A gdyby tak przyjąć, że to nie system zniszczył człowieka, a człowiek sam do swego zniszczenia doprowadził, bo za słabo walczył o siebie? Taki pomysł na odczytanie dzieła Kafki mają aktorzy Teatru Papahema. Teza ryzykowna, nie dla każdego do przyjęcia. Ale jedno jest pewne, spektakl grają koncertowo.
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Niezależny teatr młodych absolwentów białostockiej Akademii Teatralnej wywraca na nice dotychczasową najczęściej przyjmowaną interpretację „Procesu” Franza Kafki: jego słynny bohater jest ofiarą biurokratycznego bezdusznego systemu. Wedle tej powszechnej interpretacji rozbudowana machina administracyjna petenta osacza, tłamsi, sprawia, że każdy, kto wpadł w jej macki, jest kompletnie bezradny. Tym bardziej, w sytuacji takiej, jak Józef K., który nie wie, o co jest oskarżony.

Tymczasem Papahema (w spektaklu w reż. Tomasza Kaczorowskiego, wystawianym gościnnie w Teatrze Dramatycznym) postanawia spojrzeć na proces Józefa K. od zupełnie innej strony. Sięga po trosze do frommowskiej interpretacji „Procesu” o braku odpowiedzialności za własne życie, ale też idzie jeszcze trochę dalej. I oskarża swego bohatera o zaniechanie, gnuśność, zaprzepaszczenie możliwości obrony.

Teatr Papahema. Różne tropy

Z offu słychać głos: Weź się w garść, Józefie, strasznie zaszkodziłeś swojej sprawie.

Józef K: – Jestem niewinny, cała moja wina – to, że spałem. Śniąc o spokoju, stałem się winny.

I takie rozłożenie akcentów: oskarżenie Józefa K. o marazm/ jego niemrawa próba obrony – to główne clou spektaklu.

Teza ciekawa, choć nie zawsze w sposób pełny wybrzmiewająca w przedstawieniu. Może dlatego, że Papahema nie do końca daje jednak gotowe odpowiedzi, żongluje emocjami, podrzuca różne tropy, trochę zwodzi widza, każąc mu myśleć.

Ale też, poprzez taki właśnie charakter interpretacji, wychodzi poza ramy książki Kafki. I zdaje się mówić: o siebie trzeba walczyć, nie można być gnuśnym, nie można czekać na to, co się zdarzy, trzeba wyjść temu czemuś naprzeciw.

Dlatego w przedstawieniu „Proces. Rekonstrukcja” to nie absurdalny system, a Józef K. jest na widelcu. To on – wedle tezy postawionej w spektaklu – zrobił zbyt mało, to on nie podejmował całymi dniami żadnej decyzji w swojej sprawie, to on zaszkodził sam sobie, woląc chować się pod kołdrą.

Rekonstrukcja

Kołdra nie jest tu przysłowiowa, istnieje naprawdę, jest symbolem, kluczem i jedną z ważniejszych części scenografii spektaklu (Agnieszka Wielewska). Pod kołdrą się chowa Józef K., gdy przybywają do niego oskarżyciele, kołdrą zostanie przygnieciony, kołdra staje się też elementem lalki tworzonej na oczach widzów. Józef K., w pewnym momencie przestaje być żywym człowiekiem, staje się tworem zbudowanym z kawałków czegoś, co przypomina rozczłonkowanego manekina i z kołdry właśnie.

I tak jak on sam zostaje rozbity na części pierwsze, tak i spektakl rozbija cały wątek Józefa K., na części pierwsze. I jest, zgodnie z tytułem – rekonstrukcją wydarzeń.

Dużo tu świetnych pomysłów inscenizacyjnych. Ponieważ, zgodnie z pierwszym zdaniem, jakie pada w spektaklu, sąd ponownie postanowił przesłuchać świadków w sprawie Józefa K. – ciasna, bardzo kameralna przestrzeń przedstawienia jest przestrzenią przestępstwa. I tym tropem idą aktorzy, prowadząc spektakl tak, jakby uczestniczyli w wizji lokalnej. Osobnicy, którzy przychodzą do Józefa K., wyglądają jak miks policyjnych techników i włamywaczy. Łóżko w jednej chwili przestaje być łóżkiem, a zamienia się w barierkę, za którą przesłuchuje się świadków.

Sprawę Józefa K., należy nie tylko rozebrać na części pierwsze, ale też przyjrzeć się jej jak owadowi przez lupę – a można to uczynić tylko miniaturyzując ją. I do miniaturyzacji dochodzi – nagle widzowie mogą zobaczyć Józefa K., i jego mieszkanie pomniejszone do mikroskopijnych rozmiarów. Pomaga w tym kamera i tworzone na bieżąco wizualizacje.

Spektakl. Od ciekawości do ataku

Twórcy sprytnie tworzą nastrój spektaklu, zmieniając go co chwilę. Jest tu miejsce na ironię, komizm, śmiertelną powagę, kpinę z siebie i telewizyjnych policyjnych paradokumentów. Ten kołowrót różnych emocji ciekawie oddaje też muzyka (Natasza Topor). Aktorzy wchodzą w rozmaite role, by za chwilę w ogóle z roli wyjść i wprawić w konsternację widzów. Nic tu nie jest do końca oczywiste.

Wreszcie aktorska gra – znakomita, zniuansowana, pełna dystansu do postaci. Świetny jest duet malarza i adwokata, którzy od usprawiedliwień, że chcieli pomóc, ale Józef K. nie dał im szansy, przechodzą do ataku, przy okazji wyrzucając z siebie rozmaite kompleksy (Mateusz Trzmiel i Łukasz Borkowski). Nie ustępuje im duet damski – kochanka Józefa K., i jego gospodyni - który, kreśląc portret oskarżonego, początkowe zaciekawienie nim zamienia na zjadliwą niechęć (Helena Radzikowska i Paulina Moś). Między nimi zaś – przerzucany jak manekin, czasem protestujący, częściej zszokowany Józef K. (Paweł Rutkowski).

Kwestia winy Józefa K. tak naprawdę ciągle pozostaje zagadką. Ale wariacja Papahemy na temat „Procesu” wytrąca z wygodnego myślenia o dziele Kafki.

Warto zobaczyć.

****

Teatr Dramatyczny; spektakl Teatru Papahema; „Proces. Rekonstrukcja”; najbliższe spektakle: wt., 9, 11, śr., 9, czw., 9, 11; oraz w lutym 2019 roku (2-3 lutego, 5-8 lutego)

Twórcy:

Reżyseria: Tomasz Kaczorowski

Scenografia – Agnieszka Wielewska

Muzyka – Natasza Topor

Ruch sceniczny – Anna Sawicka-Hodun

Reżyser światła – Maciej Iwańczyk.

Grają: Paulina Moś, Helena Radzikowska, Paweł Rutkowski, Mateusz Trzmiel oraz gościnnie Łukasz Borkowski.

Najbliższe spektakle: 14 grudnia, godz. 19 (premiera), 15 i 16 grudnia, godz. 20 oraz w lutym 2019 roku (2-3 lutego, 5-8 lutego)

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej
    Komentarze
    Zaloguj się
    Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem