Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Heidi M. Szpek, profesor z Uniwersytetu w Waszyngtonie co roku jest na białostockim kirkucie na ul. Wschodniej, bez niej by się nie udało. To ona mówi, gdzie ustawiać macewy, rzędami – oddzielnie mężczyźni, oddzielnie kobiety, ona rozszyfrowuje inskrypcje, często zupełnie już zatarte. Heidi jest specjalistką od hebrajskiego i jidisz. Wcześniej prowadziła badania naukowe w Pradze, na krakowskim Kazimierzu, w Kolbuszowej, a z projektem restauracji cmentarza w Białymstoku związana jest od 2007 roku. Napisała książkę o cmentarzu: „Bagnowka: A Modern Jewish Cemetery on the Russia Pale”.

GRZEGORZ DĄBROWSKI

Ból ojca po stracie córki

W promieniach sierpniowego słońca, uzbrojona w sportowy daszek, Heidi przywraca do życia zatartą inskrypcję na macewie – maluje złote litery, by można było odczytać napis. Spod jej palców wyłania się smutna historia młodej kobiety, która zginęła tragicznie w 1899 roku. Heidi aż czuje emocje jej ojca, ból i cierpienie po stracie córki.

– Właściwie są to dwa grobowce. Ten niższy, zagłębiony w ziemi, był pierwotnym, ale został uszkodzony i rodzina zastąpiła go drugim.

Przerażający odgłos podkutych butów. Likwidacja białostockiego getta

Heidi rozluźnia się – malowanie to akurat jest ta najprzyjemniejsza część jej pracy. Dużo trudniejsze, choć też i bardziej interesujące, będące większym wyzwaniem jest to, co poprzedza „część artystyczną” – czyli tłumaczenie napisów, porównywanie z dokumentami i próby zrozumienia jak te zapisy korespondowały z historią.

Na macewach widnieją nie tylko daty, imiona i nazwiska zmarłych osób, ich rodziców, ale często zaskakujące szczegóły. Jej zadaniem jest przełożenie, czego uczą o historii Białegostoku.

– Spójrz na ten wysoki obelisk, znanego rosyjskiego bankiera – zapala się. – Albo na ten maleńki – mówi o bogatym kupcu zabitym w wypadku samochodowym w St. Petersburgu. Nawet najmniejsza informacja z zapisanych skrawków losów tych ludzi składa się na wielką historię. To część akademicka mojej pracy.

Odkrycie Ali

Josh Degan siedzi w kabinie niewielkiej zgrabnej koparki i operuje jej łychą. Ostrożnie podnosi opasaną taśmami macewę, pieczołowicie transportuje na stanowiący podstawę obelisk. Koledzy: Barry z Nowego Meksyku, Pete z Oregonu, dwaj białostoczanie: Waldemar i Andrzej, a także Howard z Bostonu asystują, mocują na właściwym miejscu.

Josh ma firmę urządzania ogrodów, stąd wprawa w obróbce kamienia. Koparka, którą obsługuje, szalenie usprawnia pracę – teraz mogą dźwignąć 50 macew dziennie. On przyjechał tu jako pierwszy z grupy. Jego żona Amy wykonała gigantyczną pracę, grzebiąc w archiwach i odnalazła swoich przodków, wszystko ma udokumentowane. Gdy wrócili do Stanów po letnim pobycie w Białymstoku, opowiedzieli przyjaciołom, co tu robili. A zakończyli tak: – Byłoby cudownie, gdybyście pojechali i pomogli.

Paula i Howard Flaglerowie nie zastanawiali się długo.

– Trzeba pamiętać, co zdarzyło się nie tak dawno temu i zdarzyć się nie powinno już nigdy więcej – z mocą mówi Paula, emerytowana nauczycielka, która pracowała z dziećmi z niepełnosprawnościami.

Maluje napisy na macewach ramię w ramię z jedną ze swoich córek – Ali.

– Howie i ja wyjeżdżaliśmy stąd z uczuciem spełnienia. Dlatego chcieliśmy wrócić razem z dziećmi.

Jak Żydzi z całego świata zamknęli Białystok w albumie

Jedna z córek nie mogła przyjechać, ale druga – Ali, informatyczka, akurat skończyła studia w New Hampshire i pomyślała, że przyda jej się trochę czasu dla siebie, chętnie odsapnie i zrobi sobie rodzinne wakacje. Widziała zdjęcia rodziców z wakacji sprzed roku, znała Europę z filmów i książek, ale do końca nie wiedziała czego się spodziewać. Weszła na cmentarz, rozejrzała się – obiektywnie, bardzo tu ładnie, spokojnie, ale... Wtedy zrozumiała. Poczuła, że to, co naprawdę sprawia, że dane miejsce stanie się piękne, to starania o przywrócenie go dla społeczności. W Białymstoku była kiedyś tętniąca życiem społeczność żydowska i Ali poczuła się jej częścią. Mówi, że to nieważne, czy ktoś jest żydem, chrześcijaninem katolikiem, muzułmaninem – kimkolwiek jest, zawsze stara się ulepszyć miejsce w którym żyje, do którego przynależy. I właśnie to jest cenne.

– To niesamowite, że mogę w tym uczestniczyć, zwłaszcza że mam tylko 22 lata – Ali mówi bardzo dużo, bardzo szybko, a oczy jej mocno błyszczą. Dziwię się, że jej rówieśnicy robią sobie „gap year” raczej na tajskich wyspach, a ona tak nietypowo... na cmentarz...

GRZEGORZ DĄBROWSKI

– Dobrze, że mam taką możliwość, by przyjechać tu z rodzicami – a wiesz, jesteśmy żydowską rodziną – i zobaczyć, przez co inne żydowskie rodziny przeszły – odpowiada dziewczyna, poważniejąc. Zaraz jednak uśmiecha się po swojemu, promiennie: – Coś ci pokażę, moje odkrycie.

Prowadzi mnie kilkanaście metrów dalej w głąb cmentarza. Odnajduje niewielką płytę nagrobną, leżącą inskrypcją do ziemi, odwraca ją i z ekscytacją opowiada, jak na nią trafiła, jak wpadła w euforię, gdy zobaczyła, że napisy są prawie nietknięte zębem czasu i poczuła się jak archeolog.

Profesor Heidi Szpek przyznaje:

– To ogromne odkrycie, z pewnością największe w tym sezonie. Kamień nagrobny w stylu aszkenazyjskim, napis nietknięty.

Odczytuje: Tu leży młody mężczyzna – Elijahu, syn Reb Nachum...

Chłopak żył na przełomie XIX i XX wieku. Niech jego dusza żyje wiecznie.

Ali lewituje z dumy: – To ja znalazłam! To dzięki mnie!

GRZEGORZ DĄBROWSKI

Pamięć o sąsiadach z Waryńskiego

W tym samym mniej więcej czasie, gdy rodził się Elijahu, czyli mniej więcej w roku 1890 ze starego kraju wyjeżdżali za wielką wodę pradziadkowie Pete'a McDowella. Mimo nieżydowskiego nazwiska i tego, że rodzina zawędrowała do Oregonu, Pete'owi udało się prześledzić jej losy. Zawitał do Nowego Jorku, gdzie już przyszedł na świat jego ojciec, a w końcu dotarł do Białegostoku, skąd – jak się okazało – rodzina się wywodzi.

Takich historii amerykańskich kolegów słucha na co dzień Waldemar Mierzejewski, białostocki przedsiębiorca. Na kirkucie obecny od lat, w ramach swojego urlopu, ale pomaga też przez cały rok – stowarzyszeniu Centrum Edukacji Obywatelskiej Polska-Izrael. Nie ma żydowskich korzeni.

– Mieszkaliśmy na Waryńskiego, tam była dawniej synagoga Cytronów. Ja po prostu... pamiętam tych ludzi – przyznaje tłumacząc, dlaczego poświęca swój czas i fizycznie ciężko pracuje, by zachować pamięć o sąsiadach. Po chwili dodaje: – Każdy musi coś w życiu robić, nie tylko jeść.

Waldemar i kilkunastu pozostałych wolontariuszy podnoszą z ziemi 50 macew dziennie. Dźwigają ciężkie kamienie, ustawiają je na swoim miejscu, czyszczą z ziemi i mchu, odtwarzają zatarte hebrajskie napisy. Poznają historię białostockich Żydów, historię Białegostoku, historię własnych rodzin. Kirkut przy Wschodniej jest jednym z największych cmentarzy żydowskich w Polsce, na powierzchni 12 hektarów zachowało się na nim około 6 tys. nagrobków. Udało się do tej pory dźwignąć w sumie około 600, więc pracy jest jeszcze na całe lata.

"Augustis 2.0". Przedwojenny Białystok zdigitalizowany w sieci [ZDJĘCIA]

Projekt realizuje właśnie Centrum Edukacji Obywatelskiej Polska-Izrael wraz z Gminą Wyznaniową Żydowską w Warszawie. Motorem całego przedsięwzięcia jest białostoczanka Lucy Lisowska, przedstawicielka obu instytucji. Opowiada o latach, w trakcie których kolejni wolontariusze przyjeżdżali, by wydobywać pamięć spod ziemi: wakacje spędzała już w Białymstoku młodzież amerykańska i izraelska; siedem lat temu włączyła się organizacja niemiecka Akcja Znaku Pokuty – Służba dla Pokoju, która ściągała młodych wolontariuszy z całej Europy. Lucy dodaje, że w dbaniu o kirkut pomaga też miasto. A od dwóch lat swoje urlopy poświęca na restaurowanie cmentarza grupa Amerykanów w różnym wieku, towarzyszą im też Niemcy. W tym roku byli nieco krócej niż zwykle, niepełne dwa tygodnie. Zdążyli jeszcze uczestniczyć w uroczystościach z okazji 74. rocznicy powstania w białostockim getcie. Już wyjechali.

GRZEGORZ DĄBROWSKI

Międzynarodowe śledztwo Jana

Jan Braunholz nie wraca na razie do siebie, do Frankfurtu nad Menem. Jedzie w Lubelskie – z Kraśnika pochodzi odnoga jego rodziny. Jan czasu nie marnuje. Nawet podczas pobytu w Białymstoku wykorzystał jeden wolny dzień, by wypuścić się na Litwę, gdzie jak ustalił w swoim „śledztwie” na cmentarzach leżą jego przodkowie. Dotarł do miejscowości Veisiejai, odnalazł nagrobek Chaima Berkowicza Braunholza i Sereje z ojca Mejera i matki Rywki. W „bonusie” dostał jeszcze pomnik Ludwika Zamenhofa w niewielkiej litewskiej miejscowości. Był szczęśliwy – ma o jeden element układanki więcej, może podzielić się nią z rodziną rozsianą po całym świecie.

Według Jana jego przodkowie wypędzeni z Hiszpanii rozeszli się dosłownie po całej Europie, potem wyjechali i dalej. To hipoteza, nie ma na nią jeszcze dowodów. Na sefardyjski trop wskazuje według niego samo nazwisko – Moreno (Brown), dla przykładu w marokańskim Marakeszu w XVIII wieku żył rabin Yuda Moreno, a i dziś nazwisko jest popularne. Jan odnalazł dalekich kuzynów w Brazylii, USA, Australii, Wielkiej Brytanii, Francji i Izraelu. Dotarł nawet do ludzi o nazwisku Moreno w Meksyku i razem sprawdzają czy są spokrewnieni.

Część z ostrożności zmieniła wyznanie, ale Jan od zawsze wiedział, że „Braunholz” to żydowskie nazwisko, nie było to dla niego żadne zaskoczenie. „Dochodzenie” zaczął 15 lat temu, rzecz jasna od społeczności żydowskiej w Niemczech, gdzie mieszka. Kluczem do polskiego wątku okazał się Fradel Braunholz z łódzkiego getta. W 1987 roku Jan zmierzył się z Oświęcimiem. W poszukiwaniach nie ustaje.

GRZEGORZ DĄBROWSKI

„Imagine”

Jan nie należy do tego typu ludzi, których określić można mianem konformistów. Dziennikarz i filmowiec, dokumentował ustawki pseudokibiców – wtedy był najbliżej sytuacji zagrożenia. Dojrzały mężczyzna, z białymi włosami spiętymi w kitkę wita się i od razu wręcza mi zaprojektowane przez siebie wlepki z napisem „Wir sind alle ill-egal” (wszyscy jesteśmy nielegalni, z myślnikiem podkreślającym przedrostek „ill” – po angielsku „chory”). Gdy pytam, czy mogę opisać jego historię, bez wahania odpowiada: – Pewnie, nigdy za dużo propagandy prawdy! – i śmieje się tubalnie, a śmiech ma zaraźliwy.

Określa siebie mianem lewicowca. Lewicowość Jana jest szalenie pojemna – obejmuje: czasy szkolne związane z antyfaszystowskim ruchem Antifa, czasy squaterskie we Frankfurcie i w Berlinie, gdzie studiował fotografię, fascynację rewolucją w Nikaragui w 1979 roku. Zresztą zaczął tam jeździć, po raz pierwszy był w 1983 roku, nakręcił film o zbieraniu kawy i tak narodziła się idea importowania jej do Niemiec. 25 lat temu zaczęli prowadzić „fair trade” – sprawiedliwy handel, oparty na kooperatywach. Tę samą ścieżkę Jan powtórzył z Salwadorem i Meksykiem, dokumentując zresztą produkcję „wolnej kawy”.

Na białostockim kirkucie rozpięty jest namiot, stanowiący polową kuchnię wolontariuszy. Jan ręcznym młynkiem mieli swoją arabicę, zapach jest obłędny. Opowiada dalej o życiu, w którego centrum jest teraz pomoc uchodźcom w ramach międzynarodowego ruchu, popierającego wolność przemieszczania się. Wraz z innymi obrońcami praw człowieka zajmują się tymi najbardziej straumatyzowanymi, jak ci, którzy dotarli do Europy przez Morze Śródziemne, nierzadko tracąc po drodze swoich bliskich, widząc śmierć. Zapewniają im wsparcie, mieszkanie, jedzenie. Ich hasłem jest: „Nie ma ludzi nielegalnych”.

Jan ma 58 lat i jest przekonany, że nigdy nie jest za późno na marzenia.

– Jakie są twoje? – pytam i podświadomie czekam na słowa z piosenki „Imagine” Lennona.

Jan mnie zaskakuje: – Jest taka jedna Włoszka... – puszcza szelmowsko oko.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.