Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Cóż, nawet widz na ten teatralny gatunek reagujący chroniczną niechęcią, przyznać musi, że „Mayday” w reż. Witolda Mazurkiewicza na białostockiej scenie wypadł nieźle. To poprawnie skrojone dwie godziny czystej rozrywki dla tych, którzy przyjmą reguły farsy i nie będą doszukiwać się w niej niczego poza... czystą rozrywką.

To też dwie godziny, w których zdarzą się momenty, gdy spektakl balansować będzie na granicy dobrego smaku i żenady. Ale ostatecznie da radę.

Taka w sumie jest natura farsy: przerysowania, spiętrzenia absurdu, karykaturalny sznyt. Wszystko to łatwo może wywieść inscenizację na manowce, z których już nie ma odwrotu. Białostocki spektakl na szczęście trzyma się kolein, i nawet gdy niebezpiecznie chwieje się czasem na zakrętach (dość prymitywna scena wytrząsania tabletek z niedoszłej samobójczyni) to jakoś dojeżdża do końca i nie pozostawia widzów w jakiejś olbrzymiej konfuzji. A raczej, w większości, porządnie rozbawionych.

AGNIESZKA SADOWSKA

Blisko dwugodzinna komedia, pełna kompletnie nieracjonalnych sytuacji, paradoksalnie nie nuży, choć znużyć mogłaby szybko. To kwestia dobrej synchronizacji i precyzyjnego połączenia kilku kwestii, które w białostockim spektaklu dopasowały się jak elementy układanki: seria wymyślonych przez Cooneya coraz bardziej kompromitujących zdarzeń, dobre aktorstwo i twarda ręka reżysera.

Mazurkiewicz nieźle obsadził praktycznie wszystkich, wykorzystując komiczne predyspozycje aktorów. A czasem dobywając z nich takie humorystyczne niuanse, jakich we wcześniejszych aktorskich kreacjach nawet zdradzić nie mieli okazji.

Lawina rusza

Oto taksówkarz John (Marek Tyszkiewicz), doskonale zorganizowany, z kalendarzykiem w ręku wiedzie życie w rytmie pracy i dwóch gniazdek, które sobie uwił rzekomo... tak przypadkiem. Ma dwie żony, dwa łóżka i dwa mieszkania – co wyjaśnia się już na początku. Nie ta tajemnica jest jednak tu najistotniejsza, a to, co taksówkarz jest gotów uczynić, byle tylko – gdy rozkład dnia zacznie się sypać – żony nie dowiedziały się o swym istnieniu.

AGNIESZKA SADOWSKA

Tymczasem pracowicie ułożony rozkład dnia rozpada się w oczach w jednej chwili: John dostaje po głowie torebką od staruszki biorącej go za złodzieja, nie wraca w czas do domu (ów), żony dzwonią na policję, sprawą zajmują się dwaj obowiązkowi komisarze, odwiedzają żony i kursującego między domami Johna, ten wymyśla piramidalne tłumaczenia...

I tak lawina rusza, komplikacje się piętrzą, scena goni scenę, a wszystko to w rytmie dzwoniącego telefonu, trzaskających drzwi, bieganiny głównych bohaterów. Nieznośna maniera takiej biegającej farsy w białostockim spektaklu na szczęście trochę wytraca tempo, aktorzy starają się nie piszczeć, nie krzyczeć zbyt głośno, grają jakby o ton ciszej niż w innych tego typu produkcjach. I jest to dobre posunięcie – konstrukcja, rytm, tekst sztuki i bez tego są wystarczająco dynamiczne, a niektóre postaci przerysowane.

Homofobia i potrząsanie

Spektakl oparty jest na kontrastach: różne charakterologicznie są żony, różni policjanci nawiedzający domy, różni wreszcie są główni bohaterowie: taksówkarz i jego przyjaciel, namolny sąsiad, który w chwili gdy trzeba „pomóc” koledze, staje dosłownie na głowie, a raczej... wkłada sobie na głowę kosz.

AGNIESZKA SADOWSKA

Cooney swoją farsę oparł na prostym skądinąd pomyśle: widownia wie coś, czego nie wie jeden z bohaterów, akurat pojawiający się na scenie. Ów biedak pewne kwestie rozumie po swojemu i błędnie interpretuje, a to doprowadza do kolejnych komplikacji. Omyłka goni omyłkę, absurdy się piętrzą i tak sytuacja zmierza do nieuchronnego finału.

„Mayday”, trzymając się reguł gatunku, reprezentuje raczej rubaszny typ humoru, ale zdarzają się wtręty sarkastyczne i pełne ironii. I to są najlepsze momenty spektaklu.

Gorzej gdy zaczyna być zbyt dosłownie i ilustracyjnie. Gdy jednemu z bohaterów muszą, choć przecież wcale nie muszą, opaść spodnie. Gdy – w celu wykrztuszenia tabletek przez jedną z żon – trzeba ją podnieść do góry nogami i potrząsać. Gdy całe towarzystwo musi oczywiście upaść na jedną kanapę i splątać się kończynami (po co? bo tak jest śmieszniej? nie jest).

Na szczęście takich momentów w spektaklu nie jest dużo.

Za to mnóstwo jest, szczególnie w drugiej części, żonglerki homofobicznymi stereotypami. To teksty niekiedy na granicy ryzyka, mogące wywołać niesmak, ale w sumie tak przerysowane i podniesione do wyżyn absurdu, że aż nawet stają się zabawne (choć nie wszystkie). Cooney lawiruje między (nie)poprawnością polityczną a ludzkimi fobiami i siłą dowcipu udaje mu się wiele z takich „min” rozbroić.

AGNIESZKA SADOWSKA

Aktorzy

Zagrać farsę łatwo bynajmniej nie jest – trzeba ją grać serio i szybko, a każda sytuacja przez aktorów musi być przygotowana na tyle precyzyjnie, by na scenie sprawiała wrażenie przypadkowej, lekkiej i zabawnej. Białostoccy aktorzy radzą sobie z tym nieźle.

W sprawcę całego zamieszania wciela się Marek Tyszkiewicz, wiarygodnie odgrywając rolę bigamisty, który, choć wszystko wali się mu na głowę, walczy do upadłego, by sprawa nie wyszła na jaw. Pomaga mu w tym sąsiad Stanley – w tej roli brawurowy Sławomir Popławski, idealnie wcielający się w postać zblazowanego osobnika, zmieniającego wizerunek jak w kalejdoskopie – z bezrobotnego pierdoły, wciela się w prostackiego farmera, a nawet samego Johna.

Żony scenicznego Johna to Mary (Justyna Godlewska-Kruczkowska – postawiła, z dobrym skutkiem, na nieco histeryczną nutę) i Barbara (Arleta Godziszewska – kompletnie inna charakterologicznie postać, ale również wiarygodna).

Mamy też dwóch policjantów, którzy z podziwu godną obowiązkowością próbują ustalić sytuację Johna i swoimi działaniami napędzają bieg wydarzeń. To także dobrani na zasadzie kontrastu osobnicy ciekawie zagrani przez Bernarda Macieja Banię i Franciszka Utko.

I wreszcie różowy ptak – wręcz skąpany w różu sąsiad gej. W niebywałym wykonaniu Krzysztofa Ławniczaka to postać absolutnie przerysowana. W tym przerysowaniu wręcz na granicy ryzyka, stylizacją przypominająca karykaturalnie jednego z polskich pisarzy deklarujących swój homoseksualizm. Ławniczak pokazał tą rolą swój komiczny potencjał.

Jeśli ktoś chce zanurzyć się w absurdalny świat w wariancie sarkastyczno-rubasznym – „Mayday” jest jak znalazł.

***

Teatr Dramatyczny im. Aleksandra Węgierki w Białymstoku, Scena Duża

Reżyseria, scenografia, opracowanie muzyczne – Witold Mazurkiewicz

Przekład: Elżbieta Woźniak

Obsada:

Justyna Godlewska-Kruczkowska – Mary Smith

Arleta Godziszewska – Barbara Smith

Bernard Bania – Inspektor Troughton

Krzysztof Ławniczak – Bobby Franklyn

Dawid Malec (gościnnie) – Reporter

Sławomir Popławski – Stanley Gardner

Marek Tyszkiewicz – John Smith

Franciszek Utko – Inspektor Porterhouse

Czas trwania: ok. 150 minut (z przerwą)

Najbliższe terminy spektakli to 22, 23, 24, 29 i 30 września, oraz 1, 13, 14 i 15 października.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.