Maszyna Singer, przy niej dziewczyna, pewnie uczennica. Obok cztery inne. Jedna prasuje, trzy pozostałe szyją. Przy stole obok, z rozłożonym wykrojem, stoi kobieta. Na szyi przewieszony centymetr krawiecki. To jej zakład. Ma czarne, krótkie, gładko zaczesane włosy, smagłą twarz. I oczy, których nie sposób zapomnieć: czarne, przenikliwe, smutne. Przed uczennicami stoi jej córeczka, może 5-letnia. Takie samo spojrzenie jak u matki. Skąd ten smutek? Nie mogą znać przecież przyszłości.
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Zdjęcie zrobiono w Krynkach w latach 30. XX wieku. Wszystkie – prócz dziewczyny z rozłożonym na kolanach szyciem – są Żydówkami. Za kilka lat zginą w Treblince. Chrześcijańska uczennica przechowa zdjęcie i wspomnienie ostatniego spotkania.

***

Większość przewodników turystycznych po Podlasiu informuje, że do II wojny światowej Krynki były dużym żydowskim ośrodkiem. Wytłuszczają, że Żydzi stanowili zdecydowaną większość mieszkańców, tuż przed I wojną światową nawet 90 procent. Miasto kwitło – w 1913 roku działało 28 garbarni i 65 majsterni, czyli zakładów o niepełnym cyklu produkcji. Jako ciekawostkę podają, że w 1905 roku robotnicy opanowali miasto i ogłosili powstanie „Republiki Kryneckiej”. Oraz, że był to ośrodek ruchu anarchistycznego: młodzi rzucali bomby na fabrykantów nawet podczas modłów w pięknej kryńskiej synagodze, a 15-letni Niomke Fridman dokonał skutecznego zamachu na komendanta więzienia w Grodnie.

'Sąsiedzi wyjechali do Treblinki' wystawa w Centrum Zamenhofa. Praca Kingi Pałczyńskiej
'Sąsiedzi wyjechali do Treblinki' wystawa w Centrum Zamenhofa. Praca Kingi Pałczyńskiej  Kinga Pałczyńska

Z moich Knyszewicz do Krynek polnymi drogami jest 12 kilometrów. O kryńskiej przeszłości coś tam słyszałam. Że mnóstwo żydowskich sklepów. Moi dziadkowie kupowali tam naftę, buty, śledzie, czasem bułeczkę czy – to już od wielkiego święta – cukierki dla dzieci. Że do naszej wsi przyjeżdżali żydowscy kupcy po zboże, a biedny Żyd zbierał stare szmaty i dawał za nie garnki i blaszane kubki. No i, że moja cioteczna babcia Olga za młodu służyła u Żydów.

Przerażający odgłos podkutych butów. Likwidacja białostockiego getta

Ale co się z tymi naszymi Żydami stało? Dlaczego zniknęli z Krynek? Nie pamiętam, by ktoś o tym wspominał. Oczywiście wiedziałam, że była wojna. Wojenne opowieści były wtedy blisko, ciągle się je słyszało. Partyzanci, wywózki na roboty, okrucieństwo Niemców. Wiadomo było, że wtedy zniknęli też Żydzi. Tylko tyle.

Nie miałam pojęcia, że w Krynkach było getto. Że ciągnęło się niemal od rynku do rzeki i że stłoczono tam 6 tysięcy osób, także z pobliskich miejscowości. Że 2 listopada 1942 roku 5 tysięcy z nich przewieziono chłopskimi furmankami do obozu przejściowego w Kiełbasinie koło Grodna, a potem pociągami do Treblinki. Że podczas wywózki część osób stawiła zbrojny opór i zdobytymi wcześniej karabinami zaczęła strzelać do Niemców. I że garstkę tych, których po tym strasznym dniu zostawiono w getcie do pracy, wywieziono do Treblinki w styczniu 1943 roku. O tym nigdy nikt nie wspominał: ani w domu, ani w szkole. A ja nie pytałam.

Podobnie nie wiedziałam o Sokółce, do której przecież jeździliśmy po zakupy czy załatwiać sprawy. W tutejszym getcie było 8 tysięcy osób, również wywiezionych w końcu do Treblinki.

'Sąsiedzi wyjechali do Treblinki' wystawa w Centrum Zamenhofa. Praca Aleksandry Czerniawskiej
'Sąsiedzi wyjechali do Treblinki' wystawa w Centrum Zamenhofa. Praca Aleksandry Czerniawskiej  Fot. Grzegorz Dąbrowski

O Białymstoku tym bardziej nie miałam pojęcia. W tutejszym getcie zamknięto – według różnych źródeł – 40-60 tysięcy Żydów. Przyjeżdżam tu do liceum na początku lat 90. Mieszkam w internacie przy ulicy Bema. Długo nie mogę oswoić miasta, choć skupiona na radzeniu sobie, nie zauważam tego. Mijam codziennie zaniedbane domy przy ulicy Bema i nie przychodzi mi do głowy, że przed wojną mieszkali w nich Żydzi. Przechodzę przez opustoszały bazar, gdzie kilka lat wcześniej mama kupiła mi pierwsze dżinsy; dopiero za kilka lat dowiem się, że to żydowski cmentarz choleryczny. Mijam wymarły plac przy ul. Młynowej (dawny cmentarz ewangelicki, tego oczywiście też nie wiem). Dochodzę do parku na górce. Jego szczególnie nie lubię. Wystarczyłoby przeciąć na ukos, by dojść do domu cioci, którą odwiedzam. Nadkładam drogi, obchodząc go. Nie wiem, że to kirkut, że pod tonami ziemi stoją macewy.

Gdy wiele lat później rozmawiam z ludźmi z mojego pokolenia, słyszę te same historie. Nikt im nie mówił, oni nie pytali.

Lilka od Telimeny. Intymna opowieść w drewnianym domu na Bojarach

***

Studiuję w Warszawie, znajoma uczy się hebrajskiego, inna pisze pracę roczną o lubelskich Żydach, ktoś opowiada o Holocauście. Rozmawiamy, czytamy, chodzimy na festiwale filmów o tematyce żydowskiej. Gdy po „Sąsiadach” Grossa o pogromie w Jedwabnem rozmawia cała Polska, my też tym żyjemy. Jak to się mogło stać?

Kiedyś w Warszawie na chodniku przy ulicy Świętokrzyskiej zauważam błyszczącą linię. Podchodzę, czytam napis. To oznaczenie muru getta. Tutaj? Niemal przy samym Pałacu Kultury? Getto, o którym coś przecież wiedziałam, coś czytałam, oglądałam na filmach, chociażby „Pianiście”? Zawsze było takie odległe, zawieszone w przeszłości. Nigdy nie lokalizowałam go w dzisiejszej Warszawie. Czyli blok przy ulicy Bagno, w którym znajomi robią świetne imprezy, jest na terenie getta? No tak, przecież kilka kroków dalej jest teatr żydowski, synagoga – logiczne. Jak to się stało, że nigdy nie zastanawiałam się, gdzie było getto?

'Sąsiedzi wyjechali do Treblinki' , Centrum Zamenhofa. Praca Ewy Chacianowskiej
'Sąsiedzi wyjechali do Treblinki' , Centrum Zamenhofa. Praca Ewy Chacianowskiej  Fot. Grzegorz Dąbrowski

Zaczynam inaczej czytać miasto. Ruiny w samym centrum. Całe kwartały walących się kamienic na bliskiej Woli. Zarośnięte place. Rany, które się nie zabliźniły. Po getcie, po powstaniu warszawskim. Pustka, której nie zapełnią kolejne wieżowce.

Wracam do Krynek. Objeżdżam rondo, które kiedyś było rynkiem – o kształcie sześciokąta, z wychodzącymi promieniście dwunastoma uliczkami. Przed wojną stały tu najważniejsze miejskie budynki: hala targowa, kramy, karczmy, apteki. Teraz widzę jedynie blizny i rany. Za przystankiem PKS zarośla ogrodzone blachą falistą. Ponoć kiedyś stała tu okazała kamienica, starsi mieszkańcy Krynek bawili się jeszcze w jej ruinach. Potem służyły jako toaleta, smród był straszliwy. Blaszany płot postawiono całkiem niedawno. Między kolejnymi, rozchodzącymi się promieniście drogami stoją powojenne betonowe bloki, ponoć na miejscu przedwojennych szykownych kamienic. Dalej – pusty plac wyłożony kostką Bauma. Przed wojną stała tu restauracja.

