Dom tak przesiąkł atmosferą zmian, że 3-letni Gucio gdy tylko widzi demonstrantów w telewizji, podśpiewuje: "Wolność, równość, demokracja!".
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

W środę, 12 lipca, w ostatniej chwili marszałek Sejmu wprowadza do porządku obrad dwie ustawy dotyczące wymiaru sprawiedliwości: o ustroju sądów powszechnych i Krajowej Radzie Sądownictwa. Zaraz pojawia się też projekt o Sądzie Najwyższym. 32-letni Radosław Pawłowicki, facet z szerokim uśmiechem, mieszkaniec Augustowa, nie może się oderwać od relacji w internecie. Parę dni chodzi nabuzowany. Namawia znajomych na wyjazd do Warszawy na protest, ale koniec końców w niedzielę jedzie sam. Bierze ze sobą biało-czerwoną flagę. Wcześniej jedyny raz był na ulicznej demonstracji pod ambasadą Ukrainy, kiedy pacyfikowano Majdan Niepodległości.

Z Warszawy wraca z niedosytem. Zastanawia się czy w tej sytuacji nie wziąć urlopu i nie wrócić pod Sejm na dłużej. – Ale tam byłbym jednym z wielu w dużym mieście – duma. – A może tu, w Augustowie, skrzyknąć ludzi...

Jego żona Bogna jest akurat u rodziców na drugim końcu Polski, w Bielsku-Białej. Idą z tatą na pierwszą demonstrację, przeżywają chwile grozy, kiedy mijają ich młodzi mężczyźni i wykrzykują, że czas wyciągnąć kominiarki.

Łańcuch Światła na schodach białostockiego sądu. W obronie niezależności

Augustowskie przebudzenie

Pierwszy Łańcuch Światła w Augustowie Radosław Pawłowicki organizuje chałupniczo. We wtorek, 18 lipca około godz. 15 tworzy wydarzenie na Facebooku, dobiera słowa, żeby było rzeczowo, bez emocji: że te trzy propozycje ustaw zagrażają trójpodziałowi władzy, że chodzi o przestrzeganie Konstytucji. Zaprasza znajomych, przygotuje dwa transparenty na kawałku brystolu, jeden biały, drugi żółty i na 19.30 idzie pod sąd rejonowy na ul. Młyńskiej. Okazuje się, że te cztery i pół godziny wystarczyły, by zebrać małą grupkę osób. Połowy Radek nie zna, nie widział na oczy.

– Przyszliśmy demonstrować złość, ale na zdjęciach widać głównie uśmiechy. Wszyscy byliśmy pozytywnie zaskoczeni, że tylu nas jest w Augustowie – opowiada.

Przemawia. Choć wystąpienia publiczne go nie stresują, to i nie przychodzą z łatwością – musi starannie przemyśleć co ma do powiedzenia.

BARTOSZ LIPIŃSKI PRZEGLĄD POWIATOWY

Pierwsze koty za płoty. Przed czwartkową demonstracją z Radkiem kontaktuje się augustowianin Krzysiek i włącza się w przygotowania. W kolejnych pomagać będą jeszcze: Basia, Błażej, Darek, Andrzej, Filip, Kasia, Iwona. Nauczą się i informowania stosownych władz o zgromadzeniu, interakcji z tłumem, zapraszania do zabrania głosu tych, którzy chcieliby się podzielić swoimi emocjami. Ta druga manifestacja nakręca się właściwie sama, bo kontaktuje się z nimi były prezydent RP Bronisław Komorowski, który ma być w Augustowie przejazdem i pyta, czy może dołączyć do demonstrujących. Mówią: „tak”. Burmistrz związany z PiS usiłuje przeszkodzić, miasto odmawia podłączenia prądu, ale ostatecznie manifestacja dochodzi do skutku. Na Rynku Zygmunta Augusta gromadzą się tłumy.

Ze smutkiem, w słusznym gniewie. Protest w obronie sądów

Ale i później, w sobotę i niedzielę, jest coraz więcej ludzi pod sądem. W niedzielę gościem honorowym jest Bohdan Zdziennicki, były sędzia Trybunału Konstytucyjnego i jego prezes w latach 2008-2010. Przemawia jeszcze osiem innych osób, dużo klarowniej niż politycy ze stolicy – zauważają zebrani. Bogna potrafi mówić pięknie, z ogniem – o tym, co ważne dla zwykłych ludzi, o naszej wspólnej przyszłości, o traktowaniu kobiet w życiu publicznym. Mówi, że po raz pierwszy w życiu naprawdę czuje, że jej wolność jest zagrożona i że zagrożona jest normalność w Polsce.

A co powiedzą

W niedzielę pod sąd przyszło około 120 osób, co na Augustów jest nie lada wyczynem. To niewielka turystyczna miejscowość nad jeziorami, liczy około 30 tysięcy mieszkańców i poza sezonem jest w niej dość sennie. Do tego wszyscy o wszystkich wszystko wiedzą – kichniesz w Centrum, a Lipowiec mówi: na zdrowie.

Radek i Bogna wiedzą, że im jest łatwiej – są „spoza”. Sprowadzili się do Augustowa osiem lat temu, kiedy Radek dostał tu pracę. Uważają: – Prawdziwymi bohaterami manifestacji są ludzie, którzy mieszkają w Augustowie od urodzenia, ludzie, którzy pracują w urzędach i mimo ryzyka utraty pracy zdecydowali się demonstrować, którzy mimo „a co powiedzą sąsiedzi” odważyli się przyjść pod sąd i głośno manifestować swój sprzeciw wobec zmian.

Radek i Bogna nie reprezentują żadnej partii politycznej, na cały tydzień swoje domowe życie odwiesili na kołku. Zajmowali się koordynowaniem spraw organizacyjnych, sms-owaniem, śledzeniem na bieżąco doniesień medialnych – także z tygodnika „W Sieci” czy TVP, żeby zrozumieć różne punkty widzenia.

– Nie interesuje nas polityka. Interesuje nas to, żeby Konstytucja była przestrzegana i żeby była w Polsce atmosfera do rzeczowej debaty publicznej! Nie pytamy, kto na kogo głosował. To, co się liczy, to wyrażenie naszego jednego, obywatelskiego głosu za normalnością i szacunkiem – powtarzali tym, którzy przychodzili na spotkania. A ludzie przychodzili całymi rodzinami, z dziećmi w wózkach, młodzież, ci, którzy mają za sobą doświadczenia walki z komuną i seniorzy.

Przekuć znajomość w coś trwałego

– Czy to przebudzenie obywatelskie? – zastanawia się Radek. – Chodzę na wybory, zawsze staram się poznać kandydata i program, dużo czytam, ale to chyba jeszcze nie oznacza aktywnego uczestnictwa w demokracji. Teraz zrozumiałem, że codzienne bycie obywatelem oznacza, że mamy obowiązek udzielać się w lokalnej społeczności, dyskutować o tym co się dzieje, próbować coś zmieniać, jeśli nam nie pasuje. I wyrażać własne zdanie. Nie liczyć na to, że ktoś zrobi coś za mnie.

Na ostatniej demonstracji Bogna i Radek poprosili, aby ludzie na dużej kartce spisali swoje refleksje z całego tygodnia. Jedna dziewczyna napisała, że mieszka w Augustowie od maja, ale dopiero od zeszłego tygodnia czuje, że tu jest jej dom. „Walczyłem o wolne sądy” – nasmarował Antek, lat 10 (z mamą).

Łańcuch Światła w Augustowie - uczestnicy spisali swoje refleksje na temat tygodnia walki o demokrację
Łańcuch Światła w Augustowie - uczestnicy spisali swoje refleksje na temat tygodnia walki o demokrację  Łańcuch Światła Augustów

– Dużo się nauczyliśmy. Nie tylko możemy i potrafimy reagować na bieżąco, ale dowiedzieliśmy się, że drzemie w nas ogromna pozytywna siła. Widzimy, że mamy realny wpływ na to, co się dzieje wokół nas. Tak jak powiedział jeden z demonstrantów: Trzeba wstać i powiedzieć, co się myśli. Od tego się zaczyna – mówi Bogna.

– Poznaliśmy inne oblicze naszego miasta – dodaje Radek. – Urzekające jest to, że przez ten szalony tydzień poznaliśmy razem z Bogną więcej fantastycznych ludzi niż przez całe spędzone tu osiem lat. Aż trochę szkoda, że tak późno. Mamy kontakt przez Facebooka, ale i wymieniliśmy się telefonami z tymi, którzy nie mają kont. Obiecaliśmy sobie, że w przyszłym tygodniu spotkamy się, tym razem nie na demonstracji, ale w bardziej rodzinnych i wakacyjnych okolicznościach. Chcemy przekuć naszą znajomość spod sądu w coś bardziej trwałego.

– Będziemy obserwować to, co się dzieje wokół polskiej demokracji i w każdej chwili jesteśmy gotowi wrócić do demonstrowania. Jeśli trzeba będzie, jesteśmy w stanie w jeden dzień zebrać na demonstracji setki osób. Tak, na Podlasiu, w Augustowie! – deklarują.

Na colę i paluszki

Białostoczanin Jakub Macewicz kiedyś się angażował, i to bardzo. 20 lat temu, jeszcze w liceum, razem z koleżankami i kolegami chcieli założyć młodzieżową radę miasta. Wierzyli, że mogą wspierać samorząd i jednocześnie uczyć się, co znaczy być obywatelem. Poszli z tym pomysłem do władz, przekonani, że jest on skazany na sukces. Początkowo spotkali się z pozytywnym przyjęciem, dopiero później, z gazet dowiedzieli się, że wcale nikt na nich z otwartymi ramionami nie czeka. Jakub pamięta, że niegdyś dziennikarz, a teraz wiceprezydent Białegostoku Rafał Rudnicki stwierdził, że nie podoba mu się, żeby młodzież dostawała pieniądze na paluszki i colę. Te słowa zabolały. Częściowo dlatego na lata wycofał się z aktywnych form obywatelstwa.

AGNIESZKA SADOWSKA

– Tu nie o paluszki i colę chodzi – jeszcze dziś zżyma się Kuba.

Włączył się w Łańcuch Światła pod Sądem Okręgowym w Białymstoku, codziennie stojąc na stopniach schodów porywał tłumy, mówiąc o wolności, demokracji i szacunku. Nagłośnienie wysiadało, zdarł gardło. Miał smutną rozmowę z kolegą, który pytał go: – Kuba, po co? I tak się do koryta nie dopchasz, nic ci nie skapnie.

– To problem naszego kraju. Przestaliśmy wierzyć, że to, co robimy, ma wpływ na to, jak żyjemy. A jestem przekonany, że jest odwrotnie – uważa Jakub.

Przecież tak nie może być

Jest absolwentem socjologii na Uniwersytecie w Białymstoku. Wybrał ten kierunek z prostego powodu: jego dwaj ulubieni muzycy też studiowali socjologię – to Wojciech Waglewski i Kazik Staszewski. Do dziś pamięta wykłady z prof. Piotrem Glińskim – wtedy wegetarianinem, badaczem ruchów ekologicznych, specjalistą od społeczeństwa obywatelskiego, dziś w rządzie PiS ministrem kultury i dziedzictwa narodowego.

– To ironia, że właśnie od niego usłyszałem o prawie oligarchii według socjologa Roberta Michelsa. Tym samym, o którym śpiewał Kazik: „Żelazne prawo oligarchii, kto władzę ma, najpierw o nią się martwi” – mówi Jakub. – Myślę, że obaj te słowa pamiętamy, ale obawiam się, że rozumiemy je inaczej. A może pan profesor sam sprawując władzę, już ich pamiętać nie chce.

Właśnie dlatego Jakub wyszedł na ulicę.

Łańcuch Światła w Podlaskiem. Pokojowe protesty w obronie niezależności sądów [GALERIA ZDJĘĆ]

Po studiach został na parę lat asystentem na wydziale, a od pięciu pracuje w prywatnej firmie. Z żoną mają trójkę dzieci, samych chłopców: Jerzyka, Franka, Gucia. Kiedy się kłócą, a ojciec ich uspokaja, jeden z nich zazwyczaj mówi: „ale on wczoraj…”. Argument, że inni robili jeszcze gorzej, drażni Kubę u jego własnych dzieci, a u dorosłych rządzących naszym krajem jest nie do przyjęcia. Gdy10-letni Jerzyk chciał porozmawiać o turnieju tenisowym, tato przepraszał, że nie da rady – jest zbyt przybity tym, co się dzieje w Sejmie – uchwalane są tam ustawy niezgodne z Konstytucją.

– Ale jak to niezgodne? Przecież tak nie może być – przytomnie zauważył Jerzyk.

Fakt, nie może. W niedzielę stwierdzili z żoną, że dość tego siedzenia i narzekania i całą piątką pojechali pod Sejm. Potem poszli pod Sąd Okręgowy w Białymstoku. Jakub wahał się, czy zabrać głos, ale ostatecznie włączył się do dyskusji na portalu społecznościowym, po czym organizatorzy wydarzenia z grupy Normalny Białystok zaprosili go do publicznego wystąpienia. Przemawiał dzień po dniu. Za jego namową ludzie patrzyli na swoich sąsiadów, stojących po prawej i po lewej stronie, witali się, ściskali ręce, przybijali piątki i mówili: „świetna robota!”.

Poniedziałek, 24 lipca 2017 roku. Prezydent Andrzej Duda ogłosił, że zawetuje dwie z trzech kontrowersyjnych ustaw. W Białymstoku odbył się kolejny protest przed sądem okręgowym w obronie niezawisłości sądów.
Poniedziałek, 24 lipca 2017 roku. Prezydent Andrzej Duda ogłosił, że zawetuje dwie z trzech kontrowersyjnych ustaw. W Białymstoku odbył się kolejny protest przed sądem okręgowym w obronie niezawisłości sądów.  AGNIESZKA SADOWSKA

Nie palcie komitetów

Dom Macewiczów tak przesiąkł atmosferą zmian, że 3-letni Gucio gdy tylko widzi demonstrantów w telewizji, podśpiewuje: „Wolność, równość, demokracja!”.

– Sam poczułem obywatelski zew – śmieje się Jakub. – Poczułem, że to pierwsze autentyczne, bo oddolne narodziny społeczeństwa obywatelskiego. Stanęliśmy wszyscy razem solidarnie, łokieć w łokieć, po stronie naszych niezbywalnych praw. Udało się nam wytworzyć poczucie wspólnoty, mimo istotnych różnic, jak poglądy polityczne, wiek czy wyznanie. Dzięki trudnym czasom rodzi się nowa jakość.

Nie budujmy murów, ale je przeskakujmy. 'Łańcuch światła' pod sądami

Jakub wie, że chciałby tę energię wykorzystać, tylko nie ma jeszcze pomysłu – jak. Bliska jest mu idea Jacka Kuronia: „Nie palcie komitetów, zakładajcie własne”. Dobrze by było skupić się na oddolnych inicjatywach we własnym mieście, na osiedlu.

– Niech każdy zajmie się tym, co go kręci i niech robi to razem z innymi i dla innych. Siła jest w ludziach, nie w organizacjach – uważa. Do tej pory organizował treningi Porozumienia Bez Przemocy i uważa, że warto wziąć do serca wskazówki tej metody: – Nie dajmy się wkręcić w spiralę przemocy, pogardy, obrażania się i „teraz my wam pokażemy”. Jeśli ktoś inny wygra wybory, a jestem przekonany, że tak się kiedyś stanie, zwolennicy PiS nie znikną, będziemy musieli się wszyscy razem dogadać. Rozmawiajmy z ludźmi prawicy, oni też chcą dobrze dla Polski. Musimy działać razem, żeby wygrała demokracja, dbać o potrzeby wszystkich obywateli. Nie wściekajmy się, nie zakładajmy rąk, tylko rozmawiajmy, bo tego dziś potrzebuje nasz kraj.

Obyśmy byli razem, jak po nas przyjdą

Po ponad tygodniu protestów pod sądami w Białymstoku, Łomży, całej Polsce 31-letni Kamil spod Jedwabnego mówi:

– Każdy, kto przychodził dotąd pod sądy, któremu bliska jest Polska jako kraj otwarty, racjonalny i tolerancyjny powinien mieć gdzieś z tyłu głowy, że jeżeli „coś”, to możemy liczyć na siebie nawzajem, że możemy zjednoczyć się w sytuacji zagrożenia. Najważniejsze, żebyśmy byli zjednoczeni jak przyjdą po nas.

AGNIESZKA SADOWSKA

Kamil Mrozowicz – niewysoki, szczupły, jasny blondyn. Studiował socjologię wielokulturowości na Uniwersytecie w Białymstoku i kulturoznawstwo w białostockiej Wyższej Szkole Administracji Publicznej. Urodził się w Łomży, ale jego dom rodzinny jest w Kuczach Wielkich, wsi pięć minut samochodem od Jedwabnego. W Kuczach skończył podstawówkę. W Jedwabnem chodził do gimnazjum położonego nieopodal miejsca, w którym polscy sąsiedzi spalili żywcem Żydów 10 lipca 1941 roku. Przed tygodniem, w piątek w Łomży pod sądem okręgowym zebrało się kilkanaście osób. Poprzedniego dnia – w czasie pierwszego protestu – było nieco więcej. Ich pojawienie się tu w obronie niezależności wymiaru sprawiedliwości i obrony demokracji niszczonej przez rządzącą krajem partię wymagało szczególnej odwagi. Łomżą rządzi PiS. Kamil opowiada:

– Tych, którym bliskie są wartości dalekie od PiS jest w Łomży na pewno więcej. Moja koleżanka chciała na jeden z protestów zabrać 16-letniego syna. Jak mu zaproponowała, ten zadzwonił do swojego ojca ze skargą. Mówił ojcu: „Powiedz matce, żeby tam nie jechała, bo po wakacjach w szkole z nas będą się śmiać, nie będę miał w szkole życia”.

Weto prezydenta Dudy. Radość i dużo "ale" [OPINIE]

Przypomina:

– Przeczytałem na Facebooku, że ludzie skrzykują się w Białymstoku. I wtedy zaczęło mi chodzić po głowie, żeby skrzyknąć znajomych i w piątek też pójść pod sąd, bo zawsze na weekend jeżdżę do siebie. Ktoś jednak zorganizował ludzi już w czwartek. Jednak pomyślałem, że warto przyjść i w piątek, bo może przyjdą ci z czwartku i pewnie dołączą moi znajomi, jak ich poinformuję. Stworzyłem wydarzenie na facebooku. Zainteresowało się nim wielu moich znajomych. W końcu spośród nich przyszły tylko dwie osoby.

Wstydziłem się Jedwabnego

Niedawno Forum Dialogu poinformowało: „Z przyjemnością informujemy, że Lider Dialogu Kamil Mrozowicz otrzymał przyznawane przez Forum stypendium na rozwój osobisty, finansowane dzięki wsparciu Funduszu Davida i Anny Dlugie Kliger”. Forum Dialogu to największa i najstarsza polska organizacja pozarządowa zajmująca się dialogiem polsko-żydowskim. W uzasadnieniu przyznania stypendium Kamilowi napisano: „W młodości przeczytał „Sąsiadów” Jana Tomasz Grossa i skonfrontował się z trudną historią swojej małej ojczyzny. Wtedy uznał, że jego obowiązkiem jest dbać nie tylko o pamięć o tragedii pogromu w Jedwabnem, ale także o bogatym przedwojennym życiu lokalnej społeczności żydowskiej. Kamil z typową dla siebie skromnością mówi, że to przedsięwzięcie, z którego będzie najbardziej dumny, jest dopiero przed nim. Marzy mu się realizacja międzynarodowego projektu edukacyjnego z udziałem młodzieży z Jedwabnego i Izraela, ale boi się, że brak swobody w posługiwaniu się angielskim może być przeszkodą”.

Obecny stypendysta przywołuje wspomnienie:

– W drugiej klasie gimnazjum, czyli w 2000 i 2001 r. pytaliśmy nauczycielkę polskiego i nauczyciela od historii, co się stało w tym miejscu, gdzie teraz jest pomnik. Mówili, że to sprawa polityczna i żebyśmy nie wnikali.

W 2002 r. Kamil rozpoczął naukę w technikum w Łomży. Wtedy właśnie w ręce wpadli mu „Sąsiedzi” Grossa. Opowiada:

– To przecież niegruba książka, ale za pierwszym razem nie dobrnąłem do końca. To był dla mnie szok. Dopiero na studiach, kiedy przeczytałem „My z Jedwabnego” Anny Bikont zrozumiałem, że to też moja historia, moich Żydów.

Nie można zacierać pamięci. Rozmowa z biskupem Rafałem Markowskim

Przypomina sobie z lekkim uśmiechem: – Jak byłem w technikum i jak mnie pytali skąd jestem, odpowiadałem, że z Łomży, bo wstyd mi było przyznać się, że z Jedwabnego, bo wiedziałem już, że Polacy zamordowali Żydów i myślałem, że jak oni się dowiedzą, to będą podejrzewać, że moja rodzina czy znajomi też w tym pogromie brali udział. Do Jedwabnego otwarcie zacząłem się przyznawać dopiero na studiach. W ich trakcie zacząłem pojawiać się na uroczystościach rocznicowych 10 lipca. Uznałem, że muszę się z Jedwabnem zmierzyć. Pomyślałem, że nie mogę ukrywać do końca życia, że stamtąd nie jestem. A jak nie mogę, to muszę się do tego jakoś odnieść. Na początku nie wiedziałem, jak się pod tym pomnikiem zachować. Jak byłem pierwszy raz, wziąłem ze sobą aparat fotograficzny i chodziłem z nim udając, że tylko robię zdjęcia. W kolejnych latach zacząłem rozmawiać z tymi, którzy przyjeżdżali i w końcu oswoiłem siebie w tym miejscu. Anna Bikont skontaktowała mnie z Bogdanem Białkiem z Kielc i poprosiłem go o pomoc, bo wiedziałem, że w sprawach tego dialogu polsko-żydowskiego ma doświadczenie. I już się potoczyło.

Po chwili dodaje:

– Wreszcie wiedziałem już, że na pewno muszę wziąć odpowiedzialność za pamięć o moich Żydach. Inaczej ich śmierć zupełnie nie miałaby sensu, choć i tak nie miała. Trafiłem na odpowiednich ludzi, którzy wiedzą, że to trudna pamięć.

Potrzeba wstawania z kolan

Jesienią 2012 r. Kamil razem ze Stowarzyszeniem im Jana Karskiego w jedwabieńskim Gminnym Ośrodku Kultury ruszył z projektem „Inni, ale tacy sami” – o innych kulturach. Odbyło się jedno spotkanie. Dotyczyło kultury kaukaskiej. Drugie miało być związana z kulturą romską. Nie wypaliło, choć na pierwsze przyszło nawet sporo miejscowych. Władze zaczęły patrzeć niechętnie, bo w mediach znowu przy okazji wracano do pomordowanych Żydów w Jedwabnem. Kamil postanowił więc organizować spotkania filmowe w podjedwabieńskich wiejskich świetlicach, bo tam nikt nie przeszkadza. Dotąd były dwa – w jego Kuczach Wielkich. Prezentował filmy o uchodźcach i powstaniu w getcie warszawskim.

– W Jedwabnem nawet jak wszyscy przebaczą sobie nawzajem i przeproszą, to dalej będzie potrzeba pamiętania o moich, naszych Żydach.

Rozmowa z Kamilem schodzi nagle sama z siebie na ostatnie protesty. Chłopak wyznaje:

– Jedwabne nauczyło mnie, że nawet jeśli jest niewiele osób, nawet jak jesteś sam, nie warto siedzieć cicho. Zarówno w przypadku konieczności uporania się kłopotami z pamięcią w Jedwabnem, jak i jeśli chodzi o obywatelskie protesty pod sądami, wspólna jest potrzeba wstawania z kolan, niegodzenia się na pozostawanie ze spuszczoną głową.

AGNIESZKA SADOWSKA

Kamil spokojnie tłumaczy:

– Też jestem zdania, że reforma sądów jest potrzebna, ale Kaczyński nie może wszystkiego w Polsce zawłaszczać. Jak w Polsce wróci normalność demokratyczna, pod sąd nie będę przychodził, ale przecież długo jeszcze w Polsce pełnej normalności nie będzie, będą ustawy nie w porządku, czy z innej strony – przejawy rasizmu czy nietolerancji. Z tym roboty będzie na lata.

Przewiduje:

– Ten ruch, jaki stworzył się przy okazji protestów pod sądami, wcześniej lub później się rozpadnie. Jest tam zbyt dużo ludzi o zbyt różnych poglądach. Jest pomysł, żeby pozostawać ze sobą w kontakcie, może na Facebooku stworzyć jakąś grupę. Na razie pewnie będziemy się jeszcze spotykać. Jak nie przed sądem, to np. w Puszczy Białowieskiej.

Kamil chce w Jedwabnem założyć fundację, żeby mieć narzędzia do działania, żeby nie musiał np. pożyczać projektora do wyświetlania filmów o holocauście w jedwabieńskim Gminnym Ośrodku Kultury, czy okolicznych świetlicach, do których jest spychany.

– Założę fundację jak zdążę, jak wcześniej nie przyjdą po trzeci sektor. A jak założę i wtedy po mnie przyjdą, to może ci ludzie sprzed sądów też przyjdą – z pomocą.

Po proteście w Białymstoku, w czasie którego Kamil zabrał głos, późnym wieczorem na przystanku podeszła do niego starsza kobieta:

– To pan jest spod Łomży, w Łomży robił protest i teraz przemawiał przed sądem? – zapytała.

Kamil potwierdził, przestraszony, że zaraz zacznie się „jazda”. Kobieta odparła:

– Gratuluję i dziękuję panu.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej
    Komentarze
    Zaloguj się
    Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem