Licytacja w Monachium trwała 15 sekund. I się udało: dwa XVIII-wieczne portrety Jana i Izabeli Branickich już są własnością Muzeum Podlaskiego. Dzięki błyskawicznej decyzji Urzędu Marszałkowskiego, które wyłożyło 300 tys. zł.
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Radość jest tym większa, że wizerunki obojga Branickich na rynku antykwarycznym zdarzają się niezwykle rzadko, a i w Polsce jest ich niewiele.

– Jestem przeszczęśliwy, udało się dokonać rzeczy niezwyczajnej – cieszy się Andrzej Lechowski, dyrektor Muzeum Podlaskiego w Białymstoku. – Te portrety nieznanego autorstwa pojawiły się na aukcji w Paryżu w 2008 roku. Braliśmy w niej wówczas udział, ale zostaliśmy przelicytowani. Rynek antykwaryczny działa jednak w specyficzny sposób, wiedzieliśmy, że obrazów nie kupiło żadne muzeum, mogły się więc na aukcji pojawić za jakiś czas znów. Czekaliśmy prawie 10 lat i oto w grudniu zostały wystawione do sprzedaży, tym razem w Monachium. Czasu było niewiele, kwestie logistyczne wymagały natychmiastowej decyzji. Zwróciłem się z prośbą do Urzędu Marszałkowskiego, urząd się zgodził, wystartowaliśmy. I się udało! Za zrozumienie dlaczego to jest ważne bardzo dziękuję panu marszałkowi – mówił szef Muzeum Podlaskiego, zwracając się do reprezentującego Urząd Marszałkowski wicemarszałka Macieja Żywno.

Cena wyjściowa to 32-35 tys. euro, po licytacji (wraz kosztami aukcyjnymi) – 70 tys. euro (300 tys. zł; w tym wartość obrazów to 55 tys. zł). Całość zapłacił Urząd Marszałkowski.

Jedyna taka okazja

– Decyzję o wyłożeniu pieniędzy podjęliśmy rzeczywiście w szalonym tempie, praktycznie w jeden dzień. Zaryzykowaliśmy, a tak naprawdę – zainwestowaliśmy w kulturę. To eksponaty bardzo ważne dla naszego regionu. Uznaliśmy, że druga taka okazja może się nie trafić – mówi wicemarszałek Maciej Żywno. – Staramy się bardzo odpowiedzialnie prowadzić nasze instytucje kultury. I ta odpowiedzialność polega też na tym, że gdy pojawiają się takiego gatunku eksponaty, które muzeum po prostu musi mieć, to innej decyzji być nie może. Dobrze, że pracownicy muzeum wykazali się czujnością i refleksją. Cała kwota pochodzi z budżetu województwa, to zresztą jeszcze kwestia tegorocznego budżetu i rady. Pewnie gdybyśmy mieli miesiąc na podjęcie decyzji, zaprosilibyśmy do współpracy Urząd Miejski. Ale impuls pojawił się szybko, mieliśmy dosłownie jeden dzień na przygotowania, ustalenie jakimi środkami dysponujemy i czy mamy pieniądze, które pozwalałyby nam na zarejestrowanie się w licytacji. Nie można było czekać.

– Sama aukcja, którą w naszym imieniu prowadził dom aukcyjny Hampel, trwała praktycznie 15 sekund. Ledwo nabraliśmy oddechu, a już było właściwie po wszystkim. Przez chwilę nie byliśmy pewni, czy to rzeczywiście my wygraliśmy – żartuje Lechowski. – Startowało kilku chętnych. Najbezpieczniejszym wariantem było postawienie swojego górnego pułapu ceny, co ustaliliśmy wcześniej z Urzędem Marszałkowskim. Licytacja zaczęła się od 32-35 tys. euro, skończyła się na 55 tys. euro. Było dużo emocji, ale też była to szansa, którą trzeba było wykorzystać. Choć Branicki to jeden z najważniejszych magnatów polskich tamtych czasów, choć należała do niego Małopolska, olbrzymie dobra na Ukrainie, również te w Białymstoku – choć białostockie, przy rozległości tamtych można nazwać bibelotem – to pamiątek po Branickich i obrazów w Polsce jest bardzo niewiele. Co pokazuje, jakim owe obrazy są dziś rarytasem. Nie tylko dla Białegostoku, ale całej Polski. To nie tylko cenne dzieła sztuki, ale przede wszystkim wizerunki postaci, które wpisały się trwale w historię Polski, Białegostoku i w świadomość społeczną.

