Wchodzisz do sali, na ścianach dziecięcy komiks, lasek, słoneczko, biedronki. Ale coś jest nie tak... Bo pod stopami czarne pogorzelisko? Bo rysunki, choć delikatne i na pozór radosne, mają czarno-białą tonację? Bo podłoga wygląda, jakby osiadła na niej sadza? Każda kolejna sekunda w tym miejscu zaczyna boleć.
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

I trudno uciec od myśli, jakby tu nagle zatrzymało się życie.

Zatrzymało się, rzeczywiście – 29 stycznia 1946 roku. Wtedy oddział Narodowego Zjednoczenia Wojskowego pod dowództwem Romualda Rajsa, ps. Bury, spalił białoruskie prawosławne Zaleszany na Białostocczyźnie i zamordował część mieszkańców wsi. Spłonąć w podpalonych domach mieli wszyscy – za rzekomą współpracę z bolszewikami. Ostatecznie zginęło 16 osób, wśród nich kobiety, w tym jedna w ciąży i malutkie dzieci.

Ta tragedia powraca w emocjonalnej, artystycznej formie dokładnie w 72. rocznicę mordu. Kilkaset kilometrów od Zaleszan, w Poznaniu, w tamtejszej galerii Arsenał, opowiedzieć o niej postanowiło dwoje znakomitych artystów związanych z Białostocczyzną – Małgorzata Dmitruk i Leon Tarasewicz.

embed

Mogli wybrać, co chcieli

To wystawa szczególna, niezwykle sugestywna, intensywnie działająca na emocje. Poraża już przy wejściu, uwiera. Nawet tych, którzy wchodząc do poznańskiego Arsenału, nie mieli backgroundu ani pojęcia nawet, że gdzieś na wschodzie Polski żołnierze podziemia mordowali bezbronną ludność cywilną. Dramat białoruskich mieszkańców podlaskich wsi przemilczany w polskich podręcznikach, przez lata spychany w rewiry niewygodnych tematów, na Podlasiu staje się coraz bardziej powszechnie znany. Ale niemal nieobecny jest ciągle w świadomości pozostałych regionów Polski.

Choć więc chciałoby się zobaczyć taką wystawę w Białymstoku, może i lepiej się stało, że z podlaską tragedią przetworzoną w wyjątkowej artystycznej formie zmierzą się ci, którzy wcześniej o niej w ogóle nie wiedzieli?

Temat urodził się po drodze.

Gdy kuratorka poznańskiej Galerii Arsenał Bogna Błażewicz zaprosiła Dmitruk i Tarasewicza do wspólnej pracy, zaproponowała, by w dzielonej razem przestrzeni poprowadzili ze sobą wizualną „rozmowę”. Nie narzuciła ani nie sugerowała tematu.

– Zależało mi jedynie, by na wystawie wybrzmiało wspólne artystom pochodzenie z Podlasia. Mogli więc wybrać, co chcieli. I bez długiego zastanawiania się, niejako w sposób naturalny i niemal odruchowy wybrali opowieść o tragedii w Zaleszanach. Szybko podzielili się przestrzenią. Decyzja była prosta: Małgorzata Dmitruk rysuje na ścianach, a Leon Tarasewicz działa na podłogach – mówi kuratorka.

'Zaleszany' wystawa Małgorzaty Dmitruk i Leona Tarasewicza w poznańskiej galerii Arsenał
'Zaleszany' wystawa Małgorzaty Dmitruk i Leona Tarasewicza w poznańskiej galerii Arsenał  Fot. Grzegorz Dąbrowski

Żałobna podłoga

Oboje zdecydowali się na czarno-białą tonację wystawy. Co też jest szczególne – malarstwo Tarasewicza, jego olbrzymie przestrzenne instalacje przecież zwykle iskrzą jaskrawymi kolorami. W Poznaniu jednak tym razem malarz nie zalał podłogi feerią barw, a czarno-szarym betonem, pokrytym gruzłami i naciekami. Widz wśród zarysów fundamentów stąpa, jakby szedł po odkrytym archeologicznie fragmencie spalonej przestrzeni. Głowę ma na wysokości rysunków tak charakterystycznych dla Dmitruk, stopy zaś zdają się grzęznąć w pogorzelisku.

I właśnie ten zestaw – dziecięco-ludowy, pełen prostoty, na pozór radosny komiks i żałobna podłoga, wizualna opowieść o życiu i jego zatrzymaniu – uwiera najbardziej. Wprowadza tak mocny emocjonalny dysonans, że chwyta za gardło już przy wejściu. To tak jakby znaleźć się jednocześnie w baśni i krainie śmierci.

