Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Wydarzeniu będzie towarzyszyła wystawa „Po śladach” – prezentująca ikony brata Marcina Świądra OFMCap. Początek o godzinie 19 w sobotę (18 maja), ekspozycja będzie udostępniona do 24 (w pozostałe dni zgodnie z harmonogramem pracy placówki). Z kolei inauguracja Sali im. prof. Jerzego Nowosielskiego w Muzeum Ikon w Supraślu o godzinie 20.

Fot. Krzysztof Karolczyk / AGENCJA GAZETA

Rozmowa z Ewą Zalewską kierownikiem Muzeum Ikon w Supraślu, oddziału Muzeum Podlaskiego w Białymstoku

Małopolska na Podlasiu?

– Przyciąganie Małopolski i Podlasia odczułam na własnej skórze, właściwie mam „podwójne obywatelstwo”. Historycznie od wieków wciąż są obecne związki tych dwóch terytoriów. W czasach unii Korony i Litwy przebiegał tędy szlak komunikacyjny między Krakowem – Wilnem. Te dwa magnesy południowy i wschodni czasem zbliżają się do siebie, przynosząc wspaniałe efekty. Wynikiem tego przyciągania była obecność artysty malarza, filozofa i teologa w jednej osobie – Jerzego Nowosielskiego i jego praca na rzecz podlaskich świątyń. To zawsze było spotkanie dwóch mentalności, choćby w obrębie jednego wyznania. Nowosielski wychował się w rodzinie, w której matka była rzymską katoliczką a ojciec grekokatolikiem. Sam początkowo opowiedział się za wyznaniem ojca, jednak z biegiem czasu wybrał prawosławie, w którym najbardziej wyczuwał przestrzeń do dyskursu teologicznego. To spotkanie Małopolski i Podlasia nie zawsze oznaczało spełnienie, ale było bardzo prawdziwe i ważne – ze wszystkimi mankamentami zderzenia dwóch kultur, dwóch postaw wobec świata. Dla Podlasia bardzo istotna była obecność tego wybitnego twórcy, dlatego jedna z sal w Muzeum Ikon w Noc Muzeów otrzyma imię profesora Jerzego Nowosielskiego. O tym, jak ważna jest to postać, przekonuje postawa ojca Leoncjusza Tofiluka, dzięki któremu między innymi, myślę, że Nowosielski pokochał Podlasie. Z pewnością miała na to również ogromny wpływ współpraca z Adamem Stalony-Dobrzańskim i architektem Aleksandrem Grygorowiczem, czy relacje z metropolitą Bazylim. Wciąż są osoby, którym leży na sercu depozyt twórczości i otwartość Mistrza. Zaświadczają o tym swoją postawą ojciec Henryk Paprocki, profesor Leon Tarasewicz, profesor Naumow. W tym roku ukazał się również kolejny tom autorstwa dr Krystyny Czerni „Nowosielski – sztuka sakralna. Podlasie, Warmia i Mazury, Lublin”, w którym autorka w sposób niezwykle skrupulatny i kompetentny kataloguje sakralny dorobek Nowosielskiego. Żywą kontynuację estetyki zaproponowanej przez Nowosielskiego odnajdziemy w pracach profesora Jerzego Uścinowicza. Dzięki zrozumieniu i wsparciu Dyrektora Muzeum Podlaskiego Andrzeja Lechowskiego wystaw i projektów dotyczących twórczości Nowosielskiego oraz przychylności kustosza sakralnej twórczości Nowosielskiego - proboszcza krakowskiej prawosławnej parafii ojca Antosiuka, dzieła Artysty już po raz drugi, w Noc Muzeów, zaistnieją w muzealnej przestrzeni. Na propagowaniu twórczości Nowosielskiego zależy także ojcu Jóźwikowi, kanclerzowi Akademii Supraskiej, który w ubiegłym roku zorganizował sympozjum przybliżające Artystę jako malarza, filozofa i teologa.

Jak postrzega Podlasie osoba stamtąd, z Małopolski?

– Jak to jest z tą mityczną sielską krainą, która taką się jawi przybywającym? Wiele Podlasie zawdzięcza tradycji gościnności i równie dużo mediom. Jest postrzegana poprzez pryzmat „zapomnianej”, leżącej na wschodnim marginesie krainy, takiej trochę rozkojarzonej dobrodusznej krewnej z prowincji. Jakaś prawda w tym oczywiście jest. A jak ja postrzegam Podlasie i dlaczego właśnie tak? To rzeczywiście dziwna kraina, piękna przyrodniczo – choć niepowalająca na kolana, jak spektakularne doznania z wyjątkowych miejsc. To nie jest fortissimo. Ale to kraina, która wchodzi podstępnie pod skórę. I nie da się tego uczucia wyplenić. Po pewnym czasie myśli się tym pejzażem, a w jego zwykłości dostrzega się coś bardzo bliskiego, od poezji po brutalną prostotę. Połowę swojego życia spędziłam na Podlasiu i ta połowa składa się ze świadomości dorosłego człowieka. Na początku nie w pełni ukształtowanego, więc mogę powiedzieć, że na mój osobisty rozwój Podlasie miało ogromny wpływ. Teraz z perspektywy czasu czuję, jakbym się w moim życiu urodziła dwa razy. Drugi raz na Podlasiu. Mieszkając na „południowym magnesie”, na malarstwo Nowosielskiego patrzyłam z zachwytem, ale dopiero spojrzenie z „bieguna wschodniego” dało mi pełny, prawdziwy obraz złożoności tej twórczości.

A jakie Podlasie zastał Nowosielski?

– Mogę się jedynie domyślać, że Nowosielski ukształtowany w środowisku krakowskim, a później łódzkim przyjeżdżając w latach 50. na Podlasie, mógł być zaskoczony, podobnie jak zaskoczeni jego malarstwem byli miejscowi ludzie. Proszę pamiętać, że jak myślimy o sielskim pejzażu i pojawiających się w nim cerkiewkach, to mamy bardzo często romantyczne wyobrażenie czegoś absolutnie wyjątkowego. Tymczasem ludzie wychowywali się, uczęszczając do świątyń pochodzących z wieku XIX i początku XX. Często nie były to budowle wyjątkowe. W tamtym okresie pejzaż Podlasia stopniowo ubożał, w miejsce podniszczonych dawnych autentycznych dla miejscowej tradycji, oryginalnych drewnianych

budowli wznoszono skromne lub wręcz ubogie wersje świątyń z programu rządowej dotacji – można by to ująć – „cerkwie z katalogu”. Pozostało w naszym krajobrazie wiele budowli bazujących na wzorniku z gotowymi projektami opracowanymi przez carskiego architekta Konstantego Thona.

Ale czy właśnie to zjawisko miało największy wpływ na odbiór ikon Nowosielskiego?

– Oczywiście, że nie sama architektura, ale to co stanowiło sedno świątyni, a sednem cerkwi jest ikona, to jest jej dom – Dom Boży. To nie tylko wizerunek z podobizną świętego, ale coś znacznie więcej… Ikona to żywa obecność, obcowanie ze świętością zapisaną, przywołaną w obrazie. Głównym przeznaczeniem ikony jest modlitwa, jej wręcz „niezbędność” w liturgii. Więc nie architektura miała największy wpływ na odbiór ikon Nowosielskiego. Ale to do jakiej ikony ludzie nawykli, do tego, co było „ichnie”, z czym byli zżyci. A na pewno bardzo często nie była to ikona kanoniczna. W cerkwiach wierni modlili się przed ikonami, które za wyjątkiem cerkiewnosłowiańskich inskrypcji niczym nie różniły się od malarstwa popularnego w Kościele zachodnim. Mało tego, niejednokrotnie realistycznie odmalowane postaci bardziej poziomem wykonania przywodziły na myśl malarstwo dewocyjne niż ambitniejsze realizacje malarskie.

Jak w takich warunkach był odbierany Nowosielski?

– Był jak kometa, która wpada w PRL-owską rzeczywistość Polski B. A może trochę jak gwiazda betlejemska, która zwiastuje narodziny kompletnie nowej estetyki w spojrzeniu na ikonę? Nagle trafił się malarz z krwi i kości, na domiar wszystkiego znający kanon ikonograficzny. O ile dla duchownych, poruszających się po obszarach teologii mógł być zrozumiały, to już awangardowy i odbiegający od estetyki dawnych wieków malarstwa ikonowego, kolorystycznie mocny, a może nawet czasem mroczny sposób przedstawienia rzeczywistości przemienionej był nie do zaakceptowania nawet dla niektórych kapłanów. To właściwie tak jakby ktoś nas przeniósł w rzeczywistość wirtualną. Pewnie w większości czulibyśmy się niepewnie i przyjemnie byłoby wrócić do oswojonego świata.

Czego najbardziej żal w kontekście podlaskich niespełnień Nowosielskiego?

– Mnie osobiście najbardziej poruszają dwa niespełnienia. Odrzucony orzeszowski ikonostas i to, co stało się w Hajnówce.

Orzeszkowo boli tak po ludzku, kiedy wyobrazimy sobie sytuację, że przyjaciel zaprasza Mistrza-przyjaciela, osobę ważną, do zrobienia czegoś wyjątkowego. Podwójnie wyjątkowego… Mogę sobie wyobrazić Ojca Leoncjusza [twórcę Policealnego Studium Ikonograficznego w Bielsku Podlaskim], który cieszy się ogromnie na myśl, że dla cerkiewki, w której sprawuje liturgię, Nowosielski wymaluje ikonostas. To z perspektywy przyjaciela, a z perspektywy ogólnej? Uznany artysta-malarz ze środowiska krakowskiego dla jakiejś zagubionej kropki na mapie, jaką jest Orzeszkowo, maluje ikonostas. Sytuacja niebywała. I wreszcie sam szok odtrącenia. Ludzie nie są gotowi na rzeczywistość dla nich „wirtualną”. Choć prof. Tadeusz Chrzanowski komentuje orzeszowski ikonostas jako jedno z ważniejszych dzieł Nowosielskiego, paradoksalnie nie ma dla niego miejsca na Podlasiu. Znowu Betlejem i dobra nowina…

A ten drugi żal?

– Drugi żal, w sumie nie wiem czy któryś z nich może być większy, bo każdy jest inny, ten drugi dotyczy Hajnówki. Tutaj udało się przynajmniej z architekturą. Nagle w niewielkim mieście w ówczesnym województwie białostockim, z perspektywy Krakowa w „krainie białych niedźwiedzi”, powstaje cerkiew, której architekturę moglibyśmy śmiało określić jako światowej klasy. Wpisująca się w trendy, nie-upchnięta w schematy typowej cerkiewnej architektury, nawet kopuła to bardziej wysmukły niekończący się tambur. Dziwna i piękna budowla, jednocześnie szanująca liturgiczny porządek przestrzeni wewnątrz i procesyjny na zewnątrz murów, ale też prowokująca, działająca na zmysły. Hajnowska cerkiew jest trochę amorficzna, pozbawiona przewidywalnego wyważenia tradycyjnie pojętych punktów ciężkości. Jakby zaprojektował ją poeta a nie architekt. I w istocie coś w tym jest. Zostało nakreślone coś niemożliwego – tutaj wkład Nowosielskiego i ubrane w konkret inżynieryjny – tutaj rola Grygorowicza. Ta wspaniała skorupa mogła być pokryta polichromią Nowosielskiego. Były projekty, do realizacji których nie dopuszczono. To był tragiczny błąd, takich momentów jest oczywiście w historii Podlasia więcej. Tak się dzieje czasami, kiedy Kościół i Cerkiew zapominają o swej wyjątkowej roli kulturotwórczego rozumiejącego sztukę mecenasa, a starają się przypodobać ogółowi.

Przecież i tak wiadomo, że jeszcze nie powstało dzieło rąk ludzkich tak idealne, by podobało się wszystkim.

Czy to, że jedna z sal Muzeum Ikon przyjmie imię Nowosielskiego, oznacza, że nadszedł czas zmian w myśleniu o ikonie?

– Podróżujemy, oglądamy, nasiąkamy – niewątpliwie coraz więcej jest w nas otwartości. I to nie takiej bezmyślnej, która wyrzuca kod symboli i znaków budujących treści ikony. Jest w nas coraz większa świadomość i kultura estetyczna. Pozbawiona dosłowności i przegadania na rzecz prostych czystych form i piękna, które rozmieszczeniem barw potrafi jak prosty zapis nutowy stworzyć poruszającą do głębi melodię. Słowem wreszcie dorastamy do Nowosielskiego. Dalej będą tacy, którzy jego malarstwa się obawiają. Bo to prawda, że na wskroś przeniknięte jest duchem złożonym z intelektu i emocji. Jedni w tym duchu będą widzieć siły dobra, inni doszukiwać się będą ciemnej strony mocy.

Ja osobiście w tym malarstwie widzę po prostu prawdę, która nie chowa się za parawanem uładzonego piękna. Jest też w tym malarstwie ikonowym i pasja, i ludzka namiętność. Nie da się oddzielić w pasji, która pochłania człowieka – tego co daje mu szczęście, od pasji przez którą cierpi. To są dwa nierozdzielne światy. A namiętność? Widać ją w całym malarstwie Nowosielskiego. Niezależnie czy jest to ikona czy inny temat. Tą szczerość i wrażliwość Nowosielski przypłacił niejednokrotnie odrzuceniem, ale też problemami zdrowotnymi. Tutaj oczywiście przeciwnicy ikon Nowosielskiego wytkną – jak się to ma do rzeczywistości przemienionej, doskonałej, boskiej? Tymczasem mamy XXI wiek – epokę, kiedy wszystko jest XXL – i cierpienie i przyjemność. „Nieba” nie da się już opowiedzieć tylko tymi samymi słowami i pojęciami, które obowiązywały niegdyś. Bo malarstwo, a zatem i ikona „jest obrazem swoich czasów” [J.N.] i to daje jej autentyczność. Kto z nas chciałby znaleźć się w niebie, w którym jego własna dusza nie czuje pasji, miłości czy namiętności? Bo przecież te wartości odbieramy głównie duszą, duchem. Oczywiście mogą być na wznioślejszym poziomie, ale bez nich rajska rzeczywistość nie byłaby tak upragniona.

Czy jest taka ikona, z której to wszystko da się „wyczytać”?

– Kiedy myślę o pogrążonych w ciemnym kolorycie wizerunkach ukrzyżowanego Chrystusa namalowanych przez Nowosielskiego, widzę całą prawdę o Bogu. Bogu, który z miłości stał się człowiekiem, utonął w ciemności i cierpieniach ludzkiej natury, żeby po skrajnym uniżeniu stanąć na koniec przed nami jako Car Sławy – Król Chwały.

Co można pomyśleć o Podlasiu z dzisiejszej perspektywy. Czy gdyby jeszcze raz pojawił się ktoś taki jak Nowosielski, miałby szansę zaistnieć?

– Wciąż mam wrażenie, że jesteśmy w procesie. Od czasu prac Nowosielskiego na Podlasiu minęło sporo czasu. Jeśli myśleć o pokoleniu w kategorii dekady, to jesteśmy już prawie gotowi, oddaleni od tamtych wydarzeń o trzy, cztery pokolenia. W niektórych świątyniach widać otwartość. I nie chodzi tu o kopiowanie wielkiego Mistrza, ale o danie szansy artyście, by poruszając się po drogowskazach kanonu wytyczył jakąś ścieżkę w jemu bliskim spojrzeniu na ikonę. Stąd wystawa „Po śladach”, która towarzyszy zaprezentowanym pracom Nowosielskiego. Twórczość Mistrza na zawsze pozostaje obecna w ikonach Brata Marcina, kapucyna z klasztoru w Skomielnej Czarnej – malowniczego zakątka małopolski, leżącego jakieś pięćdziesiąt kilometrów na południe za Krakowem.

Czy od mnicha ikonografa możemy się nauczyć otwartości?

– Z pewnością, i to w wielu kwestiach. Brat Marcin to niezwykła osobowość z budującym ducha podejściem do świata. Kiedy udałam się do Skomielnej, żeby wypożyczyć prace na wystawę, na miejscu zastałam zakonnika z ciekawym spojrzeniem zza drucianych lenonek i uśmiechem ukrytym w długiej do pasa brodzie. Jego brązowy habit był pocerowany dosłownie, gdzie się da. Ubóstwo, skromność i prostota. Taki charyzmat – nic dla siebie: fraternitas – braterstwo i minoritas – duch pokory i służby. Kiedy pokazywał mi swoje prace, zawędrowaliśmy do jego pokoju. Przy wejściu zobaczyłam znoszone buty, które spokojnie mogłyby być tematem obrazu Van Gogha [namalował ich całą serię]. Na ścianie wisiała ogromna Ikona Ukrzyżowania, na stoliku przy łóżku odłożone były czotki, a modlitewny pulpit przykrywał tałes. Później poszliśmy do pracowni, tam poznałam jego przyjaciół i dowiedziałam się o życiu brata Marcina trochę więcej. Między innymi to, że osiem pierwszych lat swego życia zakonnego spędził w pustelni. A najlepszą opowieść o tym, co ważne w życiu pokazują jego ikony. Nowosielskiego nie kopiuje, ale stara się iść kanonem wytyczonym przez Mistrza. Uważa bowiem, że jak każdy wielki ikonograf – taką właśnie drogę wytyczył Nowosielski.

A wracając do Podlasia, czym fascynuje Małopolskę?

– Podlasie to z mojej perspektywy miejsce wyjątkowe – z całą tą famą idylli, ale i niepotrzebnymi kompleksami budowanymi wbrew rozsądkowi, czy stawianiem sobie lub co gorsza, innym wokół, bezsensownych ograniczeń. Jednak najbardziej kocham Podlasie za ludzi, których tutaj spotykam, a może odwrotnie? Tak się szczęśliwie złożyło, że spotykam tutaj ludzi, których kocham? Mimo wszystko staram się nie popadać w paranoję i muszę też uczciwie przyznać, że w każdej beczce miodu musi się znaleźć łyżka dziegciu…

Brat Marcin Świąder OFMCap pisaniem ikon zafascynował się podczas studiów. Od soboty w Muzeum Ikon w Supraślu będzie można oglądać jego wystawę 'Po śladach'Brat Marcin Świąder OFMCap pisaniem ikon zafascynował się podczas studiów. Od soboty w Muzeum Ikon w Supraślu będzie można oglądać jego wystawę 'Po śladach' Fot. Materiały prasowe

***

Od Nocy Muzeów do września na ekspozycji Muzeum Ikon w Supraślu zostaną zaprezentowane ikony Nowosielskiego ze zbiorów: PRZEMIENIENIE ze zbiorów Muzeum Archidiecezji Warszawskiej; ANASTASIS z Parafii Prawosławnej Zaśnięcia NMP w Krakowie oraz ze zbiorów prywatnych; MANDYLION ze zbiorów prywatnych.

Wydarzeniu towarzyszyła będzie wystawa „Po śladach” – prezentująca ikony brata Marcina Świądra OFMCap. Więcej informacji na stronie muzeum.bialystok.pl

Brat Marcin Świąder OFMCap [ur.1976 r. w Mielcu] pisaniem ikon zafascynował się podczas studiów. Zauważył, że ikona, jej pisanie i nauczanie innych, staje się miejscem spotkania ze Słowem Bożym poprzez obraz. Technik malarskich stosowanych w ikonografii uczył się na warsztatach prowadzonych przez Irinę Boldiny-Styczeń w galerii Jana Guta „Na bruku” w Bytomiu. W Domu Modlitwy w Zagórzu, gdzie przebywał przez osiem lat, rozwijał swoje umiejętności ikonograficzne. Później przeniesiony został do Katowic-Załęża, gdzie ikona pomagała mu prowadzić działalność ewangelizacyjną wśród najuboższych. Obecnie posługuje w parafii Nawiedzenia Najświętszej Maryi Panny w Skomielnej Czarnej i prowadzi warsztaty pisania ikon „u siebie” czyli w pracowni udostępnionej przez GOKiS Tokarnia.

Inspiracją dla brata Marcina pozostają Teofan Grek, Andrej Rublow, Dionisij, a spośród współczesnych Jerzy Nowosielski i Kiko Argüello. Przez ponad dekadę napisał około czterystu ikon. Znajdują się w rozsianych po całym świecie w świątyniach i kolekcjach prywatnych. Wszystkie materialne profity, jakie przynosi ikonopisanie, przeznacza na działalność charytatywną i działalność wspólnoty wiernych. Oprócz ikonografii zajmuje się również projektowaniem przestrzeni sakralnych – złożono mu propozycję zaaranżowania kilku kościołów w Algierii. Wielu spośród jego uczniów to obecnie już samodzielni ikonnicy.

„Po śladach” – tytuł wystawy ikon brata Marcina w Muzeum Ikon w Supraślu jest również tytułem publikacji prezentującej ikony powstałe w Skomielnej Czarnej w latach 2015–2018. Album został opatrzony wstępem Adama Regiewicza, a poszczególne prace komentarzem Mariana Cieślika.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.