Żydówki umarły trzy razy. Trudna pamięć

Kilka kroków od ronda, na terenie getta (wiem to dzięki mojej przewodniczce Cecylii Bach-Szczawińskiej, badaczce lokalnych dziejów, nie ma żadnych oznaczeń) – ruiny Wielkiej Synagogi, częściowo zniszczonej przez Niemców, ostatecznie wysadzonej w latach 70. Kilka kroków dalej – synagoga chasydów ze Słonimia, która przetrwała wojnę w dobrym stanie, wciąż zresztą jest piękna. Ale rozpada się w oczach. Był tu magazyn surowych skór, konserwowano je solą. Sól przez lata wsiąkała w ściany, teraz rozpuszcza spoiwo między cegłami. Róg przy wejściu już się rozsypał, nikt z tym nic nie robi, miasto sprzedało synagogę w ręce prywatne. Za to trwa remont ulicy. Bruk pamiętający jej dawnych użytkowników znika pod asfaltem.

Cecylia Bach-Szczawińska prowadzi mnie na cmentarz żydowski. W przewodnikach piszą, że to jeden z największych w tej części Polski i najlepiej zachowany. Trudno jednak tam wejść, tak jest zarośnięty. Widać tylko pojedyncze macewy w nowszej części, sprzątanej kilka lat temu przez przyjezdnych wolontariuszy. Skoro to jeden z „najlepiej zachowanych”, jak wyglądają pozostałe?

Minęło 75 lat a rany po Żydach wciąż się nie zabliźniły. Podobnie jest w wielu polskich miastach i miasteczkach. A w nas samych? Co się stało z tą wyrwą po sąsiadach?

'Sąsiedzi wyjechali do Treblinki' wystawa w Centrum Zamenhofa. Praca Edyty Wysockiej
'Sąsiedzi wyjechali do Treblinki' wystawa w Centrum Zamenhofa. Praca Edyty Wysockiej  Edyta Wysocka

***

– Pamiętam, jak Żydów wieźli do getta – mówi ciocia Luda, skarbnica naszej rodzinnej pamięci. Jest 2014 rok, może 2015? Zbieram materiały o bieżeństwie – uchodźstwie milionów chłopów do Rosji przed frontem I wojny światowej. Ciocia jest z rocznika 1934. Wychowała się w Łosośnie Wielkiej niedaleko Kuźnicy, w obitym czarną papą domu tuż przy szosie Grodno-Białystok. Przy rodzinnych wspomnieniach o bieżeństwie, ciocia nagle zaczyna mówić o Żydach.

– Czy byli z pobliskiej Kuźnicy? Do getta w Sokółce ich wieźli? – dopytuję.

– Nie, w drugą stronę. Raczej do Grodna – mówi ciocia. Wtedy jeszcze nie mam pojęcia o obozie przejściowym w Kiełbasinie pod Grodnem, do którego przewieziono Żydów z Krynek, Sokółki, Kuźnicy. – Wieźli ich furmankami. Zajeżdżają do nas na podwórko. Bawiłam się pod domem. Niemcy idą do mamy, każą dać sobie jeść, może przynoszą swoje konserwy? A furmanki stoją na podwórku. Kilku niemieckich żandarmów pilnuje. A ja się przyglądam. Młoda Żydówka trzyma malutkie dziecko, które strasznie płacze. Ona nie reaguje, siedzi otępiała. Mnie tego dziecka jest tak strasznie żal. Podeszłabym, ale boję się, obok stoją żandarmi, mogą mnie zabić. W końcu jeden z nich, człowiek już niemłody, podchodzi do tej Żydówki i coś mówi. Ona dalej się kiwa nieprzytomnie. Niemiec znów coś mówi. W końcu rozpina Żydówce bluzkę, wyjmuje pierś i podaje płaczącemu dziecku.

Ciocia milknie. Przez moment widzę naprzeciwko siebie ośmiolatkę. Wciąż stoi przed domem w Łosośnie Wielkiej. Przygląda się otępiałej Żydówce z dzieckiem, w końcu sama zastyga w otępieniu.

Kopista, tłumaczka, chrześcijański duchowny. O białostockich Żydach

***

Opowieść cioci Ludy wciąż do mnie wraca. A przecież doskonale wiem, że jest wiele gorszych, jeszcze bardziej wstrząsających. Czytaliśmy, oglądaliśmy. Pełno jest ich we wszystkim, co dotyka tematu Zagłady.

Może dlatego obsesyjnie zaczynam szukać życia? Chcę zobaczyć tych sąsiadów z Krynek na długo przed gettem, gdy wokół panoszyło się życie. „I ciągle widzę ich twarze” – rozbrzmiewa w mojej głowie. To tytuł albumu ze zdjęciami żydowskich mieszkańców przedwojennej Polski, nadesłanych na ogłoszony przez Fundację Shalom konkurs. Czytam wiersz Stanisława Wyspiańskiego, z którego zaczerpnięto tytuł: „I ciągle widzę ich twarze,/ ustawnie w oczy ich patrzę -/ ich nie ma – myślę i marzę, / widzę ich w duszy teatrze”.

Ja wciąż tych twarzy nie widzę. Chodzę po Krynkach, Białymstoku, Sokółce, Kuźnicy i widzę jedynie blizny po Żydach. Nie znam imion, nazwisk, historii codziennego życia. Nic o nich nie wiem.

Szukam. Czytam nazwiska kryńskich rabinów, właścicieli największych zakładów, najaktywniejszych działaczy robotniczych, młodych anarchistów rzucających bomby. Encyklopedyczne notki niewiele mówią o kryńskiej codzienności. Wpatruję się w zdjęcia. Najzachłanniej – w twarze zwyczajnych ludzi. Pracownicy garbarni, brodaty mężczyzna podnosi głowę znad stołu z rozłożoną skórą. Młodzi ludzie pozują na tle pierwszego w Krynkach autobusu. Klasy szkolne z nauczycielem czekają w skupieniu, aż fotograf naciśnie spust migawki.

'Sąsiedzi wyjechali do Treblinki' wystawa w Centrum Zamenhofa. Praca Aleksandry Reszeć
'Sąsiedzi wyjechali do Treblinki' wystawa w Centrum Zamenhofa. Praca Aleksandry Reszeć  Aleksandra Reszeć

***

Gdy zajmowałam się bieżeństwem, słyszałam mnóstwo opowieści o ludziach sprzed 100 lat. Pokazywano mi zdjęcia prababek, szkice drzew genealogicznych z nazwiskami chłopskich przodków do XVIII wieku. Często słyszałam wtedy: „nie przetrwalibyśmy po powrocie, gdyby nie nasi katoliccy i żydowscy sąsiedzi”. U tych pierwszych zarabiali na chleb. A u Żydów pożyczali pieniądze, by kupić worek kartofli do zasadzenia i jesienią mieć już własne.

Od kogo pożyczaliście? – pytam. Którzy Żydzi wam pomagali? Ale nie poznam nazwisk, nie usłyszę historii. Za późno – mówią ludzie. Nie pamiętają. Może więc to, co było później? Kto sprzedawał najlepsze śledzie? Kto cukierki? I te dzieci, z którymi chodziliście do szkoły? Czasem słyszę imiona, nazwiska wyłaniane gdzieś z głębin pamięci. Najczęściej jednak dostaję trochę etnograficzno-stereotypowych opowieści, jak Żydzi wyglądali, jak sprytnie handlowali, że w sobotę mieli szabas i wynajmowali chrześcijan do rozpalenia w piecu. Przy tym trudno zobaczyć ich twarze. Inaczej niż w opowieściach o naszych babciach i dziadkach. Żydzi, choć to przecież sąsiedzi, do tej historii nie należą. Są obok, w innej opowieści. One czasem się zbiegają, nawet zazębiają, ale biegną osobno. Pamięć też.

'Sąsiedzi wyjechali do Treblinki' , Centrum Zamenhofa. Praca Krystyny Piotrowskiej
'Sąsiedzi wyjechali do Treblinki' , Centrum Zamenhofa. Praca Krystyny Piotrowskiej  Fot. Grzegorz Dąbrowski

Odszedł Miszka Zylbersztajn. Przez pół wieku nie znał własnej przeszłości

***

W końcu znajduję. Zdjęcie z zakładu krawieckiego. Chrześcijańska uczennica, która zachowała fotografię to Leokadia – Lodzia, matka Jadwigi Carewicz, która pokazuje mi zdjęcie.

– Moja babcia Zosia obrabiała 3 hektary ziemi, dziadek pracował w garbarni, mieli czwórkę dzieci – opowiada pani Jadwiga. – Na Sokólskiej, gdzie mieszkali, wszyscy byli wymieszani: katolicy, prawosławni, Żydzi. Do dziś to widać po domach. Chrześcijanie byli rolnikami, działki mieli wąskie, więc budowali się szczytem do drogi, w jednym ciągu: dom, obora, chlewy, stodoła. U Żydów dom stał frontem do ulicy i miał ganek z podnoszonym dachem, by mogli świętować w nim kuczki (święto Sukkot – Szałasów). Babcia Zosia, osoba niezwykle przedsiębiorcza, każde ze swoich dzieci wyuczyła jakiegoś zawodu, nawet córki. Skąd u prostej chłopki taka potrzeba kształcenia? Może od żydowskich sąsiadów?

Lodzia uczyła się na krawcową. Zachowało się jeszcze wcześniejsze zdjęcie – z „Bezpłatnego kursu kroju i szycia Singer”, o czym informuje napis w tle. Kilkanaście dziewczyn i jeden chłopak oraz dostojny mężczyzna, pewnie nauczyciel. Lodzia znów jest jedyną nie-Żydówką w tym gronie. Potem zaczyna naukę w zakładzie czarnowłosej krawcowej. Jej córeczka lubi Lodzię, przychodzi do jej domu, zaprzyjaźnia się z rodziną. Pytam o imiona krawcowej i jej córki. Nikt ich dzisiaj nie pamięta, bo zaraz zaczyna się wojna.

– Wyganiają Żydów z getta. Idą Sokólską – to wspomnienie pani Jadwidze utkwiło w pamięci. – Pędzą ich do Białegostoku, może Sokółki, a może na rozstrzelanie? Nie wiadomo. Babcia Zosia z moją mamą wychodzą przed dom. Wśród Żydów widzą krawcową i jej córeczkę. Spojrzenia się spotykają.

Lodzia zapamięta ten moment na zawsze, często będzie o nim opowiadać córce.

'Sąsiedzi wyjechali do Treblinki' wystawa w Centrum Zamenhofa. Praca Pawła Wajgerta
'Sąsiedzi wyjechali do Treblinki' wystawa w Centrum Zamenhofa. Praca Pawła Wajgerta  Paweł Wajgert

***

Szukam opowieści o życiu, najlepiej wspólnym, a znajduję tylko te o jego końcu. Jakby nie pozwalały się zapomnieć, domagały się dalszego opowiadania.

Próbuję zrozumieć. Co się wtedy, na ulicy Sokólskiej, stało dla Lodzi i babci Zosi? Mojej cioci, patrzącej na otępiałą z bólu Żydówkę i jej płaczące dziecko? Co się stało w nas wszystkich? Jak poradziliśmy sobie z tym spojrzeniem idącej na śmierć małej dziewczynki? Z lękiem, że nasze dzieci mogą być następne?

