Cóż za fantastyczny spacer... Zaglądamy wraz z Augustisem do domów przedwojennych białostoczan, wędrujemy z nim ulicami, wygłupiamy się w parkach, włazimy na drzewa. Dawni mieszkańcy Białegostoku są jak na wyciągnięcie ręki, choć minęło 80 lat. A teraz są jeszcze bliżej: właśnie ukazał się drugi album ze zdjęciami fotografa, który portretował Białystok lat 1935-38.
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Prawdziwy cymes dla miłośników fotografii i historii miasta. W 14 lat od odkrycia zbioru rolek i szklanych płytek Bolesława Augustisa, w osiem lat po wydaniu pierwszego albumu z jego zdjęciami, białostocki fotograf znów nas potężnie zaskakuje. Wydawałoby się, że przez kilkanaście lat prezentacji kolekcji na różne sposoby – w postaci albumu, w „Gazecie Wyborczej", w internecie, nic nas już nie zadziwi. A jednak karton z rolkami Augustisa nadal się nie wyczerpał i nadal funduje nam niesamowite niespodzianki: zaskakujące kadry, ujęcia, pomysły na zdjęcia.

To jak niekończąca się miejska przedwojenna opowieść. Fascynująca. O białostoczanach, którzy w większości choć nieznani, oddaleni o 80 lat, to jednak są niezwykle nam bliscy.

Marynarka i owce

Wybór 150 niepublikowanych fotografii, podobnie jak w przypadku poprzedniego albumu, przygotował Grzegorz Dąbrowski, który od początku pieczołowicie wykopiowuje kolejne zdjęcia, udostępnia na portalu albom.pl i dorobek Augustisa prezentuje na wystawach w Polsce i za granicą. W drugim albumie, wydanym przez Stowarzyszenie Edukacji Kulturalnej WIDOK, nie powtarza się ani jedno zdjęcie z pierwszej publikacji. I każde to osobny niezwykły świat: miasta sprzed wojny, eleganckich białostoczan, żartobliwych sytuacji, wydarzeń pełnych powagi, i uśmiechu też.

Zabawne jest zdjęcie eleganta ze zwiniętą marynarką w dłoni, który przechodzi przez ulice w towarzystwie... baranów i owiec. Zabawny jest chłopaczek z rękami w kieszeniach z zawadiackim uśmiechem, wystylizowany na małego cwaniaka. Takich łobuziaków Augustis zresztą uchwycił więcej – spojrzeć wystarczy na chłopca, który stoi z boku i szczerzy się szczerbatym uśmiechem do fotografa, a tymczasem w tle maszeruje pochód żydowskich robotników. Tłumnie idących białostoczan też zresztą znajdziemy w albumie sporo – Augustis towarzyszył im i podczas radosnych spacerów, i podczas żałobnych konduktów.

Na ulicy i w gęstwinie

Trzy dziewczyny wspięły się na drzewo w jakimś gęstym sadzie i uśmiechają się do fotografa. Ten zresztą w białostockie i podbiałostockie gęstwiny trochę powchodził: fotografuje dwóch mężczyzn, z których jeden wskoczył w objęcia drugiego i trochę się siłują, fotografuje kobietę leżącą w hamaku rozpiętym między drzewami, fotografuje grajka brzdąkającego na banjo gdzieś w lesie. O tym, że atmosfera jest sielska i błoga, świadczą czyjeś wyciągnięte leniwie nogi na pierwszym planie, choć kto jest ich właścicielem – już nie widać.

Jest sporo miejskich kadrów – w tym cudowne zdjęcie starszej okutanej kobiety, która właśnie zeszła z głównej ulicy (Rynku Kościuszki?) i weszła w zaułek, przechodzi pod łukowatą bramą, a tam już na ten moment czeka Augustis.

Z Cafe Oaza w Pałacyku Gościnnym wychodzą klienci, na pierwszym planie widać łagodne zaokrąglenie uliczki (dziś Kilińskiego), w sumie niewiele się w tym miejscu zmieniło. Przy tej samej uliczce z zakładu fotograficznego i jednocześnie ramiarskiego wychyla się kobieta, wygląda na ulicę, a jej samej przygląda się jeleń na rykowisku. Z obrazu stojącego na wystawie.

Są w albumie zdjęcia miejsc i obiektów, których już nie ma – jak ruiny cerkwi przy obecnej ul. Sienkiewicza czy drewnianej pięknej rotundy w parku. Parkowych zdjęć też jest dostatek, a każde inne, każde z historią

Przed domem i w środku

Augustis zagląda w podwórka – urocze jest zdjęcie dzieciaka pijącego wodę wprost ze szlaucha czy dwóch dziewczyn zaśmiewających się do rozpuku – jedna trzyma taczkę-wózek, druga właśnie z niego wypadła.

Zagląda do garażu, gdzie dwóch elegantów opiera się o auto; przypominają gangsterów ze starych dobrych amerykańskich filmów. Ach, ci przedwojenni mężczyźni w kaszkietach, w obowiązkowych kapeluszach, nawet podczas jazdy rowerem.

Fotografuje białostoczan przed domami, zagląda też do wnętrz. Cudownie kameralny, intymny i prześwietlony słońcem jest portret kobiety, która właśnie wychodzi na balkon, rozsuwa firanki, na firance przysiadł wielki papierowy motyl...

Jest w tej miejskiej sielance jednak coś, co czasem idylliczność przełamuje: pomazane szyldy żydowskiej redakcji, dziecięca trumienka, zdjęcie jakby pęknięte w pół.

Część z fotografii zrobiono na rok przed wojną. Nikt z bohaterów zdjęć nie spodziewał się, że za chwilę cały ich świat zniknie. My o tym wiemy.

Okładka książki 'Augustis 2.0'
Okładka książki 'Augustis 2.0'  Fot. materiały wydawcy

Ulicówki mniejszego formatu

Album wygląda nieco inaczej niż pierwszy. To rodzaj nowoczesnej książki fotograficznej, artystycznej i historycznej jednocześnie, zaprojektowanej przez Annę Nałęcką-Milach.

Tom liczy w sumie 224 strony, ale tak naprawdę jest ich więcej – ciekawym pomysłem są wklejki 48 stron mniejszego formatu z tzw. ulicówkami, czyli zdjęciami, do których Augustis najbardziej nas przyzwyczaił: to portrety białostoczan najczęściej idących ulicą w okolicy Kilińskiego, przy której miał swoją pracownię.

Publikacja zawiera też trzy teksty (również w języku angielskim) poświęcone kolekcji: Filipa Springera, Anety Prymaki-Oniszk i Grzegorza Dąbrowskiego. Album wydany został w nakładzie 1000 egzemplarzy, ukazuje się jako wydarzenie towarzyszące Dniom Białegostoku (miasto wsparło wydanie), a dostać go można w Galerii Arsenał i w Galerii im. Sleńdzińskich.

****

Jak z odkryciem Augustisa było?

W 2004 roku do naszej redakcji trafiła kolekcja, znaleziona przypadkowo w szopie przy ul. Bema przez dwóch bawiących się nieopodal chłopców – Rafałów i zabezpieczona przez Bogusława Kasperuka „Bobana” i Jerzego Osiennika „Sieńkę” z zespołu Zero-85, którzy nieopodal mieli próby. Wykopiowane fotografie publikowaliśmy w „Gazecie Wyborczej", opisywaliśmy kolekcję i historie czytelników, którzy rozpoznawali siebie i swoich bliskich na zdjęciach. Udało się odnaleźć siostrę Augustisa, Eugenię Senderacką, a dzięki niej ustalić kilka faktów z jego życia.

Fotograf przyjechał wraz z rodziną do Białegostoku z Nowosybirska w 1932 roku. Trzy lata później przy ul. Kilińskiego 12 otworzył swoje studio fotograficzne „Polonia-Film”. Portretował mieszkańców, najwięcej robiąc tzw. ulicówek na ul. Kilińskiego i Rynku Kościuszki. Ale wybierał się też z aparatem dalej. Gdy do Białegostoku wkraczają Sowieci, zostaje wywieziony na Syberię. Stamtąd Augustis przeszedł szlak bojowy z Armią Andersa, dotarł do Anglii. Do Białegostoku nigdy nie wrócił. Osiadł w Nowej Zelandii, zmarł w 1995 roku.

14 lat temu jego cudem zachowana kolekcja zaczyna nowe życie. I trwa do dzisiaj.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Bartosz T. Wieliński poleca
Więcej
    Komentarze
    Zaloguj się
    Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem