasażerami, wśród których jest chory. Izolatorium to należy do wojewody [jak wszystkie budynki na przejściach – red.], a nasze służby mają do niego dostęp. Do naszych służb podejrzanych pasażerów kierują funkcjonariusze Straży Granicznej. Niedaleko jest też lądowisko dla „sanitarek”. Mamy tam termometr...

– Ile macie termometrów w Bobrownikach? – przerywamy.

– Mamy jeden, ale inne służby na granicy też mają. W sprzęt tego typu wyposaża też wojewoda – odpowiada dyrektor Wierzbicka. I kontynuuje: – W ogólnodostępnych miejscach także na terenie przejścia w Bobrownikach są informacje o tym, czym jest koronawirus i jakie zasady trzeba zachować, także w języku rosyjskim. Mamy maseczki i odzież ochronną, jeśli byłyby potrzebne. Dysponujemy dostateczną liczbą kart lokalizacyjnych formatu A-4. Dla nas najważniejsza jest informacja, dokąd dany podróżny się udaje i gdzie będzie przebywać oraz numer telefonu takiej osoby, żeby można było z nią się szybko skontaktować potem, w razie gdyby się jednak okazało, że ktoś, kto podróżował obok, jest nosicielem koronawirusa. Nie jesteśmy oczywiście w stanie zweryfikować prawdziwości miejsca deklarowanego pobytu, ale to przecież powinno być w interesie samych podróżnych.

Podejrzani też ci obok i z przodu

Zgodnie z wcześniejszymi wytycznymi Głównego Inspektora Sanitarnego o przypadkach podejrzenia osób, które są nosicielem koronawirusa, graniczne punkty sanitarno-epidemiologiczne mają obowiązek natychmiast powiadomić stację powiatową, a najlepiej wojewódzką. Swoją drogą czynności „alarmowe” wszczynać powinna Straż Graniczna, która podlega inspekcji sanitarnej MSWiA (to tak wyodrębniona inspekcja) – a nie GIS, jak graniczne stacje i punkty sanitarno-epidemiologiczne.

Jak wyjaśnia nam dyrektor Wierzbicka, zgodnie z procedurą potencjalnymi pasażerami – nosicielami koronawirusa w autokarach są (poza główną podejrzaną sobą) także: osoba siedząca obok niej i dwie inne – z jej przedniego siedzenia. I to one trafiają do izolatorium, do którego przyjeżdża lekarz, który decyduje o potrzebie i miejscu ewentualnej kwarantanny. W przypadku przejścia w Bobrownikach oczekiwanie na niego może potrwać, bo musiałby dotrzeć z oddalonego o około 50 kilometrów Białegostoku. Do tego to musi być specjalista od chorób zakaźnych. Reszta pasażerów takiego autokaru czeka na parkingu obok izolatorium na decyzję lekarza. Jest pilnowana przez funkcjonariuszy Straży Granicznej.

– W przypadku podejrzenia koronawirusa u obywateli Białorusi nie możemy ich odesłać z powrotem do tego kraju – zaznacza dyrektor Wierzbicka.

Podejrzanymi są osoby kaszlące, z podwyższoną temperaturą i przebywające w ciągu ostatnich dwóch tygodniach w krajach, gdzie dotąd koronawirus dał się najmocniej we znaki, czyli w Chinach, Korei Południowej i we Włoszech.

Fot. Agnieszka Sadowska / Agencja Gazeta

Oczekiwanie na zgodę wojewody

Kiedy w południe pojawiliśmy się na przejściu w Bobrownikach, gdzie odprawiane są autokary oraz samochody osobowe i ciężarowe, zbyt intensywnego ruchu tu nie było, choć auta i ich pasażerowie byli odprawiani cały czas.

W sumie na granicy z Białorusią średnio na dobę wjeżdża do naszego kraju około 5470 osób, przez przejście w Bobrownikach – około 1600. Porównywalnie: w Kuźnicy – około 3200 osób, w Połowcach – około 650, w Białowieży i Siemianówce – po około 10 osób.

Punkt Graniczny Stacji Sanitarno-Epidemiologicznej dotąd czynny był na tym przejściu od poniedziałku do piątku całodobowo, w soboty i dni poprzedzające święta w godz. 7-19, a w niedziele i święta od godz. 19 (oczywiście na wszelki wypadek zawsze ktoś był pod telefonem). Teraz tu ktoś dyżurować osobiście codziennie całą dobę. W sumie w systemie 12-godzinnym dyżuruje tu tylko pięć osób. We wtorek, 10 marca, kiedy się pojawiliśmy, była tylko jedna.

Na teren przejścia wjechaliśmy bez problemów. Uprzedziliśmy wcześnie rano rzeczniczkę Podlaskiego Oddziału Straży Granicznej mjr Katarzynę Zdanowicz, że będziemy. Mimo że również zapowiedzieliśmy ten fakt dyrektor Wierzbickiej, na pracownicę punktu sanitarno-epidemiologicznego czekaliśmy prawie godzinę. W telefonicznej rozmowie z dyrektor Wierzbicką okazało się bowiem, że na nasz pobyt, w tym zwłaszcza odwiedzenie izolatorium, musi wydać zgodę wojewoda. W końcu wydał.

IzolatoriumIzolatorium Fot. Agnieszka Sadowska / Agencja Gazeta

A namiotu i ambulansu brak

Około godz. 13 na własne oczy zobaczyliśmy, że izolatorium to kilka oddzielnych pomieszczeń, do których prowadzą kolejno drzwi z korytarza: „pomieszczenie porządkowe”, „gabinet lekarski”, „pokój dla osób z kontaktu”, „pokój chorych”. Do tych trzech ostatnich przylegają łazienki z prysznicem wyposażone w specjalne preparaty do dezynfekcji rąk, suszarki do rąk, mydła w płynie, papierowe ręczniki. W „gabinecie lekarskim” – kozetka, a na stole ulotki o zagrożeniach koronawirusem po polsku, angielsku i chińsku. W pokoju chorych – dwie kozetki, pusty przeszklony regał (wyraźnie na leki i opatrunki).

– Na razie w związku z koronawirusem ktoś tu już trafił? – pytamy oprowadzającą nas pracownicę punktu sanitarno-epidemiologicznego.

Koronawirus w Polsce i na świecie. MAPY

– Nie mogę udzielać żadnych informacji. Proszę kontaktować się z rzecznikami wojewody i Straży Granicznej – słyszymy w odpowiedzi.

Ze wcześniejszej – telefonicznej rozmowy z dyrektor Wierzbicką wynikało, że gdzieś obok izolatorium miał pojawić się specjalny namiot do selekcji potencjalnie chorych. Nie było. Zresztą tak jak ambulansu medycznego, który w razie zdiagnozowania, że granicę przekracza osoba z symptomami choroby COVID-19, przewiezie tę osobę bezpośrednio do odpowiedniego szpitala.

Każdy ma i tak zapisane

Do autokaru Mińsk – Warszawa czekającego na odprawę wchodzi funkcjonariusz Państwowej Straży Pożarnej z termometrem. Z daleka widzimy, jak mierzy temperaturę piętnastu jego pasażerom i pasażerkom. Nie ma maski ani np. rękawic ochronnych. Po jego wyjściu pytamy: – Wszystko w porządku z pasażerami?

Strażak milczy. Odpowiada mundurowy Straży Granicznej: - Na szczęście tak.

Ani słowa więcej nie udaje się także od niego wciągnąć.

Przemykamy do dwóch Białorusinów, którzy wyszli na chwilę na papierosa z autokaru przeszukiwanego właśnie przez celników. Dopytujemy od obawy przed koronawirusem.

– A czego się bać. Każdy i tak ma zapisane, kiedy umrze. Na co nam to wasze sprawdzanie temperatury? – mówi jeden z nich z obwodu grodzieńskiego.

Drugi podchwytuje nieco łamanym polskim.

– U nas też jest ten koronawirus, ale i tak raczej prawdy nam nie mówią. Pewnie Chińczycy przywieźli, bo od miesięcy u nas ich wielu, zwłaszcza w Mińsku, bo Chiny i Białoruś to teraz przyjaciele najwięksi. Co zrobić? Najlepiej napić się hariełki [gorzałki - red.] i wszystko będzie super. A jakby co, to mamy cebulę i sało [słoninę – red.].

IzolatoriumFot. Agnieszka Sadowska / Agencja Gazeta

Około godz. 14. Przechodzimy do pobliskiego budynku, w którym urzęduje komendant przejścia. Dyżurnego zmiany prosimy o możliwość zrobienia zdjęć z chwili mierzenia temperatury pasażerom. Po szybkiej konsultacji z komendantem słyszymy:

– Żadnych zdjęć. I tak udało wam się jakoś wjechać na teren przejścia. Teraz już nie wolno. W Kuźnicy telewizja też chciała i nie dostała już pozwolenia.

Zaraz potem z oddali widzimy, jak do autokaru Moskwa – Mińsk – Warszawa, który czeka na odprawę, wchodzi z termometrem znany nam już strażak. Tym razem w masce i w rękawicach ochronnych. Po kilkunastu minutach autokar odjeżdża w głąb Polski.

Toaleta nieopodal komendantury. Zamknięta. Dwie panie mopem przecierają podłogę. Po chwili wychodzą.

– Jak zawsze sprzątamy tu trzy razy dziennie. Nic nadzwyczajnego – wyznają.

Na ścianach toalety nad umywalkami siedmiopunktowe instrukcje z rysunkami, jak myć ręce, a w ich zakończeniu porada co do tej czynności: „Całkowity czas 30 sekund”. Pojemniki na mydło w płynie wypełnione po brzegi.

IzolatoriumFot. Agnieszka Sadowska / Agencja Gazeta

Najgorsze będzie przed Wielkanocą

Po godz. 15 otrzymujemy od rzeczniczki prasowej Podlaskiego Oddziału Straży Granicznej komunikat:

„Na granicy z Litwą oraz na przejściach granicznych z Białorusią trwa kontrola sanitarna. Kontroli poddawane są wszystkie osoby przyjeżdżające do Polski.

Na granicy z Litwą działają dwa punkty kontroli sanitarnej w Budzisku i w Ogrodnikach. Kontrolowane są busy i autobusy, którymi podróżują osoby wjeżdżające do Polski. Na granicy z Białorusią kontrola sanitarna prowadzona jest w 6 przejściach granicznych na kierunku wjazdowym do Polski: w Kuźnicy (kolejowe i drogowe przejście graniczne), Bobrownikach, Połowcach, Siemianówce i Białowieży. Kontroli poddawane są wszystkie osoby przyjeżdżające do Polski”.

Mjr Zdanowicz zaznacza: „Funkcjonariusze Państwowej Straży Pożarnej prowadzą kontrolę sanitarną polegającą na dokonywaniu pomiaru temperatury. Funkcjonariusze Straży Granicznej rozdają i odbierają karty lokalizacji pasażera/kierowcy oraz dokonują weryfikacji danych osobowych na podstawie dokumentów tożsamości”. I dodaje: „W przypadku osoby zgłaszającej złe samopoczucie i z podwyższoną temperaturą, dalsze czynności realizować będą służby sanitarne zgodnie z wytycznymi Głównego Inspektora Sanitarnego MSWiA”.

– Spodziewamy się, że najgorszy czas jeszcze nas czeka – kiedy wiele osób, które pracują poza zachodnimi granicami Polski przyjedzie na święta wielkanocne – przypominamy sobie poranne słowa dyrektor Wierzbickiej. – Takiej sytuacji jak ta z koronawirusem jeszcze nie mieliśmy. Była oczywiście ebola czy ptasia grypa. Tak więc pewne doświadczenie jest.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.