A inne sytuacje z tamtych czasów? Kiedy którejś nocy dawna sąsiadka puka i prosi o schronienie, bo właśnie udało się jej uciec. Jeśli nie dla siebie, to przynajmniej dla dziecka. A ci furmani, którzy wieźli Żydów na swoich wozach? Na rozkaz Niemców, bez możliwości odmowy. Nigdy nie spotkałam się z opowieścią o tym. A przecież, by wywieźć z getta 5 tysięcy ludzi, Niemcy musieli zmobilizować wielu chłopów. Może nawet z moich Knyszewicz? Nikt nigdy o tym nie wspominał. Ale czy to dziwi? Jak o tym opowiadać? Jak o tym pamiętać?

Myślę o tych wszystkich ludziach, świadkach i skóra mi cierpnie. A przecież słucham historii ludzi, którzy – tak to określmy – zachowali się przyzwoicie. Nie myślę tu o szmalcownikach, o okrutnych granatowych policjantach, rekrutujących się z dawnych sąsiadów. Staram się nie myśleć o „sąsiedzkich” pogromach, nie tylko w Jedwabnem, przecież było ich więcej. Nie zagłębiam się w analizy ludzkich postaw wokół tzw. „pożydowskiego mienia”, kiedy jego właścicieli dopiero co wywieziono do Treblinki. Nie analizuję zachowania tych, którzy zamieszkali potem w żydowskich domach. Nie pochylam się też nad tymi niewyobrażalnymi bohaterami, którzy żydowskim sąsiadom pomagali, którzy ich ukrywali, czasem za pieniądze, a czasem bezinteresownie, narażając życie nie tylko swoje, ale także swoich dzieci. Próbuję zrozumieć, co się stało dla tych zwyczajnych ludzi; dla moich przodków, sąsiadów. Dla tych, którzy patrzyli. I dla nas.

'Sąsiedzi wyjechali do Treblinki' , Centrum Zamenhofa. Praca Małgorzaty Dmitruk
'Sąsiedzi wyjechali do Treblinki' , Centrum Zamenhofa. Praca Małgorzaty Dmitruk  Fot. Grzegorz Dąbrowski

Białystok 1915. Co zobaczył niemiecki fotograf sto lat temu [ZDJĘCIA]

***

„Biedni Polacy patrzą na getto”. Znów cytat, który kołacze mi się po głowie. W 1987 roku „Tygodnik Powszechny” opublikował tekst Jana Błońskiego pod tym tytułem. Naruszał on głęboko zakorzenione stereotypy polskiego myślenia o własnej przeszłości, wywołując burzę.

Błoński analizuje dwa wiersze Miłosza o zagładzie getta. Powszechnie znany „Campo di Fiori”, i drugi: „Biedny chrześcijanin patrzy na getto” z 1943 roku. W tym ostatnim rozpoznaje „dwa strachy”, których doświadcza podmiot liryczny. Jeden, to strach przed własną śmiercią, „dokładnie przed pogrzebaniem żywcem, co przecie zdarzyło się tylu ludziom, zasypanym w podziemiach, także w piwnicach getta”. Drugi, przed kretem, posuwającym się pod ziemią, wśród ciał ofiar, „ale także jakby – poniżej naszej świadomości. To poczucie winy, do jakiej nie chcemy się przyznać”.

Zatrzymuję się. Gdy słuchałam opowieści tych, którzy patrzyli na likwidację getta w Krynkach, Sokółce, czy Kuźnicy, myślałam o bezsilności, strachu, przerażeniu, niezrozumieniu. I właśnie o poczuciu winy. Tłumiłam tę myśl; to przecież nieracjonalne, to nie oni byli sprawcami. Ale do mnie wracała. Bo jak patrzeć na Zagładę bez chociażby cienia poczucia winy? Nawet jeśli nie przyłożyliśmy do tego ręki? Przecież oni idą na śmierć, my żyjemy. Czy nie przemknie gdzieś myśl o grzechu zaniechania? Albo jakaś inna, do której nie chcemy wracać?

Czytam dalej. „Więc lęk przed potępieniem, lęk piekielny! Lęk nie-Żyda, który patrzy na walące się getto. Wyobraża sobie, że mógłby tu – przypadkiem – także zginąć, i wtedy w oczach kreta, co umie rozróżnić popioły, wyda się „pomocnikiem śmierci".

Błoński pisze o naszym obsesyjnym lęku przed tym oskarżeniem, który tłumi możliwości uczciwego przyjrzenia się historii, rozliczenia się z niej i oczyszczenia.

„Kiedy tylko dojdzie do nas zdarzenie, fakt, który nie najlepiej o nas świadczy, gorączkowo staramy się go pomniejszyć, wytłumaczyć, zbagatelizować. Nie jest nawet tak, abyśmy go chcieli ukryć czy zaprzeczyć, że miał miejsce. Czujemy przecież, że nie wszystko było w porządku. Jakże zresztą mogłoby być w porządku? Współżycie społeczności – jak współżycie jednostek – nigdy nie jest bez skazy. Cóż dopiero takie burzliwe, nieszczęśliwe współżycie. Nie umiemy jednak rozmawiać o nim spokojnie.”

'Sąsiedzi wyjechali do Treblinki' wystawa w Centrum Zamenhofa. Praca Aleksandry Czerniawskiej
'Sąsiedzi wyjechali do Treblinki' wystawa w Centrum Zamenhofa. Praca Aleksandry Czerniawskiej  Fot. Grzegorz Dąbrowski

***

– Tu stała brama i tędy ich wyganiali – starszy mężczyzna pokazuje na współczesną kutą bramę z żelaznych prętów prowadzącą na podwórko. Na nim drewniany dom z gankiem, pomalowany na orzechowo. Przed nim ogródek, ogrodzenie z siatki. Wszystko takie tutejsze, kryńskie. Mężczyzna też: spodnie na szelkach, koszulka polo. I język. Mówi „po prostu” – w tutejszej gwarze. Dziennikarka pyta, kamera nagrywa.

– Tam stała kuźnia, dalej budynek cerkiewny, już poza gettem. A tędy ich pędzili; potem powieźli tą drogą. Stałem o tu, przy tych chatach – pokazuje. – Brama była drewniana, ze dwa metry wysokości. Po obu stronach stali Niemcy. A my tu… Dorośli bali się, nie przychodzili; na mnie też ojciec krzyczał...

– I co wyście wtedy czuli? – pyta dziennikarka.

– Patrzyliśmy. I śmialiśmy się.

– Śmialiście się – dziennikarka powtarza cicho, jakby nie rozumiała. Mężczyzna potwierdza:

– Tak, śmialiśmy się.

Dotąd żywo gestykulujący, opuszcza ręce. Milknie. Zanim przejdą do kolejnego wątku, zapada cisza.

Wielokrotnie wracam do tego fragmentu. Jest w tym siła. Szczerość. Odwaga. Może to jest ów ciążący na nas obowiązek, który jak pisze Błoński, sprowadza się już tylko do jednego – „do zobaczenia naszej przeszłości w prawdzie”?

Patrzę na tego mężczyznę z filmiku na youtubie i mam wrażenie, że on właśnie to robi.

Korzystałam m.in. z:

Cecylia Bach-Szczawińska, Krynki – karta dziedzictwa kulturowego, w: http://shtetlroutes.eu/pl/krynki-karta-dziedzictwa-kulturowego/#zabytki-budownictwa-i-architektury

Informacje o opisywanych przez mnie miastach, zgromadzone na stronie Wirtualny Sztetl: http://www.sztetl.org.pl

Informacje na stronie Społecznego Muzeum Żydów Białegostoku i Regionu: https://www.jewishbialystok.pl/

Jan Błoński, „Biedni Polacy patrzą na getto”, w: „Tygodnik Powszechny” 2/1987

Memorial Book of Krynki (translation of "Piknas Krynki” Edited by: D. Rabin, Published in Tel Aviv by Former Residents of Krynki in Israel and the Diaspora, 1970); http://www.jewishgen.org/yizkor/Krynki/Krynki.html#TOC204(dostęp 15.07.2017)

Filmy zamieszczone na profilu Bagnówka: https://www.youtube.com/user/bagnowka7

zlakami sztetli. Podróże przez zapomniany kontynent, Ośrodek „Brama Grodzka – Teatr NN”, Lublin 2015

Śladami opowieści z przeszłości pogranicza. Relacje międzyetniczne i kształtowanie się społeczności wsi w pamięci mieszkańców pogranicza polsko-białoruskiego na przykładzie miejscowości Krynki, (red.) F. Pazderski, Białystok: Stowarzyszenie Drumla, 2009;

Tutaj w Krynkach i Okolicy: [gazeta miejscowa / red. nacz. Jerzy Chmielewski], roczniki 2001-2003

*Tekst pochodzi z katalogu do wystawy "Sąsiedzi wyjechali do Treblinki". Promocja katalogu w Centrum Zamenhofa 3 września o godz. 18.30

Wystawa

'Sąsiedzi wyjechali do Treblinki' wystawa w Centrum Zamenhofa. Praca Aleksandry Czerniawskiej
'Sąsiedzi wyjechali do Treblinki' wystawa w Centrum Zamenhofa. Praca Aleksandry Czerniawskiej  Fot. Grzegorz Dąbrowski

Wystawa „Sąsiedzi wyjechali do Treblinki” przygotowana została w 75. rocznicę konferencji w Wannsee, na której politycy III Rzeszy postanowili o „likwidacji” 11 mln Żydów z Europy, w tym 400 tys. z Bezirk Białystok.

Z tematem tym zgodziło się zmierzyć 10 artystów: Ewa Chacianowska, Aleksandra Czerniawska, Grzegorz Dąbrowski, Małgorzata Dmitruk, Paweł Grześ, Krystyna Piotrowska, Rafał Siderski, Katarzyna Zabłocka z uczniami z Liceum Plastycznego w Supraślu, Tomasz Waszczeniuk oraz Janusz Badurski, lekarz, który chciał w tej sprawie zabrać głos jako fotograf. Kuratorką wystawy jest Magdalena Godlewska-Siwerska.

Artyści, zachowując indywidualną narrację, stworzyli wielowątkową opowieść, której motywem przewodnim są domy, jako świadectwo o życiu dawnych żydowskich sąsiadów.

Wystawę można będzie obejrzeć od 11 sierpnia do 6 września w Centrum im. Ludwika Zamenhofa / BOK w Białymstoku. 11 sierpnia, o godz. 18 zapraszamy na wernisaż; 3 września o godz. 18.30 odbędzie się promocja katalogu oraz panel dyskusyjny;

Organizatorami wystawy są Stowarzyszenie Edukacji Kulturalnej WIDOK i Białostocki Ośrodek Kultury. Wystawę dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego oraz ze środków Białostockiego Ośrodka Kultury. Projekt jest realizowany w ramach festiwalu Wschód Kultury/Inny Wymiar.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej na ten temat
Komentarze
Zaloguj się
Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem
Brawo Białystok. Ja wychowałam się w Zawierciu, ale historia jest uderzająco podobna. Przechodziłam ul. Marszałkowską do szkoły, bo było "po drodze" i specjalnie, na zakupy. I nigdy nikt z dorosłych nie zwrócił uwagi, że sklep z częściami samochodowymi znajduje się w dawnej synagodze. A ja - dziecko - nie byłam wyczulona na specyficzną architekturę i nie wiedziałam, że trzeba i warto pytać. O getcie nie słyszałam nigdy. O problemie Żydów w czasie II wojny światowej również nie mówiło się w szkole. "W Oświęcimiu zginęli Polacy". O Treblince w ogóle się nie mówiło. O powstaniu w getcie warszawskim również. Dziś mam ponad 40 lat i kiedy niedawno odwiedziłam rodziców nadal mieszkających w Zawierciu i podczas spaceru "uderzyła mnie" rozwalająca się synagoga, przy ul. Marszałkowskiej 41 zaczęłam drążyć w internecie. Oczywiście znalazłam informacje natychmiast. 7 tys. Żydów zgromadzonych w getcie a potem wywiezionych do Oświęcimia. Wojnę przeżyło SIEDMIORO... Inne miasta - odezwijcie się!
już oceniałe(a)ś
9
0