Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Monika Kosz-Koszewska: Objął pan stanowisko dyrektora Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego miesiąc temu, wcześniej od września pełnił pan te obowiązki, a przez lata pracował pan jako zastępca dyrektora do spraw administracyjno-finansowych. Jesienią minionego roku mówiło się, że szpital jest w złej sytuacji finansowej. Rektor Uniwersytetu Medycznego w Białymstoku prof. Adam Krętowski alarmował wręcz o sytuacji grożącej bankructwem i o długu rzędu 40 mln zł. Teraz jest pan już dyrektorem i ze strony szpitala wychodzi informacja, że nie ma on zadłużenia. To jak to jest z tymi długami?

Marek Karp: – Najpierw kwestie porządkujące. W skrótach myślowych, które funkcjonują w języku medialnym miesza się trzy pojęcia: zobowiązanie, dług i strata. Pewnie po to, by przekaz był klarowniejszy dla czytelnika czy słuchacza używa się tego zamiennie, czyli niewłaściwie.

Czyli z czym jako szpital tak naprawdę kończyliście ubiegły rok, jeśli chodzi o finanse?

– W momencie, kiedy pojawiały się tamte informacje, zobowiązania, czyli, coś, co wymaga spłaty w odpowiednim terminie, była to wartość 40 mln zł.

Wieka kwota...

– Zobowiązania to jest to coś, co muszę zapłacić dostawcom usług i pracownikom za dostarczone elementy funkcjonowania szpitala. Rzeczą o wiele jeszcze gorszą natomiast jest dług. A dług, to jest zobowiązanie, które jest przeterminowane, czyli sytuacja, w której dany podmiot ma problemy płatnicze i nie reguluje tych zobowiązań.

Czy więc szpital faktycznie kończył miniony rok z jakimś wielkim długiem? Władze uczelni, które nadzorują szpital, mówiły wtedy o bardzo złej sytuacji. Czy to miała byś presja na NFZ, aby uregulował zobowiązania wynikające z nadwykonań, czy był jakiś inny cel?

– Jesienią 2016 zobowiązania faktycznie wynosiły około 40 mln zł. Mówiło się wtedy o ponadlimitach, które nie były opłacane. Po kilku miesiącach, pod koniec roku 2016 sytuacja się zmieniła. Elementem faktycznym, który miał na to wpływ, było między innymi uwolnienie rezerwy przez ministra zdrowia – 500 mln zł i zapłata przez podlaski NFZ tak zwanych ponadlimitów, czyli świadczeń, które nie były opłacone w kontrakcie. A jak fundusz dodatkowe pieniądze płaci szpitalowi, to od razu ma to wpływ na wynik finansowy. Gdyby nie ten ruch i różne działania wewnętrzne w mniejszej skali, to sytuacja byłaby dramatyczna. Podsumowując, żeby było jasne – rok 2015 szpital zamknął stratą 15 mln zł, czyli była to ujemna różnica między przychodami a kosztami. Rok 2016 szpital zamknął stratą już tylko 0,9 mln zł. I to jest ta dynamika, która miała miejsce, czyli jest poprawa finansowa.

A jak to się stało, że w szpitalu nagle pojawiły się premie?

– Właśnie na skutek tego, że poprawa finansowa była zauważalna, bo efektywność pracy wzrosła, dlatego podjąłem decyzję o wypłacie nagród za 2016 rok. Zespoły, które przyczyniły się realnie do tej poprawy dostały dodatkowe pieniądze. To samo jest w tym roku, po pierwszym kwartale.

Ile pieniędzy poszło na te nagrody?

– Nie będę się wypowiadał co do poziomu, bo nie powinienem tego mówić. Ważne, że te pieniądze trafiły do ludzi. Istotne z punktu widzenia podmiotu, którym zarządzam jest to, że zafunkcjonował system motywacyjny, który wprowadziłem. Powiedziałem jednostkom organizacyjnym: wprowadzajcie mechanizmy, które racjonalizują koszty, starajcie się maksymalizować przychody, jeżeli wasz wynik finansowy – czyli kwartał tego roku do kwartału roku ubiegłego będzie lepszy, to 50 procent zmiany trafi do zespołu. Czyli dzielę się efektywnością. 14 klinik za pierwszy kwartał wypracowało już wartości dodatnie i będą znowu nagrody. Są dwie ścieżki regulacji wynagrodzeń, a więc poziomu zadowolenia pracownika. Pierwszym jest system motywacyjny, który jest kwartalny, czyli efektywność jest powiązana wymiernie z wynagrodzeniem, a drugi element to będą regulacje systemowe.

A czy w systemie motywacyjnym każdy z pionu, który wypracował poprawę, dostaje premię? I lekarz, i pielęgniarka?

– Jednostka organizacyjna dostaje sygnał, że jest pula nagród w jakiejś wysokości. Nie każdy musi dostać, i nie każdy musi dostać w takiej samej wysokości.

Nowy SOR w szpitalu uniwersyteckimNowy SOR w szpitalu uniwersyteckim AGNIESZKA SADOWSKA

Kto o tym decyduje?

– Kierownik jednostki, bo jest to system motywacyjny Nie wszyscy pracują jednakowo Kierownik będąc na miejscu, codziennie wie, kto w jaki sposób przyczynił się do sukcesu, kto zaangażował dodatkowy czas pracy, swój potencjał, kto kogo zastępował, czy ktoś miał jakieś pomysły, które wpłynęły na tę jednostkę. Ja tej wiedzy nie mam Byłoby błędem, gdybym ja ręcznie sterował poziom wynagrodzenia każdego pracownika Tu jest 2,5 tys. etatów – 3 tys. osób.

Mimo premii, które trafiły do niektórych, ale nie do wszystkich, dalej są prośby o regularne podwyżki. Przez lata była mowa o potrzebie zaciskania pasa. Więc pytanie, czy kiedy pan od miesiąca piastuje już regularnie funkcję dyrektora, jest szansa na poprawę w zakresie stałych pensji?

– Oczywiście, że jest. Program naprawczy tego szpitala zakłada regulacje wynagrodzeń. Nie mówię o podwyżkach, bo to zawsze będzie rozumiane – wszystkim, w równej proporcji. A to jest błędne założenie, bo ja pieniędzy nie rozdaję, tylko stwarzam warunki, by ktoś się odnalazł w mechanizmie i jeśli zasłuży swoją pracą, to będzie lepiej wynagradzany. Są pewne mechanizmy, które są teraz w trakcie uzgadniania ze związkami zawodowymi. Wszystkie grupy zawodowe w tym szpitalu muszą być objęte regulacją wynagrodzeń, czyli mówiąc kolokwialnie podwyżką. Jednak nie wszyscy na raz, każdy musi swoje odczekać. Jest to zaproponowane związkom zawodowym po to, by żadna grupa nie rościła sobie nieuzasadnionych pretensji co do czasu. Opracowałem siatkę relacji wzajemnego wynagrodzenia na stanowiskach od pielęgniarki, po lekarza, przez pion techniczny i pracownika gospodarczego.

I kto dostanie lepsze wynagrodzenia pierwszy?

– Chcę to uzgodnić ze związkami, ale uważam, że w pierwszej kolejności powinna grupa lekarzy specjalistów, którzy mają niskie wynagrodzenia. I ja mówię, że od 1 stycznia 2018 roku będzie to nie mniej niż 4100 zł wynagrodzenia zasadniczego A do tego czasu jest jeszcze system połówkowy, czyli od lipca podwyższę wynagrodzenie o 50 proc różnicy pomiędzy aktualnym wynagrodzeniem, a docelowym 4100 zł. Drugą grupą będą np. technicy diagności i radiolodzy, o nich nikt nie walczy, nie pamięta, ta grupa nie ma takiej reprezentacji, jak pielęgniarki.

To kiedy w końcu przyjdzie kolej na pielęgniarki, których dzień przypada właśnie 12 maja, kiedy rozmawiamy? Co może im pan obiecać z okazji ich święta?

– To będzie wymagać uzgodnień z organizacjami związkowymi. W moim przekonaniu, w związku z tym, że pielęgniarki zatrudnione na etat mają dodatkowe źródło finansowania, czyli „4x400 zł” na mocy ustawy, które wygasa z końcem sierpniu 2019 roku, to ja proponuję, by regulację wynagrodzeń odłożyć do tego momentu.

Czyli mają jeszcze czekać ponad dwa lata.

– Tak, proponuję, żeby poczekały, a w zamian za to, czyli za zrozumienie sytuacji, podwyżka będzie polegała na tym, że aktualny dodatek się włączy się do zasadniczego wynagrodzenia. To będzie realna, duża podwyżka rzędu kilkudziesięciu procent.

W tej chwili średni wiek pielęgniarki to jest ponad 50 lat. Co zamierza pan zrobić, aby młode osoby, chciały pracować w tym ciężkim zawodzie właśnie w tym szpitalu?

– Pielęgniarki to jest grupa zawodowa, która wykazuje się dużym zaangażowaniem w procesie opieki nad chorymi, dlatego też według mnie wymaga szczególnego podejścia. Pewnie wszystko kończy się na pieniądzach. Ja ze swojej strony podjąłem decyzję taką, że m.in. pielęgniarki będą mogły liczyć na środki ze szpitala na podniesienie kwalifikacji. To też jest duży ciężar finansowy dla pielęgniarki, aby szkolić się z własnych pieniędzy. Dlatego też tworzę fundusz szkoleniowy, który obejmie różne grupy zawodowe, właśnie po to, by je zatrzymać. Rozmawiałem ostatnio z Izbami Pielęgniarskimi, aby zainteresować się pielęgniarkami, które robią specjalizację w USK. Czyli pielęgniarki z innych szpitali, które odbywają w naszym szpitalu specjalizację, mogłyby tu zostać. Wbrew pozorom okazuje się, że gdy tak dobrze wsłucha się w głosy środowiska, to praca jest wszędzie niemalże taka sama i nie zawsze niewiele większe wynagrodzenie jest elementem, który decyduje o zmianie miejsca pracy. Być może decydują też sprawy interpersonalne, relacje wewnętrzne, to, że rzeczy, które wykonuje pielęgniarka, powinien tak naprawdę wykonywać np. opiekun medyczny lub pracownik socjalny.

Właśnie, pielęgniarki nie narzekają tylko na płacę, ale też na to, że jest ich często za mało do ilości zadań i pacjentów. Każdy chciałby pracować stabilnie i być za to godnie wynagradzanym. Ile u was zarabia pielęgniarka z tą najniższą pensją, bo podając średnią zawsze wyjdzie powyżej 3000 zł?

– Najmniej zarabiająca pielęgniarka ma w tym szpitalu około 2400 zł brutto. Taki jest poziom wyjściowy. Ale mówimy o pielęgniarce, która nie jest w tym systemie dofinansowania zewnętrznego „4x400 zł” z NFZ. Fundusz daje dodatkowe pieniądze, te ministerialne na określoną liczbę etatów. Ta liczba etatów jest zgłaszana do września każdego roku i one otrzymują już te dodatkowe dofinansowanie. Jeżeli do pracy przychodzi osoba, która nie była zgłoszona do funduszu, nie jest uwzględniona w tym miesiącu i nie otrzymuje dodatkowych pieniędzy. Ale w następnym okresie będzie już zgłoszona. Sytuacja jest więc taka, że zaczynająca pracę pielęgniarka ma te gołe 2400 zł, dopóki nie dostanie dodatkowego 1200 zł, a wtedy ma już 3600 zł. Wiec realnie najniższe to jest 2400 zł, ale to trwa krótko. Takich pielęgniarek jest w szpitalu niewiele.

BanknotyBanknoty FRANCISZEK MAZUR

W tym kontekście muszę więc pana zapytać, dlaczego pan zarabia tak dużo?

– A ile pani zdaniem?

Kontrakt mówi o 26 tys. zł miesięcznie, co w kontekście podlaskiego rynku pracy jest stawką większą niż u niektórych prezesów sporych firm, a przeciętnemu mieszkańcowi miasta wydaje się horrendalnymi zarobkami.

– Kontrakt menedżerski, który mam podpisany, opiewa na 26 tys. 400 zł brutto brutto. Trzeba zrozumieć, co to jest „brutto brutto”, to jest pełen koszt. Jeżeli od całej kwoty odejmiemy podatek, pełną składkę ZUS-owską, to moje wynagrodzenie netto, które do mnie trafia, jest rzędu 15,5 tys. zł. Nadal horrendalne?

Nadal bardzo dobre.

– Dodam, że kontrakt menedżerski jest obarczony ryzykiem odpowiedzialności majątkowej – majątkiem własnym? To nie jest stosunek pracy, gdzie się odpowiada tylko do trzykrotności wynagrodzenia – tu chodzi o majątek własny do pełnej wysokości.

Ale jakie jest prawdopodobieństwo i sytuacje, w których może pan stracić majątek własny?

– W przypadku zadziałania na szkodę firmy. Jak lekarz, jeśli w trakcie swojej działalności spowoduję błąd w sztuce, to ponoszę odpowiedzialność z tego tytułu. Zarządzam szpitalem, którego roczny budżet to 330 mln zł. Fakt – za każde pozyskane 100 tys. zł miesięcznie w tym szpitalu, płaci mi on 3 zł. Dysponuję środkami publicznymi i jestem pod obstrzałem wszystkich służb, czyli odpowiedzialność jest za każdą wydaną złotówkę. Są notoryczne kontrole, specyficzne przetargi i postępowania, które dotyczą majątku dużej skali.

Dodajmy jednak, że pana stawka jest wyższa, niż poprzedniego dyrektora.

– Ja nie różnicuję tego, to jest zawsze kwestia umowy, która wiąże dwie strony. Poprzedni dyrektor nie miał umowy kontraktowej i nie odpowiadał swoim majątkiem.

Do czego więc się pan zobowiązał w tym kontrakcie menedżerskim, jaki efekt ma szpital uzyskać pod pana sterami?

– Ten szpital ma być najlepszym szpitalem w kraju i to nie są mrzonki. Są takie możliwości, jest taki potencjał. Jeżeli chodzi o infrastrukturę i sprzęt, to już to mamy. Jeżeli chodzi o poziom finansowania, jesteśmy w pierwszej dziesiątce w kraju. Teraz trzeba zapewnić stabilność kadry, aby była to ta perełka, o którą walczymy. Czyli w pierwszej kolejności chcę zatrzymać trend odpływu specjalistów i powiedzieć im: „specjaliści, wracajcie do mnie, bo u mnie warto”. Czyli mam zadanie postawione przez rektora UMB takie: pacjent ma być zadowolony, pracownik ma być w pełni zadowolony, sytuacja ma być zbilansowana. I to jest ogień z wodą, ale to jest możliwe

To jest zadanie na 6 lat? Na tyle opiewa pana kontrakt.

– Tak, na 6 lat, a w pierwszej perspektywie, w ciągu dwóch najbliższych lat, muszę ustabilizować sytuację finansową. Tak, aby to, co było w 2015 roku, już się nie powtórzyło. Oczywiście wiele zależy od systemu, przed którego zmianą stoimy – czyli sieć szpitali, która coś nam mówi, ale nie dopowiada.

Spodziewa się pan po tym pierwszym roku minimalnej straty czy może minimalnego zysku?

– Ja bym chciał ten rok zamknąć jak najlepiej. Nie wiem, jak się w tym wszystkim odnajdzie fundusz zdrowia, który jest tu czynnikiem najistotniejszym. Czy ustawa o sieci szpitali w październiku przyniesie zmianę budżetu? Tego nie wiem ja, ani nikt. Teraz szpital ma kontrakt do czerwca, w poniedziałek jestem umówiony na rozmowę z dyrektorem funduszu dotyczącą sposobu zapłaty za świadczenia, które są jeszcze w tym okresie. Zadam pytanie, czy może on wie, jakie będą mechanizmy mówiące o przyszłym półroczu. Jak mi coś powie, to będę wiedzieć więcej. Chciałbym ten rok zamknąć wynikiem pozytywnym, a w moim przekonaniu jest to wynik lepszy, niż w ubiegłym roku.

A jeśli chodzi o czynnik ludzki, spodziewa się pan jakichś protestów, pikiet, objawów niezadowolenia z warunków pracy?

– Ja jestem takim dyrektorem, który chodzi i rozmawia z ludźmi. Moim zadaniem jest identyfikowanie i rozwiązywanie problemów zanim osiągną rozmiar zorganizowanego protestu. Oczywiście nie wiem, co zrobią centrale jakichś organizacji związkowych, ale liczę, że moi pracownicy są rozsądni. Przez te kilkanaście lat, kiedy jestem w tym szpitalu, wykazywali się zrozumieniem pewnych procesów i liczę na to, że to będzie zachowane. Dlatego chcę rozmawiać ze wszystkimi związkami zawodowymi naraz, bo tak naprawdę wszyscy jesteśmy jednym, choć bardzo złożonym organizmem. Jeśli dana grupa w sposób siłowy przeforsuje swoje rozwiązanie, to znaczy, że inna grupa na tym straci.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.