Setki opowieści, wspomnień, anegdot. Historie zabawne i dramatyczne. Z blisko 700 kart opasłego tomu wysypują się postaci, tak emocjonalnie opisane, że zdają się być na wyciągnięcie ręki. Nie ma już ich, nie ma też ich miasteczka. Ale przetrwali w kronikarskim zapisie - dzięki "Księdze Pamięci Żydów Bielska Podlaskiego". Promocja polskiego przekładu - w piątek (26.01) o godz. 17 w Centrum im. Zamenhofa.
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Niezwykła to księga, absolutnie unikatowa. Choć wydana w 1975 roku, to polski czytelnik, dzięki uporowi kilku osób, dopiero teraz może wreszcie ją przeczytać w polskim przekładzie. Rzecz tym bardziej imponująca, że to pierwsza taka żydowska księga pamięci dokumentująca podlaską miejscowość, wydana po polsku.

Co się z tymi naszymi Żydami stało? Dlaczego zniknęli? Nie pamiętam, by ktoś o tym wspominał

Siedem lat pracy

Opasły zbiór tworzą wspomnienia ponad 60 dawnych żydowskich mieszkańców Bielska, którzy po wojnie spisali opowieści o rodzinnym mieście. Zapamiętanym czasem jak Arkadia, a czasem nie. To Bielsk w kształcie już dziś nieistniejącym, ale wrytym w ich pamięć na zawsze. Autorzy wspomnień wojnę przetrwali, bo wyjechali z Bielska i kraju na kilka, kilkanaście lat przed II wojną światową, albo też cudem udało im się przeżyć Holocaust w Polsce.

Po latach ich wspomnienia zbierały dwie organizacje bielskich Żydów: Ziomkostwo Polskie w Izraelu oraz United Bielsker Relief w USA. Chodziło o to, by zachować wspomnienie dawnego żydowskiego życia w miasteczku, nie pozwolić na zatarcie w pamięci jego mieszkańców. I by opowiedzieć o Zagładzie.

Takich ksiąg pamięci po II wojnie światowej powstało mnóstwo – szacunki mówią o blisko 540 takich publikacjach dotyczących miejscowości znajdujących się w granicach II RP. Odnajdujący się po wojnie ich mieszkańcy, czasem jako jedyni z rodzin, stawiali sobie za najważniejszy cel zachowanie pamięci o swej małej ojczyźnie. I tak się też stało w przypadku mieszkańców Bielska Podlaskiego. Swoje wspomnienia spisywali w języku jidysz, hebrajskim oraz angielskim. A te złożyły się na 700-stronicową publikację, którą wydano w 1975 roku w Tel Awiwie.

Trzeba było jednak ciężkiej pracy wielu osób, zaangażowania i społecznikowskiej pasji, by wreszcie udało się „Księgę Pamięci Żydów Bielska Podlaskiego” wydać w języku polskim. Trzeba było siedmiu lat pracy nad polskim wydaniem, przebrnięcia przez problemy finansowe, przekładu z trzech języków, pracy redaktorskiej (praca nad samą redakcją przekładu trwała rok) – aż w końcu się udało.

Księga (pod redakcją – Wojciecha Konończuka i Doroteusza Fionika) ukazała się właśnie nakładem Muzeum Małej Ojczyzny w Studziwodach, dzięki wsparciu finansowemu Urzędu Marszałkowskiego, Urzędu Miasta Bielsk Podlaski i Żydowskiego Instytutu Historycznego (co istotne – budżet udało się zmniejszyć m.in., dzięki temu, że dwójka redaktorów tomu od początku pracowała społecznie).

REPRODUKCJE AGNIESZKA SADOWSKA

Historie z dzieciństwa i lista ofiar

To przedsięwzięcie absolutnie unikatowe, jako że dotychczas w całości lub w wyborze ukazało się zaledwie kilkanaście polskich przekładów Ksiąg Pamięci. W przypadku Podlasia – to pierwsza. Bielska księga pamięci jest bowiem pierwszym tłumaczeniem tego typu, odnoszącym się do regionu. Jest też najobszerniejszą z wydanych dotychczas w Polsce.

Jak wyliczają redaktorzy – województwo podlaskie w swoich obecnych granicach ma łącznie 44 księgi pamięci. Pięć zostało napisanych przez Żydów z Białegostoku, cztery – z Suchowoli, trzy – z Łomży (polskie wydanie Księgi Pamięci Łomży przygotowuje Łomżyńskie Towarzystwo Naukowe im. Wagów), po dwie – Brańska, Ciechanowca, Goniądza, Krynek, Tykocina i in. Żadna jednak nie została opublikowana po polsku (w przypadku Tykocina – Sefer Tiktin przetłumaczyła w części Ewa Wroczyńska, ale książka nie została wydana).

– Polska wersja „Księgi Pamięci Żydów Bielska Podlaskiego” jest pełnym przekładem oryginalnego wydania, uzupełnionym dodatkowo o sześć tekstów. Zostały one napisane na naszą prośbę w ciągu ostatnich kilku lat przez dawnych żydowskich mieszkańców miasta lub ich potomków. W jednym przypadku jest to obszerny fragment niepublikowanego wcześniej manuskryptu wspomnień bielszczanina mieszkającego w USA – pisze Wojciech Konończuk w przedmowie. – Księga pamięci Bielska została pomyślana jako „coś więcej niż tylko tom wspomnień”, wręcz ostatni pinkas (kronika) bielskiej gminy żydowskiej. Publikacja przedstawia bardzo szerokie spektrum życia społecznego, religijnego, ekonomicznego i kulturalnego miasta, w który Żydzi czuli się współgospodarzami i które postrzegali jako swój dom. Oddzielne bloki tematyczne dotyczą Zagłady, życia po wojnie oraz przedstawiają sylwetki wybranych bielszczan zmarłych po wojnie w Izraelu.

W polskim przekładzie znalazła się też – niepełna – lista mieszkańców miasta, którzy stracili życie w trakcie Holokaustu – ponad 1700 nazwisk. Między wspomnieniami umieszczono zaś ponad 160 przedwojennych zdjęć, z których część pochodzi z oryginalnego wydania, reszta zaś z archiwów domowych potomków bielskich Żydów oraz archiwów zagranicznych.

REPRODUKCJE AGNIESZKA SADOWSKA

Czyste emocje

I choć – jak pisze Haim Rabin, redaktor wydania izraelskiego z 1975 roku – „komitet redakcyjny dołożył wszelkich starań, aby opowieści wolne były od przesady i nostalgii” – to nostalgii w publikacji jest mnóstwo. I dobrze. To niezwykle emocjonalna księga, pełna mroku (wspomnienia spisywane są przez pryzmat Holocaustu), ale i śmiechu. Wspomnienia są niekiedy wyidealizowane, pozbawione czasem obiektywizmu, nie ma tu chłodnej analizy historycznej. Ale to, co dla niektórych jest minusem takiego materiału, dla innych jest jego największą wartością. To emocje, to życie.

„Osoby tworzące tę księgę polegały wyłącznie na swojej pamięci, więc ich przekaz może nie być w pełni obiektywny. Mimo wszystko mamy poczucie, że możemy ten tom zaakceptować jako w miarę autentyczne źródło, gdyż porównując szczegóły z różnych opowieści, doszliśmy do wniosku, że są one tak dokładne, jak to tylko możliwe” – pisze Haim Rabin.

Subiektywność „Księgi” jest oczywista, warto ją czytać więc też w zestawieniu z innymi źródłami historycznymi. Redaktorzy postarali się, by w polskim tłumaczeniu znalazły się przypisy, bez których wiele informacji i kontekstów pozostałoby niejasnych. Są też biogramy autorów.

Niektórzy z nich mają prawdziwy talent literacki, a ich wspomnienia chłonie się wręcz jak powieść (tu słowa uznania dla tłumaczek z hebrajskiego i jidysz – Małgorzaty Lipskiej i Anny Szyby, które stanęły przed trudnym wyzwaniem, by, przy zachowaniu stylu poszczególnych autorów, uczynić teksty zrozumiałe dla polskiego czytelnika).

Kopista, tłumaczka, chrześcijański duchowny. O białostockich Żydach

Di Zajdene Torbe

Taka jest choćby rozpoczynająca tom opowieść Cwi Ben-Daata (1904-1970), syna bielskiego rabina Moszego Aarona Bendasa, z wykształcenia nauczyciela, który w 1925 roku wyemigrował do Palestyny.

Cwi pisze tak:

„Każde miasteczko w naszym regionie miało jakiś przydomek. Czy to chwalebny, czy obraźliwy, czy też coś upamiętniający. Nasze też taki miało: Di Zajdene Torbe. Torbe, to torba biedaka, zajd – jedwab. Oznacza to, że nie było w Bielsku bogaczy, byli biedacy, ale ci biedacy byli z jedwabiu. Sakwojaż mieli podarty, zniszczony, ale z jedwabiu. Nasze miasteczko nie wyróżniało się w produkcji przemysłowej. Ale za to miało reputację i splendor; słynęło z serdecznych stosunków między ludźmi, z czystości miasta, kształtu pięknych ulic i instytucji. W tym Bielsk przewyższał zamożniejsze miasta i dlatego nazywano to miasteczko Di Zajdene Torbe.(...)

Wśród gojów były osoby znające jidysz, nawet ksiądz znał jidysz. Nieraz ksiądz dawał list gojowi, którego nabrali Żydzi i ten goj przychodził do nas do domu, do mojego błogosławionej pamięci ojca, bielskiego rabina, z karteczką: „Znam tego chłopa, sprzedaż konia, całego jego majątku... i proszę, na ile to możliwe, abyście pomogli w zwróceniu temu gojowi tego, co mu odebrano”. Wówczas wzywano Żyda i wychodzono z nim na rozmowę do drugiego pokoju.

Jako dziecko podsłuchiwałem przez drzwi i pamiętam słowa „rabi”, „utrzymanie”. Nie raz, i nie dwa, przychodzili wspólnie Żydzi i goje, by się sądzić u miejskiego rabina. Do rabina odnoszono się z zaufaniem. Rabin miał też dostojny wygląd, który budził respekt i uznanie. Taką aparycją wyróżniał się u nas zwłaszcza dziadek, ale dostojny wygląd był u nas rodzinny.

Dziadek nie chciał się rozstać ze swoją jedyną córką, kochał ją miłością bezgraniczną. Więc gdy wybierał dla niej narzeczonego, postawił warunek: nie może się z nią rozstać.

A jak wybrał narzeczonego? Wszedł do jesziwy i rozmawiał ze studentem o sprawach Tory. Gdy doszli do porozumienia, powiedział mu: „Niechże będzie ci wiadome, drogi studencie, że ja nie rozstaję się z córką. Musisz wiedzieć, że mój dom zakładasz u mnie. Ja się starzeję, niedługo zajmiesz moje miejsce, a jeśli nie chcesz, to ty będziesz rabinem, a ja przybędę do ciebie. Nawet jeśli mnie wypędzisz, ja się z córką nie rozstanę”. Tak też się stało, i mój ojciec prowadził rabinat jeszcze za życia starca. Proponowano rabinat ojcu w innym miejscu. Ale to nie wchodziło w grę. Zawarł dżentelmeńską umowę na całe życie (...)”.

REPRODUKCJE AGNIESZKA SADOWSKA

Chwile zagrożenia

Cwi wspominał: – Bielsk to było to miasteczko o charakterze wiejskim. Nie było rodziny, która nie miałaby krowy. Rankiem wyprowadzało się ją z podwórka i był jeden żydowski szajgec, który zbierał wszystkie żydowskie krowy i prowadził je na pastwisko (...).

Goje mieli poczucie, że Żydzi ich oszukują. Jednak każdy goj miał Żyda, któremu wierzył. Zwłaszcza gdy potrzebował tego swojego Joska, polegał na nim. Ponieważ goj nie umiał czytać ani pisać – stale potrzebował jakiejś żydowskiej rady (...). Stosunki między sąsiadami były dobre, ale bywały też dla Żydów chwile zagrożenia. W czasie poboru i zaciągu do wojska np. przybywało ze wsi wielu „szkocim”, którzy lubili upijać się i rozrabiać. A przy tej okazji nierzadko budziła się w nich ochota na uciechę w formie drobnego pastwienia się nad Żydami. Wtedy natychmiast przystępowano do obrony, oczywiście nie z bronią palną, ale z siłą i duchem, A tę, ma się rozumieć, dawali w większości rzeźnicy. Ludzie stali gotowi z siekierami w drzwiach. I nie doszło do tego, czego się obawiano. Wiedzieli, że uszczerbek u Żyda nie przejdzie bez adekwatnej reakcji, więc panowała cisza i dobre stosunki. Gdy byłem w Palestynie, doszło do jednej z prób pogromu. Ja emigrowałem w 1925 roku, a te pogromy były później. Ale napastnikom dano nauczkę – syna jednego z włodarzy miejskich, studenta z Warszawy wytargano jak piłkę do gry i uczyniono kaleką do końca życia. Były proces i nieszczęścia za nieszczęściami, ale Żydzi zrobili swoje. Z miejsca nastąpiła odpowiedź. Służyło to też jako ochrona przed antysemityzmem – jeśli cię szanują, nie nienawidzą cię”.

Eden, kochanka, święte miejsce. Białystok w oczach Żydów

Czekali na fraki

Cwi wspominając, dobrze się też bawi:

„Swego czasu dotarła do wojewody (białostockiego) wiadomość, że ma przyjechać angielska delegacja handlowa w sprawie drzewa z Białowieży i trzeba ich godnie powitać na stacji kolejowej. Najwyżsi polscy urzędnicy zjawili się na stacji przekonani, że przybędą do nich lordowie ubrani w cylindry i fraki. Cały eksport drewna (z Puszczy Białowieskiej) szedł wówczas do Anglii i chciano przypochlebić się Anglikom. Jednak okazało się, że przedstawicielami brytyjskiej firmy byli żydowscy handlarze z Łodzi. Wszyscy przybyli w długich ubraniach: tacy pobożni Żydzi w kapotach i kaszkietach byli reprezentantami brytyjskiej firmy. Polską elitę Bielska poraziło ze zdumienia. Złość zapłonęła w nich jak ogień, ale byli zmuszeni ją poskromić i przyjąć delegację z szacunkiem.

Miasteczko zaś przez długie lata tarzało się ze śmiechu na wspomnienie tej sceny, kiedy to nadęci Polacy czekali i czekali i nawet nie zwrócili uwagi na przybyszów. Czekali na cylindry i fraki, aż pomyłka wyszła na jaw i musieli biegiem ją naprawiać i gości przyjąć po królewsku.(...)

W białowieskich lasach była letnia rezydencja cara, a Bielsk był zawsze przystankiem na jego drodze ku letniej wyprawie na łowy. W Bielsku było rozgałęzienie kolei i na trasie Bielsk – Białowieża następował specjalny postój. Powiadają, że gdy car przejeżdżał przez miasto, wszystko musiało być zamknięte na cztery spusty, by nie ujrzał go człowiek ani zwierzę”.

REPRODUKCJE AGNIESZKA SADOWSKA

Mord rytualny

Aaron Lejzer Sztejnberg (1897-1983) syn bielskiego kupca, absolwent studiów w Berlinie, który do Palestyny z żoną wyemigrował przed 1939 rokiem, wśród swoich wspomnień zamieszcza taką opowieść:

„W mieście były dwa progimnazja (niepełna czteroklasowa szkoła) i jedna szkoła miejska. W tejże szkole uczyliśmy się od samego początku, potem zmieniono ją na tzw. „wysszeje naczalnoje ucziliszcze”, gdzie na 200 uczniów przyjmowano jedynie 8 Żydów. Władze po prostu nie chciały umożliwić rozwoju Żydom. Ale nie pamiętam, byśmy odczuwali antysemityzm w szkole.(...) Poza innymi przedmiotami uczyliśmy się także dawnego języka rosyjskiego – staro-cerkiewno-słowiańskiego. Jego nauczycielem był ksiądz prawosławny, dość miły i akceptowany przez nas goj. Nazywaliśmy go batiuszka: czyli „tatuś”, „tatunio”. Odczuwaliśmy z jego strony liberalizm w stosunku do nas.

W tym samym czasie działa się sprawa Bejlisa [kijowski Żyd, oskarżony w 1911 roku o mord rytualny na chrześcijańskim chłopcu, w 1913 roku uniewinniony] – to mroczne i ostatnie na świecie oskarżenie o mord rytualny, które wstrząsnęło całym żydowskim światem i liberalną częścią świata nieżydowskiego. Chcieliśmy wiedzieć, co na ten temat sądzi batiuszka. Wstał nasz przyjaciel Bronsztejn z mojej klasy i zapytał, czy batiuszka wierzy, że Żydzi potrzebują krwi chrześcijańskich dzieci na mace i czy wierzy, że Żydzi w ogóle potrzebują krwi. Ksiądz nie wahał się nawet przez chwilę. „Nie – odparł. Nie wierzę. Wymysły i tyle. Głupoty, które trzeba obalić. Po prostu obalić”.

Ulżyło nam, radość w naszym domu! Zaraz wrócimy do domu i opowiemy o tym dziwie nad dziwy. W tym momencie wstał jednak inny uczeń z klasy – Polak właśnie, więc także syn narodu prześladowanego przez Rosjan. Powiedział: „Jak batiuszka może wątpić, skoro w gazecie jest przecież napisane, że Żydzi to robią. Używają krwi chrześcijanina do swoich mac”. Liberalny batiuszka natychmiast zmienił zdanie. „Tak jest napisane w gazecie? Tak, tak to znaczy że to fakt i że trzeba w to wierzyć”.

Żyd Niemalowany. Niezwykłe portrety i wycinki prasowe sprzed stu lat

Czysto i ładnie

Fania Grinberg (urodziła się w Bielsku, ukończyła gimnazjum we Włodzimierzu Wołyńskim, potem mieszkała w Kijowie i Charkowie, w 1926 roku trafiła na Syberię, w 1927 roku wyemigrowała do Palestyny. W 1937 roku odwiedziła rodzinne miasto):

„Ludzie w Bielsku byli biedni, ale szanowani. Bielszczanie byli obdarzeni zmysłem estetycznym, cechowała ich czystość i dbałość o ubiór. Jedną z rzeczy charakterystycznych dla miasta było to, że nie widziałam prawie nikogo z Bielska, kto nie ubierałby się ładnie. Wszystko to było związane z pojęciem Zajdene Torbes (...).

Mieliśmy wielu nieżydowskich przyjaciół i nie czułam się, że jestem Żydówką i że jest w tym coś niecodziennego. Jednocześnie panował powszechny duch żydowski, byliśmy nastawieni bardzo narodowo. Nie było u nas ludzi bardzo pobożnych. Matka Bendasa, stara rabinowa, była jedyną kobietą noszącą perukę”.

Jak na innej planecie

Arkadyjsko wspomina Bielsk Podlaski też urodzona w Jerozolimie, kształcona w Berlinie piosenkarka, znawczyni muzyki sefardyjskiej Bracha Zefira (1910-90), która odwiedziła Bielsk w 1930 roku, w ramach tournee po Polsce.

„Wcześniej wystąpiłam w Warszawie. Można powiedzieć, że Warszawa zdumiewała, budziła podziw, robiła wrażenie. Jednak moje serce pozostało wobec niej obojętne. Po Warszawie była zadymiona i zamglona Łódź z jej drętwym żydostwem, zamkniętym na poezję, czy inne sprawy ducha. Niedostępny był także Białystok, cały schowany w niebycie, w cieniu swojego Gimnazjum Hebrajskiego. Moja podróż po Polsce pełna była przygnębienia. Ale wszystko to były przelotne impresje, tworzące ogólne wrażenie posępnych miast i miasteczek, w których nie było niczego, co mogło poruszyć serce piosenkarki – wciąż jeszcze dziecka o duszy otwartej na to, co nowe, inne zaskakujące.

Aż dotarłam do Bielska.

Naraz – jakbym trafiła na inną planetę. Nagle znalazłam miasto zadziwiająco czyste, z wyszorowanymi ulicami i domami bielejącymi czystością. W bielskich ulicach było coś, czego nie miały inne odwiedzone przeze mnie miasta. Zdawało mi się, że Bielsk jest miastem ludzi rozpieszczonych, którzy nawet w ubóstwie nie mogą ścierpieć brudu i posępności. Jakby ciągle byli zajęci pucowaniem swego miasta. (...) Publiczność była odświętna. A młodzież bielska była wspaniała, dobrze wychowana, przepełniona radością. To ją najtrudniej mi zapomnieć. Gdy przypominam sobie, z jakim podnieceniem ci młodzi stali, czekając na nasze autografy, jak ich oczy błyskały nadzieją, że zaraz i za chwilę oni staną się uczestnikami wspaniałej twórczości narodowej... Serce mi się kraje, że tego nie doczekali. I ból jest ogromny”.

******

Promocja „Księgi Pamięci Żydów Bielska Podlaskiego” – piątek (26.01), godz. 17 (Centrum im. Zamenhofa, ul. Warszawska 19) – w przeddzień Międzynarodowego Dnia Pamięci o Ofiarach Holokaustu.

Podczas promocji będzie możliwość zakupu książki.

REPRODUKCJE AGNIESZKA SADOWSKA

Gośćmi spotkania będą redaktorzy polskiego wydania:

Wojciech Konończuk

pracownik Ośrodka Studiów Wschodnich w Warszawie; przygotowuje pracę doktorską na temat historii Żydów w ziemi bielskiej w okresie rozbiorów.

Doroteusz Fionik

założyciel Muzeum Małej Ojczyzny w Studziwodach; autor kilkunastu książek z zakresu historii i kultury Podlasia; redaktor i wydawca almanachu „Bielski Hostineć"; animator kultury białoruskiej.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej
    Komentarze
    Zaloguj się
    Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem
    Bardzo ciekawa,w całości przetłumaczona na angielski,jest Księga Pamięci Sokół,gdzie unikatem jest dziennik Michaela Maika pisany w bunkrze gdzie ukrywał się z synem.Jako świadectwo spisywane na bieżąco jest szczególnym dokumentem czasu zagłady jak też opisem przedwojennego sztetla
    już oceniałe(a)ś
    3
    0