Zarysy w podłodze przynoszą różne skojarzenia – te najbardziej dosłowne, i te mniej. Są jak grobowe jamy, cmentarne kwatery. Są też jak resztki spalonych domów. Kolejne kroki są jak rozpoznawanie terenu. Tu, w wiejskiej biednej chacie, mógł być przecież alkierz, tu mogła być kuchnia lub spiżarnia.

'Zaleszany' wystawa Małgorzaty Dmitruk i Leona Tarasewicza w poznańskiej galerii Arsenał
'Zaleszany' wystawa Małgorzaty Dmitruk i Leona Tarasewicza w poznańskiej galerii Arsenał  Fot. Grzegorz Dąbrowski

Ludziki w jamach

A tymczasem na ścianie zdaje się rozgrywać zwykła wiejska historia. Choineczki rosną piętrami, zza pnia wygląda jakiś zwierzak, trójka rowerzystów jedzie wśród drzew, jadą też furmani, rosną grzyby, przemykają biedronki, jest studnia, w dali widać kopuły cerkiewek, ktoś doi krowę, ktoś zbiera grzyby... Ale wystarczy przyjrzeć się pewnym szczegółom albo obrócić się do jednej ze ścian, by radosny nastrój tych stylizowanych na dziecięce rysunków okazał się zwodniczy. Czarne słońce otwiera usta jak do krzyku, zwierzaki mają przestraszone oczy, a na jednej ze ścian w narysowanym pagórku w jamach leżą ludziki. Samotnie, w parze, w kobiecym brzuchu.

Dziecięca perspektywa świata, w którym nagle zatrzymało się życie, za pomocą rysunków staje się na swój sposób mityczną opowieścią o czasie przed. Czarno-rdzawa podłoga zaś opowieścią o czasie po. Razem, w artystyczny sposób zderzający dwa porządki, opowieści układają się w zaleszański mit. Przejmujący i sięgający do trzewi.

Właściwie można by już nic nie mówić. Ale mówić o tragedii trzeba więcej, szczególnie tam, gdzie o Zaleszanach i krwawym rajdzie „Burego” po innych podlaskich wioskach się nie wie. Dlatego bezcennym i bardzo wymownym kontekstem poznańskiej wystawy jest film znakomitej dokumentalistki Agnieszki Arnold – „Bohater” z 2002 roku, który Wielkopolanom i ludziom spoza Podlasia pozwala lepiej zrozumieć historię 1946 roku.

Projekcja w formie zapętlonego pokazu towarzyszy wystawie. I – jak twierdzi kuratorka – mocno i dobitnie uzasadnia potrzebę jej powstania.

'Zaleszany' wystawa Małgorzaty Dmitruk i Leona Tarasewicza w poznańskiej galerii Arsenał
'Zaleszany' wystawa Małgorzaty Dmitruk i Leona Tarasewicza w poznańskiej galerii Arsenał  Fot. Grzegorz Dąbrowski

Kosmos na ścianach

Rysunkowo-graficzny styl Małgorzaty Dmitruk od początku bardzo świadomie i konsekwentnie zakorzeniony jest w tradycji i kulturze rodzinnego pogranicza polsko-białoruskiego. Jest w jej rysunkach czułość, wzruszenie, cała paleta drobiazgów i szczegółów wydobytych z dzieciństwa. Wszystko to pobrzmiewa i w tym projekcie. Ale w przypadku wystawy „Zaleszany” odtwarzanie na ścianach mitycznego wiejskiego świata z tamtych okolic, artystyczne przetwarzanie tej tragedii było bardzo trudnym, emocjonalnym doświadczeniem.

– Zaleszany nie są moją rodzinną wsią, ale okoliczne wsie i krajobrazy – Saki, Toporki, cerkiew św. Dymitra w Sakach – położone od Zaleszan w odległości kilometra-dwóch już tak. Stamtąd pochodził mój tato. Przyjeżdżałam tam bardzo często w dzieciństwie. Schodziłam wielokrotnie na piechotę te tereny. Wszystkie te miejsca, strony, lasy i ludzie są mi bardzo bliskie – mówi artystka.

Doświadczenie Zaleszan przez Leona Tarasewicza jest inne.

– Wielokrotnie podróżowałem po wielkich miastach, wielkich cywilizacjach, szczególnie starożytnych i zawsze te inne miasta dawały mi kontekst do myślenia o przyszłości i przeszłości. Dziś, myślę, identycznie jest tak wobec zaleszan, które są dla nas takim antycznym miejscem na Białostocczyźnie. Razem z Małgosią staraliśmy się stworzyć ponadczasową jakość miejsca, które tworzy w naszej pamięci nową mitologię – mówi Leon Tarasewicz.

'Zaleszany' wystawa Małgorzaty Dmitruk i Leona Tarasewicza w poznańskiej galerii Arsenał
'Zaleszany' wystawa Małgorzaty Dmitruk i Leona Tarasewicza w poznańskiej galerii Arsenał  Fot. Grzegorz Dąbrowski

Urodzony na Białostocczyźnie malarz, mieszkający i tworzący w Waliłach pod Gródkiem, po raz pierwszy o Zaleszanach usłyszał, będąc w świętym dla prawosławnych miejscu – Górze Grabarce. – Tam się dowiedziałem o tej historii. Usłyszałem też jak kobiety śpiewały identycznie jak kiedyś guślarze czy poeci wyśpiewujący przeszłość. Małgosia wykonała cały kosmos na ścianach, ja po prostu starałem się dopasować i nadać temu dodatkową jakość. Chodziło nam o to, by to była sztuka, a nie historia czy dziennikarstwo. To bardzo ważne, by Zaleszany znalazły się w sztuce. Stały się naszą nową mitologią z Białostocczyzny – mówi Tarasewicz.

Wołanie o pamięć

Artyści i kuratorka podkreślają, że nie jest ich zamiarem ani prowokacja, ani rozliczanie. A upomnienie się o pamięć. Punktem wyjścia jest tragiczna historia, ale najważniejsze jest skupienie się na tym, co jest w niej ponadczasowe i uniwersalne – pewna prawda o człowieczeństwie.

Kuratorka: – Pamięć o krzywdzie, więcej – o zbrodni nie jest polityczna. Jest ludzka, głęboko i boleśnie. Jest w niej żal i bezsilność, często gniew, choć on, na szczęście, mija najszybciej. Wystawa dwojga artystów pochodzących z Podlasia – Małgorzaty Dmitruk i Leona Tarasewicza – jest upomnieniem się o prawdę historyczną i o pamięć. Jest hołdem złożonym ofiarom, a nie wezwaniem do rozliczeń i ocen. „Zaleszany” nie są artystyczną prowokacją czy kolokwialnie mówiąc „wsadzeniem kija w mrowisko”, lecz przejmującym w swym wyrazie wołaniem o prawdę. I co za tym idzie o szacunek dla tych, którzy w straszliwych okolicznościach stracili życie.

Ludobójstwo

Tragedia Zaleszan, w których 29 stycznia 1946 roku oddział Romualda Rajsa, ps. Bury, zamordował 16 mieszkańców, to tylko część krwawej podróży „Burego” przez Białostocczyznę na przełomie stycznia i lutego 1946 roku.

W 1949 roku „Bury” został skazany na śmierć za masakrę ludności cywilnej (ustalono, że odpowiada za śmierć 79 cywilów w kilku podlaskich wioskach białoruskich: m.in. Zaniach, Szpakach, Zaleszanach, Wólce Wygonowskiej, Koncowiźnie).

Proces odbywał się w Białymstoku. Rajsa stracono 30 grudnia. W 1995 roku sąd wojskowy na wniosek rodziny zrehabilitował „Burego” i przyznał jej odszkodowanie.

Uzasadnienie: „działania (...) miały na celu zapobieżenie represjom wobec bliżej nieokreślonej liczby osób prowadzących walkę o niepodległy byt Państwa Polskiego”. Wydane przez „Burego” rozkazy pacyfikacji ludności cywilnej sąd nazwał „stanem wyższej konieczności, który zmusił ich [oddział „Burego”] do podjęcia działań nie zawsze jednoznacznych etycznie”. Był to jeden z wielu wówczas procesów rehabilitacyjnych osób skazanych przez stalinowskie sądy za walkę w podziemiu.

W kolejnych latach sprawą ponownie zajął się Instytut Pamięci Narodowej – przebadał dokumentację, zeznania blisko 170 świadków i materiały z ekshumacji mieszkańców pacyfikowanych wsi. Uznał, że brak dowodów, by ofiary „działały w strukturach państwa komunistycznego, a ich działanie było wymierzone w rozbicie tej organizacji podziemnej”.

Instytut stwierdził też, że motywem zabijania cywilów było „skierowanie działania przeciwko określonej grupie osób, które łączyła więź oparta na wyznaniu prawosławnym i związanym z tym określaniu przynależności tej grupy osób do narodowości białoruskiej”. IPN uznał to za chęć „wyniszczenia części tej grupy narodowej i religijnej”, a samą zbrodnię „za noszącą znamiona ludobójstwa”.

****

Niestety „Bury” w środowiskach prawicowo-nacjonalistycznych nadal gloryfikowany jest jako bohater narodowy. Po raz trzeci stanie się też bohaterem marszu organizowanego w Hajnówce w sobotę (24.02). Marsz, podobnie jak w latach poprzednich, będzie prowokacją wymierzoną w miejscową ludność białoruską, dla której zbrodnie dokonane na ich przodkach przez żołnierzy „Burego” są wciąż żywą niezabliźnioną raną.

icon/Bell Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Mikołaj Chrzan poleca
Więcej
    Komentarze
    Zaloguj się
    Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem