Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Bez ekipy dowodzonej przez małżeństwo: Barbarę Kuzub-Samosiuk i Mirka Samosiuka trudno sobie dziś w ogóle wyobrazić Podlasie. To już eksportowa marka regionu. Gdzie się nie pojawi w świecie, tam rozwibruje wszystkich. Potrafiła podnieść z krzeseł nawet zamkniętych i sztywnych Szwedów, którzy na żadnym innym koncercie podnieść się nie chcieli. Porwali Azjatów na końcu świata, w dalekim Nepalu. A nawet gdy grają dla dwóch osób na widowni (a tak się zdarzyło kiedyś dawno temu w Niemczech), to i mikroskopijna widownia dobrze się bawi, i muzycy też.

GRZEGORZ DĄBROWSKI

Magii Czeremszyny uległ nawet Jacek Kuroń. Już w 1998 roku zaprzyjaźnił się z nią bardzo, zapraszał do siebie, przyjeżdżał do Czeremchy. Sam siebie nazwał korespondencyjnym członkiem Czeremszyny, słuchać jej na koncertach uwielbiał, a jak już na nie dotrzeć nie mógł, to cały czas słuchał piosenek, nawet już gdy był ciężko chory, i jeździł na dializy.

Ma Czeremszyna w sobie coś takiego… czego inne zespoły mogą im tylko pozazdrościć.

Folkowa rodzina

– Rozkrochmalili mnie i już – mówił kilka lat temu zawołany metalowiec, który trafił przez przypadek do Czeremchy, na festiwal „Z wiejskiego podwórza”, organizowany przez małżeństwo Samosiuków, Stowarzyszenie Miłośników Kultury Ludowej i Gminny Ośrodek Kultury w Czeremsze. Choć rozkrochmalony metalowiec był z kompletnie innej bajki, to jednak się na festiwalu odnalazł. Jak i wielu innych, którym wydawało się nie być po drodze. Bo festiwal to klimat z atmosferą absolutnie nie do podrobienia – nawet w deszczu pod sceną tańczą we wspólnych korowodach i młodzi, i starsi wiekiem, i przyjezdni, i miejscowi.

Festiwal jest tylko ledwie trzy lata młodszy od Czeremszyny, rósł wraz z rangą zespołu. Bo Samosiukom samego grania było mało, chcieli czegoś więcej.

I dopięli swego. Dziś festiwal w maleńkiej Czeremsze pod białoruską granicą to jedna z najlepszych imprez folkowych w Polsce, jedyna takiego typu na Podlasiu. Nie wiadomo jak ta mikra festiwalowa ekipa to robi, ale stając czasem wręcz dosłownie na głowie, mimo różnych kłopotów dopina festiwal do końca, i dostarcza wszystkim festiwalowiczom mnóstwo fantastycznej energii.

AGNIESZKA SADOWSKA

I porządnie poszerza horyzonty: zapraszając nowe zespoły z całego świata od lat oprowadza po folkowej wielokulturowej rodzinie.

Ale nowe muzyczne odkrycia to jedno, a constans – czyli Czeremszyna – to drugie. Miejscowi nie wyobrażają sobie, by na festiwalu mimo gości z całego świata „ich zespół” miałby nie zagrać.

I Czeremszyna gra – tak, że energią rozsadza scenę, i tak, że jej „sierceszczypatielnoje” utwory kroją serce na pół. To prawdziwa torpeda, w której i nostalgiczny klimat się pomieści, i szaleństwo dźwięków i skocznego rytmu. A wszystko to za pomocą pięknych, z ciekawą aranżacją brzmień i pieśni ukraińskich, białoruskich, poleskich. Równie fantastycznie brzmią pod gołym niebem, jak i w klimatycznej białostockiej drezynowni, której kolejową przestrzeń Czeremszyna zaanektowała na PodkOFFę, gra w niej sama i ściąga rozmaitych muzycznych gości.

Od punku do folku

Przez ćwierć wieku przez zespół przewinęło się sporo osób, jego stały trzon z pierwszego składu tworzą Barbara i Mirek Samosiukowie.

Ale trzy dekady wcześniej nic nie było takie oczywiste.

Gdyby ktoś Barbarze powiedział pod koniec lat 80., że będzie szefową zespołu, który gra folk i przekaże szerzej światu melodie rodziców i dziadków… to chyba by nie uwierzyła.

Jeździ wtedy na festiwale do Jarocina, jest punkówą, słucha kompletnie innej muzyki. Umie co prawda grać na akordeonie, bo gdy miała siedem lat, rodzice zapisali ją na zajęcia do ogniska muzycznego, jakie hajnowska filia utworzyła właśnie w Czeremsze. Zainwestowali w profesjonalny sprzęt – prawdziwego 32-basowego weltmeistera. Małej Basi akordeon się spodobał. Rodzice ją wspierali, ale do niczego nie zmuszali. Ale po kilku latach grać się jej odechciało. Akordeon na kawał czasu poszedł w odstawkę, w szkole średniej w Hajnówce w ogóle do niego nie zasiadała.

AGNIESZKA SADOWSKA

– Ważniejsze były: punk, w którym na początku lat 80. wsiąkłam w Hajnówce, jeżdżenie do Jarocina, imprezy literackie, wegetarianizm. Czy ruch Straight Edge, który nie wyrzekał się charakterystycznego dla punka postawy buntu, ale jednocześnie skupiał ludzi, którzy odrzucali punkowy nihilizm, odstawili używki, nie jedli mięsa, nie palili papierosów. I ja też błyskawicznie rzuciłam palenie – opowiada Basia Samosiuk.

I porównuje wcześniejsze pasje muzyczne z obecnymi: – Ale w pewnym sensie dalej jestem trochę anarchiczna. Tak w ogóle to folk jest całkiem blisko punka. Ten sam bit, ta sama prostota muzyki. W folku może nie ma kontestacji, ale jest proste życie. Jak w punku. Punk w założeniu był buntem. I w pewnym sensie to, co robimy teraz, też ma w sobie odrobinę buntu. Z Mirkiem staramy się tworzyć nową jakość, wychodzić przed szereg.

Skarby na wyciągnięcie ręki

Nim jednak powstał zespół, a po nim festiwal… trzeba było wyjazdu do Lublina.

W międzyczasie próbowała różnych rzeczy. Dwa lata studiowała pedagogikę specjalną. Zdawała do Akademii Muzycznej. Nie dostała się. Wróciła do Czeremchy, zaczęła pracę w Gminnym Ośrodku Kultury jako młodszy instruktor muzyki. I zaczęła studiować zaocznie wychowanie muzyczne w Lublinie. Ciągle było jednak jej mało – zrobiła więc kurs kapelmistrza orkiestr dętych i kurs organistów w szkole działającej przy lubelskim KUL-u.

– I znów na mojej drodze stanęli ludzie, którzy mieli wpływ na moje dalsze myślenie. To środowisko skupione wokół zespołu Orkiestra św. Mikołaja, wokół Mikołajek Folkowych. Zobaczyłam, jak ludzie Orkiestry funkcjonują. Jak zbierają ludowe piosenki, jeżdżą w Bieszczady, jak śpiewają ukraiński folk. I uświadomiłam sobie, że przecież ja też to mam, u siebie. To, co oni znajdują podczas bieszczadzkich ekspedycji, ja mam na wyciągnięcie ręki. Pracowałam już wtedy w domu kultury w Czeremsze, akompaniowałam na akordeonie starszym paniom z zespołu. Ale to był zespół folklorystyczny. Wyjeżdżając do Lublina, nie wiedziałam, że właśnie tam zmieni się moje myślenie, że folk do mnie przemówi.

I tak przemówił, że postanowiła założyć Czeremszynę.

W tym czasie do GOK-u w Czeremsze przychodziło sporo młodych ludzi, których energia rozpierała, i którzy chcieli grać. W głowie Basi myśl już dojrzewała na poważnie. W listopadzie 1993 roku rzuciła: – A może byśmy tak założyli zespół grający muzykę folkową?

Do pomysłu zapaliło się parę osób, m.in. Anna Zinkow, Agnieszka Miedźwiedź, Sławomir Mantur i Mirosław Golonko.

20 minut na próbę

Miesiąc później prawie tym samym składzie zgłosili się na „Mikołajki Folkowe” w Lublinie. Repertuar ? Najbardziej popularne i lubiane piosenki ludowe, które znali z domowych uroczystości. Co prawda parę osób postulowało, że może lepiej pójść w kierunku poezji śpiewanej. Ale Barbara twardo trzymała się swojej wizji: to ma być kapela folkowa!

Nazwa zrodziła się spontanicznie: podczas zgłaszania telefonicznie się na festiwal. Gdy padło pytanie o nazwę zespołu, jego szefowa odpowiedziała bez namysłu: Czeremszyna. Tak się nazywał zespół starszych śpiewaczek, którym Barbara akompaniowała swego czasu w GOK-u. W 1993 roku już nie istniał, ale Barbara była poniekąd jedyną kontynuatorką muzycznych tradycji tej grupy. I tak powstała Czeremszyna w nowej odsłonie.

Zespół na Mikołajki pojechał i dał radę. Dostał brawa, a nawet wyróżnienie. Ale przed występem Czeremszynie do śmiechu wcale nie było.

PAWEŁ MAŁECKI

Wtedy też właśnie, podczas pamiętnych Mikołajek, na arenę wkroczył Mirek Samosiuk. Do Czeremszyny dołączył zaledwie na 20 minut przed festiwalowym występem! Nie miał pojęcia o folku, słuchał rocka, na Mikołajki przyjechał po prostu ze znajomymi z Czeremszyny, by posłuchać koncertu. Tymczasem okazało się, że musi ratować sytuację, bo nie dojechał gitarzysta zespołu. Mirek więc zagrał za niego. Miał 20 minut na nauczenie się repertuaru. I wystarczyło.

Gdy już emocje opadły, Basia zaproponowała mu, aby został w zespole. Zgodził się, choć sądził, że długo miejsca w nim nie zagrzeje. Tymczasem został w nim do dziś, w międzyczasie współtworząc festiwal i zostając też mężem Basi.

Przeznaczenie?

Opłaciło się

Dziś ciągną ten muzyczny wózek razem. Odnaleźli się we właściwym miejscu i we właściwym czasie.

Basia: – Mirek to motor napędowy tego, co robimy. Jak mam chwile zwątpienia, to on właśnie jest tą osobą, która mówi, że damy radę, i że nie ma rzeczy niemożliwych. To przecież razem z Mirkiem wymyśliliśmy festiwal. Jadąc pociągiem z Hajnówki do Czeremchy.

Od gitary Mirek przeszedł do mandoliny, klarnetu, cymbałów białoruskich, drumli. Ciągle szukał czegoś dla siebie. Aż w reszcie przyszedł czas na bałałajkę basową. I to z tym wielkim i ciężkim instrumentem jest głównie widziany na koncertach.

Mijały lata, muzycy Czeremszyny eksperymentowali, odkrywali, sięgali do nieprzebranego bogactwa pieśni z własnych okolic. Ciągle szukając nowych brzmień, ciągle dodając nowe instrumenty, dorzucając pomysłowe aranżacje. Opłaciło się, dziś słuchają ich chyba wszystkie pokolenia. Sami cieszą się muzyką i dają wielką radość innym.

Energia Czeremszyny – czy to poprzez skoczne utwory, czy tęskne przejmujące piosenki – od 25 lat bije ze sceny w publiczność, a ta, od razu oddaje ją zespołowi. I tak widzowie, i zespół żywią się nawzajem, i tak dzieje się od lat, i trudno sobie wyobrazić, że mogłoby być inaczej.

Skład zespołu:

Barbara Kuzub-Samosiuk (śpiew, akordeon, sopiłki, fujara słowacka), Mirosław Samosiuk (śpiew, basbałałajka), Krzysztof Sawicki (mandolina, gitara), Magdalena Zinkow-Antoniuk (śpiew, bębny, instrumenty perkusyjne), Magdalena Kowalska (śpiew, sopiłki), Joanna Grabowska (śpiew), Maria Zdrajkowska (śpiew), Marek Ławreszuk (skrzypce), Romuald „Rakoś” Rakowski (zestaw perkusyjny)

Jubileusz 25-lecia

W niedzielę (25.11), o godz. 19, zespół obchodzić będzie ćwierćwiecze istnienia w Operze i Filharmonii Podlaskiej (ul. Odeska 1). Na scenie, oprócz Czeremszyny, wystąpią goście i przyjaciele:

* ukraińska Horyna, śpiewająca utwory z ukraińskiego Polesia;

* „Todar” Zmicier Wajciuszkiewicz (z którym zespół występuje często i chętnie, w 2010 roku nagrali razem płytę – „Co na sercu…”, zrealizowali też projekt poświęcony Puszczy Białowieskiej);

* śpiewający aktor Wojciech Wysocki;

* Staszek Jaskułka, góral, ekspert od folku, dobry duch festiwalu „Z wiejskiego podwórza”, który prowadzi z humorem festiwalowe koncerty.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.