Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

– Mimo że mam milion lat, to ci gówniarze lepiej o mnie pamiętają niż ja sam – z czułością mówi o swoich młodszych kolegach ze sztabu Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy Andrzej Piotrowski. Wolontariusz legenda.

Miliona jeszcze nie ma, zaledwie sześćdziesiątkę na karku. Całkiem zresztą sprawnym, pozwalającym mu przemierzać motorem Europę. I kwestować calutki mroźny dzień – pewnej styczniowej niedzieli – z godną podziwu regularnością, rokrocznie przynosząc do sztabu jedną z najcięższych puszek. Z „gówniarzami” w kontakcie jest na co dzień, mimo że nie ma konta na Facebooku. Dzwonią do siebie, gadają, lubią się po prostu. Przed niedzielnym 26. Finałem Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy skrzykują się częściej. Wszystkie ręce na pokład!

Sprzęt z serduszkiem na wagę złota. Co mamy dzięki Orkiestrze

Szpitalna nędza z bliska

Andrzej Piotrowski mieszka w podbiałostockich Łapach, do niedawna jeszcze prowadził własną działalność gospodarczą. W 1990 roku dowiedział się, że jego mały syn Piotruś cierpi na raka. Szok, stres, szybka decyzja o terapii na oddziale onkologicznym białostockiego Dziecięcego Szpitala Klinicznego. I podział ról pomiędzy rodzicami – żona Joanna zajęła się córeczką Magdą, a Andrzej praktycznie zamieszkał z Piotrkiem na oddziale. Dzięki zaufaniu i sympatii personelu mógł przebywać z dzieckiem prawie przez całą dobę. Choć skupiony na małym, nie mógł nie dostrzec szpitalnej mizerii. – Syf i nędza – mówi bez ogródek. – Dziś to niewyobrażalne, jak szpitale mogły kiedyś wyglądać. Nawet okien na piętrze nie było, wiatr hulał...

Dowiedział się z mediów, że będzie w Warszawie jakaś zbiórka pieniędzy na sprzęt medyczny, i długo się nie zastanawiał, dołączył. Wraz z całą rodziną. Wciągnął żonę i dzieciaki, wszyscy kwestowali podczas pierwszego historycznego finału WOŚP.

– Nie kierowaliśmy się tym, że nasz syn potrzebuje pomocy. Po prostu codzienność pokazała, że jak w materii wyposażenia placówek medycznych nic się nie zmieni, to będzie bardzo źle – tłumaczy Andrzej „Bocian” Piotrowski. "Bocian" to jego ksywka z motocykla obowiązująca między kolegami. Jej pochodzenie wzięło się z tego, że mieszka na ulicy Bociańskiej, a dzielnica, gdzie mieszka, to Łapy-Bociany.

Andrzej Piotrowski, Święty Mikołaj z WOŚPAndrzej Piotrowski, Święty Mikołaj z WOŚP Archiwum prywatne

Święty Mikołaj i Merry Christmas

Piotrek miał trzy wyroki, za każdym razem wyrywali go śmierci.

– Może na jeden grosz skorzystaliśmy z Orkiestry – przyznaje Andrzej. – Pierwsza nasza styczność ze sprzętem z serduszkiem to było wtedy, gdy miał operację w Rabce. Ordynator zawołał mnie i pokazał, co dostali zaledwie dzień wcześniej. Gdyby sprzęt przyszedł jeszcze dzień wcześniej, Piotrek nie miałby rozciętego mostka, tylko małą bliznę. Ale za to skorzystaliśmy trochę z pomp infuzyjnych do podawania chemii.

Chłopak musiał mieć wyciętą nerkę, nie ma też kawałka wątroby i płuc. Ale to już nie mały Piotruś, tylko pan Piotr. Ma 36 lat, skończył studia w Warszawie i tam został. Magda wyszła za mąż w Holandii. Obydwoje wspierają rodziców, którzy bez reszty angażują się w Orkiestrę Owsiaka. A jak zabrakło dzieci obok, to wcale nie znaczy, że nie da się jeszcze kogoś zwerbować w słusznej sprawie...

– W tym roku będę kwestował ja, czyli Święty Mikołaj, jego żona, czyli Merry Christmas, oraz... teściowa Świętego Mikołaja, która ma na liczniku z przodu ósemkę. To będzie jej oficjalny debiut – zdradza Andrzej.

Jedni klęli, inni błogosławili

Strój Świętego Mikołaja ma swoją historię. Nie pamięta, podczas którego finału założył go po raz pierwszy, ale na pewno odbywał się pod Teatrem Dramatycznym. Płaszcz był wtedy niebieski, wyszedł policyjny Mikołaj. Znajomi zobaczyli w telewizji, załamali ręce i sprawili mu taki z prawdziwego zdarzenia, czerwony, a nawet z wielkim logo Orkiestry na plecach.

Andrzej Piotrowski, Święty Mikołaj z WOŚPAndrzej Piotrowski, Święty Mikołaj z WOŚP Archiwum prywatne

Z nostalgią wspomina początki Orkiestry. Zupełnie dobrze zakolegował się z dziennikarzami białostockiego oddziału "Gazety Wyborczej", który mieścił się jeszcze wtedy na ul. Lipowej. Razem pomagali policji znaleźć bandytę, który próbował napaść na wolontariuszkę Gosię i wyrwać jej puszkę.

Z biegiem lat i finałów przybywało anegdot. W 2007 roku opowiadał dziennikarce "Wyborczej": – Na pierwszy finał sam sobie zrobiłem puszkę z plastikowego opakowania po cukierkach. Do dzisiaj jeszcze stoi w domu. Bo wtedy nie było ani orkiestrowych puszek, ani identyfikatorów. Serduszek też chyba nie było. Pamiętam, że zbieraliśmy pieniądze w strategicznych miejscach, czyli pod kościołami. Jedni nas klęli, inni błogosławili. Zresztą to się akurat nie zmieniło.

Kiedyś serduszka i identyfikatory musiałem sam załatwiać w Warszawie, a potem pieniądze też woziliśmy bezpośrednio do Owsiaka. Poza tym teraz już się nie zdarza, że ktoś napadnie na wolontariusza. Jest lepsza ochrona. Huczne finały zaczęły się dopiero kilka lat później. Najpierw tylko "Światełko do nieba", a potem rozrosło się to w całą imprezę.

Uszanujmy nasze wielkie święto

Politechnika Białostocka zagra z WOŚP. Wspólnie z Photonem

Jeśli zerknąć w ostatnie statystyki, to orkiestrowy Święty Mikołaj jest niezwykle skuteczny. W 2015 roku najlepszą wolontariuszką okazała się Agnieszka Kucharczyk, w jej puszce doliczono się dokładnie 3325,65 zł. Mateusz Zimin zebrał nieco mniej - 3237,40 zł. Ale jak zwykle dał radę i Andrzej Piotrowski – zebrał 2693,34 zł. W 2016 roku znowu padł rekord, także pojedynczy wolontariusze przebili samych siebie, uzyskując wyższe kwoty niż w latach ubiegłych. Najlepszą wolontariuszką okazała się Gabriela Chrząszcz, która do trzech puszek zebrała 5900 zł. Andrzej Piotrowski, wolontariusz z numerem jeden, zebrał 5551 zł.

„Bocian” wspomina, że ludzie przynosili wolontariuszom wszystko: kolczyki, obrączki, zdenominowane pieniądze. Rokrocznie jeden nieznajomy chłopak przynosi woreczek pełen groszaków, które zbiera przez cały rok.

Andrzejowi Orkiestra się nie nudzi i dobrze rozumie, dlaczego nie nudzi się też jego rodakom. Uważa, że to fajne święto, zorganizowane w sumie małym kosztem – bo jeżeli podzielić tę kasę, którą zebrała Orkiestra przez te wszystkie lata, przez liczbę Polaków, wychodzi, że każdy dał na Orkiestrę niecałe 50 groszy. Do tego ta akcja budzi niesamowite, pozytywne emocje, skojarzenia. Gdy przekraczał na swoim motorze białoruską granice w środku lata, pogranicznik go rozpoznał: – A pan to chyba Święty Mikołaj z WOŚP?

I zbiegli się wszyscy pożartować.

– Są piękne rzeczy na świecie i trzeba umieć się nimi cieszyć. Nic nie zostało nam dane, nie nakazały nam tego żadne władze, sądy, sejmy czy rządy. To wszystko zrobiła młodzież, ludzie przychodzili co roku ze swoimi pociechami, a teraz kwestują ich dorosłe dzieci. Pełna dobrowolność. Nie rozumiem, jak można na to nasze dobro pluć, dlaczego nie potrafimy go uszanować. Widocznie niektórym hejt jest potrzebny, żeby oddychać... W Europie takiego fenomenu nie znajdziemy, a i trudno jest nam nawet wytłumaczyć, na czym on polega, co to za wielkie święto.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.