XVIII - wieczny portret Izabeli Branickiej
XVIII - wieczny portret Izabeli Branickiej  Fot. Materiały Muzeum Podlaskiego

Izabela bez imienia i błędy

Obrazy w ciągu kilku dni mają trafić do Białegostoku, od następnego roku będzie można oglądać je w Ratuszu. Znajdą się w specjalnie przystosowanej do tego sali, w której wisi już jedyny w zbiorach Muzeum Podlaskiego XVIII-wieczny obraz Branickiego autorstwa Augusta Mirysa.

Portrety małżeństwa Branickich mają identyczne owalne ramy. Rozmiar: 103 cm na 85 cm. Obrazy wyszły spod pędzla artysty wysokiej klasy, nie wiemy jednak kim był, oznaczono je jako anonimowe. Tożsamość autora będzie teraz przedmiotem badań pracowników Muzeum Podlaskiego – na obrazach znajdują się tabliczki, które zawierają wskazówki do dalszych poszukiwań. Możliwe też, że autorów było dwóch.

– Na tabliczce obrazu Jana Klemensa pojawia się sformułowanie „par Graf”, na tabliczce umocowanej do obrazu hetmanowej z kolei „par Lampi”. Zastanawiamy się, czy to nie są dane autorów. W przypadku pierwszej można przypuszczać, że to błąd i może chodzić o malarza pochodzenia norweskiego noszącego miano Per Kraft, w przypadku drugiej to rzeczywiście może być Jan Chrzciciel Lampi, malarz, który przez kilka lat przebywał na dworze Stanisława Augusta Poniatowskiego [brata Izabeli] – mówi Lechowski.

W informacje umieszczone na tabliczkach zresztą wkradł się też inny błąd: w dacie urodzenia Branickiego jest rok 1688, tymczasem hetman urodził się w 1689. Co ciekawe, na tabliczce Izabeli nie ma imienia hetmanowej – pojawia się za to napis: „comtesse Jean Clement Branicka”. Znakomitą mecenaskę kultury określono po prostu: Janowa Klemensowa Branicka.

– Będziemy teraz wgłębiać się w historię tych obrazów, szukać analogii, to może być fascynująca przygoda – mówi Lechowski. – Postaramy się też w miarę szczegółowo je datować. Przypuszczamy, że obraz Branickiego powstał w latach 1766-1771. Na portrecie Jan Klemens Branicki ma m.in. Order Złotego Runa, który od hiszpańskiego króla otrzymał właśnie 1766 roku. Zakładając, że malarz portretował Branickiego za jego życia, musiał uczynić to w ciągu tych pięciu lat, od otrzymania orderu przez hetmana do jego śmierci. Ale oczywiście istnieje możliwość, że portret powstał już po śmierci hetmana... Będziemy to teraz dokładnie badać. Obrazy na pewno powstał jednak w XVIII wieku.

Płyty, starodruki, pantofle...

Pamiątek po Branickich w podlaskich zbiorach jest bardzo mało. Lechowski wylicza:

– U siebie mamy dokument cechowy, nadania rzemiosł różnych z 1769 roku sporządzony na pergaminie z piękną pieczęcią w puszce z autografami Branickich. Z Pałacu Branickich zachowały się dwie płyty kominkowe żeliwne, jedna z herbem hetmana, druga z herbami obydwojga Branickich – obecnie płyty te przechowywane są w Muzeum Wnętrz Pałacowych w Choroszczy. W naszych zbiorach starodruków są też dwie książki z księgozbioru Branickich. I wspomniany wcześniej portret hetmana pędzla Mirysa. Reszta to depozyty – m.in. kopie portretów z Muzeum Zamojskich w Kozłówce z początku XIX-w. oraz pantofle Branickiej w jej ulubionym kolorze oliwkowym.

Dlaczego pamiątek zachowało się tak mało?

– To, co zostało w białostockim pałacu, zostało zniszczone lub wywiezione. W 1795 roku pałac został sprzedany królowi Prus. W 1807 roku rezydencję przejął rosyjski car, zaczęto wyrywać wszystko ze ścian i przewozić do Petersburga. Dzieła zniszczenia dokonano w chwili, gdy pałac przysposabiano do potrzeb Instytutu Panien Szlacheckich, potem znalazł się w nim lazaret, a II wojna światowa zdruzgotała go niemal doszczętnie – mówi Lechowski.

Jak dodaje – status portretów został oczywiście sprawdzony. Nabyte przez Muzeum Podlaskie prace nie figurują w rejestrze strat wojennych oraz w rejestrze dzieł poszukiwanych (oba liczą po ok. 60 tys. dzieł sztuki).

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Bartosz T. Wieliński poleca
Więcej
    Komentarze
    Zaloguj się
    Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem