Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Wiele lat po śmierci pani Lidii – matki Andy. Szesnaście lat, od kiedy odszedł Mateusz – syn Andy, mój przyrodni brat. Jedenaście lat od śmierci mojej mamy. Trzy miesiące od śmierci mojego i Mateusza ojca – męża mojej mamy i partnera Andy przez dużą część jej życia. Warszawa. Nowy Teatr. Premiera „Kabaretu warszawskiego”. Anda przedstawia mnie reżyserowi spektaklu Krzysztofowi Warlikowskiemu:

– To mój pasierb.

Nocą rozmawiamy tylko we dwoje, u niej w domu, tak przed snem:

– Myślisz, że moja mama nie byłaby na mnie zła, że zostałem twoim pasierbem? – nie wiem sam, czego poprzez to pytanie chciałbym się tak naprawdę dowiedzieć.

– Na ciebie pewno nie – po dłuższym milczeniu zapewnia Andy.

Twarz Grządzielki była stara jak świat. Lekcja Babci Oli

Raczej dobroć niż ciepło

Koniec drugiej połowy lat 70. Nie mam jeszcze piętnastu lat. Mateusz – ośmiu. Jesteśmy kilka dni na wakacjach u pani Lidii w Legnicy. Rano, w dzień po przyjeździe, woła nas na śniadanie. Wchodzimy do salonu. Ogromny stół zastawiony szynką, polędwicą.... Jest nawet kawior. W moim Białymstoku nawet od święta produkty raczej niespotykane. Skubię drugi plaster szynki. Więcej nie dam rady. Mateusz też. Pani Lidia karci nas z wyraźnym rosyjskim akcentem:

– Musicie to zjeść, wyrzucać nie będę.

Zaraz potem uśmiecha się i zostawia nas przy stole. Rozmawia z kimś w drugim pokoju. Pokrzykuje.

Przypominał mi się ten obraz w noc po premierze Krzysztofa Warlikowskiego i powraca teraz, kiedy rozmawiam z 73-letnią Andą – po tym jak zaczęła się „pakować”: Zmieniła po raz kolejny mieszkanie – tym razem na mniejsze – wyprzedała na aukcji znaczną część swojej kolekcji dzieł sztuki.

Wyznaje:

– Pewnie we mnie jest coś z mojej matki, tylko ja tego nie widzę. Jestem stanowcza i ostra, jak wiadomo, ale ci, którzy mnie znają, wiedzą, że mam też sporo dobroci dla ludzi. W mojej mamie była też raczej dobroć niż ciepło. To taka skłonność do pomocy ludziom, potrzeba ich wysłuchania. Garnęły się do niej rozmaite osoby z troskami, na ogół znacznie młodsze – nawet ode mnie. Przychodziły do niej z rozmaitymi sprawami, a ona przede wszystkim ich wysłuchiwała, była wyrozumiała i jak tylko mogła, pomagała lub doradzała. Dowiedziałam się o tym znacznie później – od tych ludzi. Ona sama mi o tym nigdy nie powiedziała. Mama była gościnna i uważała, że najważniejsze jest nakarmienie człowieka, bo miała syndrom leningradzkiej blokady. W domu nie mogło zabraknąć jedzenia. Mogło zabraknąć wszystkiego, ale nie jedzenia.

– Ale chleba, cebuli i smalcu...?

– Nie, wszystkiego, co możliwe. Jak byłeś wtedy w Legnicy z Mateuszem, było akurat na bogato, na wasz przyjazd. A tak w ogóle to była zasada: im więcej w domu było jedzenia, tym lepiej. To wiązało się z przeżyciem głodu – radykalnego głodu, bo w czasie blokady Leningradu był głód radykalny.

Anda RottenbergAnda Rottenberg Fot. Bartosz Bobkowski

Córeczka tatusia, potem mamusi

Osiem lata temu pojawia się autobiograficzna książka Andy – szczera do bólu. Jest o rodzinie Andy, o Mateuszu. Nawet rozdział o mnie, z zakończeniem, które jakoś mnie boli: Mateusza nie ma, Maciek żyje – tak ten koniec zapamiętuję.

Dźwięczy mi to jak zarzut.

Buma mówiła: Nie masz o czym gadać, nie gadaj w ogóle. Akademia Opowieści

Dzięki tej książce jednak układam sobie w głowie także obraz pani Lidii. Nie tylko zresztą ja, recenzentka książki z „Wyborczej” pisze: „Matka pochodziła z rosyjskiej zamożnej rodziny mieszczańskiej, która w czasie kolejnych faz rewolucji w Rosji stopniowo została pozbawiona wszystkiego i spychana na niższe stopnie bytowania, nie omijając po drodze wysiedleń, łagrów, rozstrzelań. Ojciec pochodził z żydowskiej rodziny osiadłej pod Nowym Sączem. W 1939 r. uciekł na Wschód. Wsadzony do lwowskich brygidek, a potem zesłany do łagru, spotkał tam Lidię Szerszniow, a z tego spotkania wzięła się autorka książki. Wraz z decyzją rodziców o wyjeździe do Polski zaczyna się jej własna historia”.

Teraz, po ośmiu latach od wydania tej autobiografii, znowu rozmawiam jako oficjalnie uznany przez Andę za jej pasierba o pani Lidii.

Anda się zwierza:

– Do pewnego wieku byłam córeczką tylko tatusia, mniej więcej do dwunastego roku życia. Potem przez wiele lat córeczką niczyją i stałam się córeczką mamusi dopiero po śmierci ojca. Byłam już po trzydziestce.

Nie tylko z jej autobiografii wiem, że kilkunastoletnia, wchodząca w dojrzałość Anda uciekła z rodzinnego domu w Legnicy. Wspominała mi o tym kilkakrotnie. Proszę teraz, żeby mi zdradziła, czy uciekła wtedy przed swoją matką, dlaczego.

– Uciekałam przed wszystkim, nie tylko przed mamą. W tamtym okresie awanturowała się bez przerwy, ale to było bardziej skomplikowane. Nie chce mi się o tym mówić, nie wszystko zawsze jest jednoznaczne. Po prostu uciekłam z domu.

Pani Lidia śpiewała ci w dzieciństwie kołysanki po rosyjsku?

– Śpiewała, ale nie kołysanki – po prostu piosenki. Nie znała kołysanek. To nie były też żadne ludowe melodie. Śpiewała mi: „Tiomana nocz”.

Schowany sekret

Moja mama słowem przez całe życie nie wspomniała o Andzie. O tym, jakie emocje nią targnęły, kiedy odeszła od mojego ojca, który porzucił ją właśnie dla Andy. Miałem zaledwie kilka lat. Anda, kiedy potem była z moim ojcem – odchodząc od niego i wracając – nigdy też o mojej matce nie wspominała, kiedy spotykaliśmy się choćby przy okazji wakacji w Warszawie. Zaczęliśmy o tym mówić po raz pierwszy przy okazji przygotowań do pogrzebu mojego ojca – mężczyzny mojej mamy i macochy, z którą razem w ostatnią podróż go odprowadzaliśmy. Wiedziałem tylko, że moja mama – niedługo po tym jak się urodziłem w Białymstoku (nie było go przy porodzie, bo jak jej mówił: był zajęty studiami w Warszawie ) – zrobiła ojcu pewnego razu nalot w warszawskim akademiku, gdzie go zastała z Andą.

– Twoja mama po prostu weszła do pokoju, próbowała mnie zlekceważyć i zaczęła rozmowę z twoim ojcem. Wyszła po tym, jak twój ojciec powiedział, że mnie kocha. Ja wyszłam zaraz po niej – relacjonuje mi ten moment teraz.

– Spotkałaś się potem kiedyś z moją mamą?

– Nigdy, ale coś tam do mnie o niej dochodziło.

Moja mama zmarła w 2002 r. Wśród jej najważniejszych, tajnie skrytych dokumentów natrafiłem na złożony na cztery, wycięty z jednego ze starych magazynów „Wyborczej” reportaż o Andzie z kilkoma jej zdjęciami, na których prezentuje się fantastycznie, w bardzo stylowym otoczeniu ówczesnego mieszkania.

– Nigdy o niej źle nie myślałam – zapewnia Anda, kiedy wspominam o tym sekrecie mojej mamy.

– Twoja mama wydawała mi się zawsze bardzo dzielną osobą, która naiwnie uwierzyła twojemu ojcu. Zbyt wiele nie wiedziałam wtedy o twojej mamie i nigdy o nią nie pytałam, bo uważałam, że nie należy. To był grunt, którego żadna z nas nie dotykała. Wtedy, po wyjściu z tego pokoju w akademiku, wróciłam do twojego ojca dopiero po około roku. W tym czasie nic się nie zdarzyło w związku twojej mamy z twoim ojcem. A ja miałam poczucie winy, wyrzuty sumienia.

Nie byłam dobrą matką

Mateusz zaginął w tajemniczych okolicznościach w 1997 r. Po latach poszukiwań Anda ponownie go pochowała. Kiedyś pojawił się Białymstoku – w domu, w którym mieszkałem z mamą i babcią. Kiedy stanęliśmy obaj w drzwiach, babcia poczerwieniała i natychmiast kazała mu wyjść. Kiedy opowiadam o tym Andzie, konstatuje krótko:

– Babcie tak mają.

– Ale pani Lidia, jak u niej byłem w Legnicy z Mateuszem, dopieszczała mnie chyba bardziej niż Mateusza. Nawet jakieś pieniądze mi wręczyła, kiedy odjeżdżaliśmy – przypominam sobie.

– Moja mama – pewnie tak, jak twoja babcia – nie miała dobrego zdania o waszym ojcu. Pewnie uznała, że jesteś tak samo krzywdzony przez niego jak Mateusz. To był taki rodzaj empatii dla krzywdzonych dzieci.

– A pani Lidia uczyła cię, jak być dobrą matką? – pytam Andę pod koniec naszej rozmowy.

– Nie. Uważam, że nie byłam dobrą matką. Mateusz mi kiedyś powiedział, że wolałby, żebym stała w kuchni przy garach, była taką zwykłą kobietą. Wyraził projekcję, jaką chciałby mieć matkę. Ja taką matką nie byłam.

Anda Rottenberg, była dyrektorka Zachęty, w antyhejtowej koszulce nagrodzonej w konkursie przeciw mowie nienawiści Anda Rottenberg, była dyrektorka Zachęty, w antyhejtowej koszulce nagrodzonej w konkursie przeciw mowie nienawiści  Fot. Bartosz Bobkowski

***

Anda – Anda Rottenberg (urodzona 23 kwietnia 1944 r. w Nowosybirsku), historyczka sztuki, krytyczka, kurator sztuki, publicystka. W latach 1991-92 pełniła funkcję dyrektorki departamentu sztuki w Ministerstwie Kultury i Sztuki. W latach 1993-2001 była dyrektorką Państwowej Galerii Sztuki "Zachęta" w Warszawie. W latach 1991-93 kierowała Galerią Mazowiecką w Warszawie, a w latach 1992-93 Centrum Sztuki Współczesnej Sorosa. Do 2007 r. była przewodniczącą rady programowej Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie. W 1998 r. została przewodniczącą Fundacji Instytutu Promocji Sztuki. Jest członkinią Międzynarodowego Stowarzyszenia Krytyków Sztuki (AICA). Wielokrotnie obejmowała funkcję kustosza polskiego pawilonu na międzynarodowych wystawach, m.in. na biennale w Wenecji, Stambule, Sao Paulo. Była m.in. kuratorką wystawy o relacjach polsko-niemieckich w sztuce: „Obok. Polska-Niemcy. 1000 lat historii w sztuce”, zorganizowanej w 2011 r. przez Martin-Gropius-Bau w Berlinie i Zamek Królewski w Warszawie.

Odznaczona m.in. Krzyżem Komandorskim i Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski. Wydała kilka książek poświęconych sztuce, w tym „Przeciąg: teksty o sztuce polskiej lat 80.” i „Sztuka w Polsce 1945-2005” oraz autobiograficzną „Proszę bardzo”.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.