W najbliższy poniedziałek przypada Dzień Bibliotek i Bibliotekarza i przyznam się, że to był jeden z pierwszych zawodów, które mnie fascynował.
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Fascynacja pojawiła się pewnego dnia, gdy na szkolne podwórko zajechał autobus marki jelcz przerobiony na bibliobus, który dowiózł do nas książki, jakich brakowało nam w skromnych zasobach szkolnej biblioteki, na którą nie zwracałem większej uwagi. Dopiero ten zestaw „pyrkający autobus – trochę wilgotny, trochę drewniany zapach książek” zrobił na mnie wrażenie. Pamiętam nawet, że wypożyczyłem wtedy książkę „Dar rzeki Fly”, książkę o przygodach szwedzkiego detektywa Ture Sventona oraz obliczone na dłuższe czytanie: powieść Karola Maya o przygodach Indianina Winnetou i zapomnianą chyba przez wszystkich powieść „Duch puszczy” (i nie chodzi o tego z Puszczy Knyszyńskiej; to była zupełnie inna historia).

Parę lat później mój ojciec, który był dyrektorem mojej szkoły podstawowej uznał, że jestem wystarczająco dojrzały, by w ramach uczniowskiej aktywności (przydawała się wtedy, gdyż wstępowało się do liceum bez egzaminu i każdy drobiazg się liczył; oczywiście nie przydało się, dla mojego rocznika wprowadzono na nowo egzaminy wstępne) prowadził szkolną bibliotekę.

To był dobry wybór. Po pierwsze dlatego, że wtedy przeczytałem już wszystkie książki z biblioteki, po drugie dlatego, że znałem wszystkich moich szkolnych kolegów, wiedziałem, kto lubi czytać i w czym gustuje, kto czyta tylko lektury, a kto wypożycza książki dla świętego spokoju, gdyż poziom czytelnictwa liczył się wtedy do oceny za sprawowanie ucznia. Zdarzało mi się dla zachęty czytać kolegom i koleżankom co ciekawsze fragmenty książek, o których uważałem, że im się spodobają. Zaangażowałem się do tego stopnia, że jeździłem razem z ojcem po księgarniach robić zakupy dla szkoły i udawało nam się zdobyć książki naprawdę ciekawe i zachęcające do dalszej zabawy w czytanie, jedną ze zdobyczy, z której jestem naprawdę dumny było odkrycie książki „Moje drzewko pomarańczowe”, którą nakazałem ojcu kupić po przeczytaniu pierwszych pięciu zdań, a która okazała się wielkim hitem naszej biblioteki. Nieskromnie powiem, że przez dwa lata mojego prowadzenia szkolnej biblioteki poziom czytelnictwa mocno wzrósł. Jeszcze bardziej nieskromnie napiszę, że najważniejsza okazała się atmosfera – chłopak zafascynowany czytaniem stara się zafascynować swoich przyjaciół, po niektórych to spłynie jak woda po kaczce, ale niektórym się spodoba.

Ilekroć korzystałem z bibliotek, zawsze przychodziła mi na myśl ta atmosfera właśnie. Panie bibliotekarki wszędzie z czasem rozpoznawały mój gust, zostawiały mi książki do czytania, patrzyły przez palce na moją skłonność do spóźniania się ze zwrotem tychże. Dziś gdy odwiedzam biblioteki mam wrażenie, że jestem w jakimś dziwnym odhumanizowanym świecie, a już do szału doprowadzają mnie elektroniczne karty biblioteczne, które prawie całkowicie odcinają mnie od bibliotekarzy. A może bibliotekarz powinien być jak porządny rzeźnik tyle, że zamiast „wspaniała krzyżowa i świeżutki schabik” mówi: „mam nową Tokarczuk i jeszcze tę u nas nagrodzoną książkę o bieżeństwie dorzucę. Delicje”. Nie wiem, może i tak. Wiem zaś, ze wypełnianie papierowego rewersu to były kiedyś emocje. Pamiętam, gdy w uniwersyteckiej bibliotece wypisałem rewers na „Blaszany Bębenek”, a bibliotekarka po przeczytaniu go roześmiała się i skomentowała „myślisz, że to jest dostępne, naiwny jesteś”. Parę minut później przyszła z książką i wyjaśniła „Grass już nie jest tak popularny jak przed rokiem”. I potem zawsze mi pod ladę odkładała coś ciekawego.

Dziś to raczej książki czekają na czytelników. I mam wrażenie, że jest to jedna z przyczyn tego, że ludzie mniej czytają, rzadziej korzystają z bibliotek. Książka była kiedyś pożądanym owocem, miała w sobie tajemnicę, była przedmiotem pożądania. Dziś czytają głównie ci, którzy się czytaniem fascynują albo ci, którzy muszą.

Jak przywrócić dawną magię? Jak sprawić, by czytanie było znowu fantastyczną przygodą? Oto jest pytanie. Zwłaszcza, że już nie ma bibliobusów, a jeśli, to klimatyzowane, a wtedy zapach książek znika. To obniża magię.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej
    Komentarze
    Zaloguj się
    Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem