Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Daniel i Aleksandra Mizielińscy wprowadzili kompletnie nową jakość do literatury dziecięcej. Duet grafików jest dziś znany na całym świecie – ich bestsellerowy atlas obrazkowy „Mapy” można znaleźć w najbardziej prestiżowych księgarniach świata. Twórcy krojów pisma i gier (gry to połowa działalności Mizielińskich, Daniel Mizieliński uczy projektowania gier na ASP, w tej dziedzinie zrobił też doktorat) projektują własne książki, rysują też do innych tekstów. Stworzyli m.in. serię „Mamoko”, „Pod ziemią/Pod wodą”, „Jeden dzień”, „Ale patent. Księga niewiarygodnych wynalazków”, specyficzny przewodnik po architekturze „D.O.M.E.K.”.

Rozmowa z Danielem Mizielińskim, współtwórcą bestsellerowych książek dla dzieci

MONIKA ŻMIJEWSKA: Wasze „Mapy – obrazkowa podróż po lądach, morzach i kulturach świata” to fenomen. Absolutny polski hit wydawniczy – 3 miliony egzemplarzy wydane w kilkudziesięciu krajach, mnóstwo nagród i wyróżnień, w tym umieszczenie „Map” w 2013 roku przez „New York Times” na liście najpiękniejszych książek dla dzieci. Jak to się robi? To kwestia pomysłu, dobrego momentu?

DANIEL MIZIELIŃSKI: Myślę, że pomysły są przeceniane. Rzecz nie w samym pomyśle. Bo przecież nie każdy pomysł, jaki się zrodzi w głowie autora, od razu musi być interesujący. Chodzi o to, by przekazać go w interesujący sposób. Czy decyzja, by zrobić mapy jako takie to tak naprawdę jakiś nadzwyczajny pomysł? Nie. W końcu mapy drukowane są od wieków. Ale my stwierdziliśmy, że możemy to zrobić lepiej. I się udało.

Tyle że wasze „Mapy” to mapy zupełnie innego rodzaju: mnóstwo detali, mnóstwo rysuneczków, oznaczonych obiektów, postaci, kulinariów, zabytków, zwierząt, roślin. Nie sposób ich wszystkich policzyć. Ile tam jest ilustracji?

– W pierwszym wydaniu z 2012 roku, gdzie było łącznie 51 map 42 krajów, umieściliśmy ponad 4 tysiące ilustracji. Potem w kolejnych wydaniach doszło 1,5 tysiąca kolejnych obrazków. Tak więc teraz to około 5,5 tysiąca ilustracji. Najnowsza limitowana polska wersja ze wszystkimi dotychczas wydanymi mapami zawiera już 67 map.

Dorysowywanie wynika z powodów marketingowych?

– Jeśli jedziemy z „Mapami” do kraju, którego wcześniejsze wydanie „Map” nie obejmowało, to jasne jest, że wypadałoby je dorysować. Pierwsze wydanie „Map” obejmowało 42 kraje, w następnych latach dorysowaliśmy 16. Czyli obecnie „Mapy” obejmują 58 krajów. I ciągle dorysowywane są kolejne.

I wywołują sporo emocji. Podobno Węgrzy się na „Mapy” obrazili, gdy na jakichś targach książki zobaczyli, że nie uwzględniały ich kraju.

– Nie byłem przy tym, ale doszły nas słuchy o takim zgrzycie. Może nie było do końca tak, że się na nas obrazili; byli zawiedzeni. Muszę przyznać, że ludzie bardzo osobiście podchodzą do faktu, że w „Mapach” nie ma ich kraju. To było wyraźne np. w recenzjach na Amazonie. Sporo Irlandczyków było oburzonych faktem, że nie narysowaliśmy ich kraju. To się co jakiś czas nam przytrafia. Jedna pani napisała do nas z wyrzutem – jeszcze przy pierwszym wydaniu – że w książce brakuje tylko ośmiu krajów i nie ma Węgier. Co też nie było prawdą, bo wszystkich krajów jest przecież prawie 200. Oczywiście chcielibyśmy umieścić wszystkie kraje na mapie, ale to jest po prostu niemożliwe. Gdybyśmy podjęli takie wyzwanie, to zapewne tworzenie „Map” trwałoby z 10 lat. Pewnie dalej byśmy rysowali i rysowali, a „Map” pełnych i tak nadal byśmy nie wydali. Musieliśmy się na coś zdecydować, z czegoś wybrać.

Ale są też reakcje w drugą stronę. Polacy cieszą się z faktu, gdy widzą „Mapy” w zachodnich księgarniach, w najbardziej prestiżowych galeriach na całym świecie, np. w Tate Modern.

– Dostajemy dużo dowodów sympatii informujących, że ktoś widział „Mapy” w różnych krajach. Dużo osób przysyła nam zdjęcia mailem czy wrzuca na Facebooka. To jest bardzo sympatyczne. Chociaż z drugiej strony takie reakcje też wiele mówią o nas jako Polakach. Francuzi reagują zupełnie inaczej. Sprawdzają, kto jest autorem „Map” czy też każdej innej książki, która im się podoba, i mówią: „Hmm, to tej książki nie zrobili Francuzi?”. A reakcja Polaków jest najczęściej taka: „Wow! To tę książkę zrobili Polacy?”. Tymczasem polskie książki dla dzieci są bardzo doceniane na świecie mniej więcej od dekady. Naprawdę się liczymy. Może nawet bardziej za granicą niż w Polsce. Wydawcy wracają z targów z nagrodami. Na marcowych Targach Książki w Londynie wydawnictwo Dwie Siostry, z którym współpracujemy [wydawca „Map” i wielu książek Mizielińskich oraz innych polskich autorów książek dla dzieci], otrzymało tytuł Wydawca Roku – za ogromny wpływ nie tylko na polską, ale i międzynarodową branżę wydawniczą. Szacunek dla polskich wydawców książek dla dzieci za granicą naprawdę dużo znaczy. Tymczasem w Polsce to jednak ciągle nieśmiałe zaskoczenie, że możemy być tak doceniani.

Wasze „Mapy” to benedyktyńska robota. Ilość detali, opisów rysuneczków jest ogromna. Research musi być żmudny.

– Rzeczywiście research to ta część pracy, która zajmuje nam chyba najwięcej czasu. Wraz z rysowaniem pierwszych „Map” research zajął nam blisko trzy lata. Dokumentacja jest żmudna. Od niej musimy zacząć, dopiero później następuje rysowanie. Zależy nam na tym, by forma usprawniała komunikowanie treści. Ale nad tym trzeba popracować. Najpierw robimy dokument w Google Doc. Mamy pewien szablon. Gdy robimy nowy kraj, zaczynamy ten dokument uzupełniać wedle pewnych wcześniej przyjętych zasad. Dopiero potem zaczynamy rysować. Staramy się być dokładni i precyzyjni. Przyjęliśmy zasadę, że zawsze mamy trzy niezależne źródła na każdy umieszczony obrazek, weryfikujące zebrane przez nas informacje. To przy niektórych krajach ponad 360 źródeł. Np. miejsce występowania najbardziej zagrożonych gatunków fauny i flory sprawdzaliśmy na specjalnej Red List [Czerwona Księga gatunków zagrożonych publikowana przez Międzynarodową Unię Ochrony Przyrody (IUCN)]. Specjalnie do „Map” zaprojektowaliśmy dwa kroje pisma, nie musimy wszystkiego wpisywać ręcznie, ale nie dotyczy to już tytułów map w różnych językach. Przy tych bardziej skomplikowanych, np. azjatyckich, zajmuje to kilka dni.

Okładka książki 'Mapy' Daniela i Aleksandry MizielińskichOkładka książki 'Mapy' Daniela i Aleksandry Mizielińskich Materiały prasowe

W ciągu ostatnich lat zmieniały się też granice. Są też sporne terytoria, jak np. Krym, tereny przy granicy hindusko-chińskiej. Jak sobie z tym radzicie w zagranicznych wydaniach?

– Przyjęliśmy zasadę, że w przypadku każdego kraju granice przebiegają w takiej wersji, którą dany kraj sam uznaje. Krym w wydaniu rosyjskim nadal jest na Ukrainie, bo książka w Rosji wyszła wcześniej, a wydawca do tej pory nie wykazał ochoty na zmiany.

Zważywszy na wasz sukces, trudno uwierzyć, że na początku, gdy mieliście pomysły na swoje książki i szukaliście wydawcy, zamykano wam drzwi przed nosem. Potencjał Mizielińskich tak naprawdę dostrzegło chyba dopiero wydawnictwo Dwie Siostry, w którym zaczęliście od książki „D.O.M.E.K. – Doskonałe Okazy Małych i Efektownych Konstrukcji” – wielokrotnie nagradzany w Polsce i za granicą przewodnik po architekturze. Potem przyszły bestsellery: „Mapy” i seria „Mamoko”. A kiedy przyszło poczucie, że liczycie się na rynku, że jesteście osobowościami? Czy był taki moment?

– Nie myślimy o tym w kategoriach: jesteśmy osobowościami. My po prostu bardzo lubimy naszą pracę. Siedzimy sobie przed pięcioma monitorami i pracujemy. Nie zastanawiamy się nad tym, czy to, co robimy, rzeczywiście jest takie niezwykłe, czy nie. Nie mamy poczucia sławy. Unikamy wystąpień w telewizji. Na wykładach, na które czasem jeżdżę, opowiadam o problemach związanych z ogólnie pojętym projektowaniem. Prawdę mówiąc, publicznie jestem bardziej rozpoznawalny jako prowadzący wykłady dla studentów niż autor. Wolimy być z tyłu.

W sumie od studiów niewiele się zmieniło w naszym podejściu do pracy, i stylu pracy w sumie też. Nowe studio i tak przypomina kształtem i urządzeniem wnętrza ten nasz pierwszy pokój, w którym zaczynaliśmy pracować. To jest dalej jeden pokój. Tak więc przeskok nie był jakiś duży. Nie było jakiegoś takiego uczucia: wow, co za zmiana.

Ale sukces wydawniczy książek dał chyba poczucie większej stabilności?

– Prawdę mówiąc, zawsze, nawet gdy byliśmy na studiach i korzystaliśmy z jednego komputera, była w nas olbrzymia determinacja, że chcemy właśnie to robić: rysować książki dla dzieci, projektować gry. Tak naprawdę nigdy nie było w nas lęku. Mieliśmy poczucie właściwie od początku, że to ma sens i że się uda. Myśleliśmy w kategoriach: jesteśmy po dobrej uczelni. Robimy książki, robimy strony. Pieniądze, jak przyjdą, to przyjdą. To wszystko dało nam siłę, świadomość, że damy radę. I daliśmy. Oczywiście wiele rzeczy nam się pofarciło. Na rynek książki trafiliśmy w bardzo dobrym czasie. Teraz jest już inaczej. Sukces na rynku książek dla dzieci sprawił, że wiele osób chce robić to samo – co też nie jest do końca dobre, bo mają gotowy szablon, a tak być nie powinno. Ale to już inna kwestia. Faktem jest, że teraz jest trudniej niż w 2006 roku, gdy zaczynaliśmy my.

Wasze książki wyróżniają się charakterystycznym stylem – rysunki przypominają dziecięcą kreskę, mnóstwo kolorowych postaci, różne narracje, które przemycają wiele ciekawych informacji. Skąd wiecie, jak rysować dla młodego czytelnika?

– Nie wiemy. Wszelkie próby zdiagnozowania, jakie jest dziecko, czego potrzebuje, co mu się podoba, zazwyczaj kończą się brakiem wyników. Takie badania nie mają sensu. George Bernard Shaw powiedział kiedyś, że nie wolno dawać dziecku książki, której samemu nie chciałoby się przeczytać. I tak właśnie robimy. Projektując książki, w ogóle nie zastanawiamy się, czy spodobają się dzieciom. Robimy takie książki, jakie sami chcielibyśmy mieć.

Myślę, że najważniejsze jest to, by wiedzę przekazywać w sposób interesujący. Nie tak, jak zwykle bywa w szkole, która zwyczajnie zabija ciekawość świata i sprowadza wszystkich do wspólnego, najniższego mianownika.

Myślę, że plusem jest właśnie to, że my nie jesteśmy ekspertami w tematach, o których piszemy książki. Jesteśmy neofitami, którzy zachwycili się fragmentem wiedzy. I staramy się ten zachwyt przekazać dalej – w logiczny, ciekawie skomponowany sposób. W czasie zbierania materiałów np. do „Pod wodą/ziemią” zdobyliśmy całkiem solidną wiedzę. Mając smykałkę do opowiadania historii, chcemy tę wiedzę przekazać dalej. Pobudzić ciekawość, która spowoduje, że dzieci sięgną może dalej, głębiej. Charakter książki sprawia, że możemy wybrać to, co ciekawe, a co dla eksperta zajmującego się tematem od lat często jest już mało ekscytujące.

Szkoła to pamięciówka, zabija głód wiedzy. To najgorsze, co może być. Dzieci muszą się wiele niepotrzebnych rzeczy uczyć na pamięć, nie wiadomo po co. Przecież dziś każdy ma telefon i internet w kieszeni, wszystko można sprawdzić na bieżąco. Egzaminy powinny być tak skonstruowane, by sprawdzały nie tyle to, co ktoś zapamiętał, tylko to, czy ktoś umie myśleć. Chodzi o to, by nie dawać gotowych odpowiedzi. Chodzi o to, by dziecko czytało, przeglądało i chciało pójść dalej.

Do waszych książek – o różnych sferach życia, m.in.: świecie architektury, codziennym, podwodnym, podziemnym – zaglądają dzieci i rodzice, młodzież i studenci. Jak tłumaczycie sukces waszych projektów u odbiorców w każdym wieku?

– Dzieci są różne, rozwijają się na różnie. Mieliśmy w kolejkach do „Mamoko” i na spotkaniach autorskich dziewczynki, które miały 11-12 lat, choć książka teoretycznie przeznaczona jest dla dzieci o połowę młodszych. Ta książka po prostu na tym etapie im się spodobała. W przypadku „Map” jest jeszcze inaczej – one ciekawią wszystkich. Bo i wszyscy mamy wbudowaną ciekawość świata, lubimy ciekawostki. Już twórcy książek branżowych się nauczyli, że nawet w takich fachowych publikacjach powinno być dużo krótkich tekstów. A najlepiej na marginesach. Gdy przygotowywałem wirtualną platformę dla swoich studentów, sam się pilnowałem, by filmy nie były dłuższe niż kilka minut, by wiedzę przekazywać w nich w kawałeczkach łatwych do strawienia. Jestem w stanie pociąć ją na drobne małe fragmenty. Naprawdę wtedy łatwo ją przyswoić. Ale oczywiście nie działa to wszędzie. Zapewne ktoś, kto uczy się, pracuje w CERN, musi funkcjonować i przyswajać inaczej.

Nad projektami książek pracujecie we dwoje od samego początku. Same dorysowywanie „Map” jest bardzo pracochłonne. Czy wyobrażacie sobie, że mogłoby z wami pracować więcej osób?

– Nie sądzę. To nie miałoby sensu. Sama praca nad kontrolowaniem innych zajęłaby nam za dużo czasu i energii. Praca nad „Mapami” zajmuje nam jedną trzecią czasu, jaki poświęcamy pracy, mimo że map nie przełamujemy w innych językach, ale jedynie dorysowujemy ręcznie tytuły i tylko robimy korekty i akceptujemy gotowy skład. Pracujemy zdalnie z dziesiątkami wydawców, bywa, że są tarcia. Bardzo zależy nam na tym, by jakościowo wszystko grało. I tak musielibyśmy wszystko sprawdzić samemu. Więc chyba po prostu lepiej jest tak, jak jest. Z Olą poznaliśmy się na egzaminie wstępnym. Nasza edukacja przebiegała u tych samych osób. Myślimy podobnie, rozumiemy się bez słów. Tak nam się po prostu łatwiej pracuje. Mamy co prawda doraźną pomoc przy „Mapach” – pomaga nam dziewczyna, która zbiera informacje według schematu do poszczególnych krajów. To nam pomaga, trochę nas odciąża, ale w większym zakresie to raczej nie umielibyśmy pracować z większą liczbą osób. Pracujemy w domu, w dzień, w nocy, jak nam się podoba. Praca to nieodłączna część życia naszego życia, przenika się z innymi sferami. Trudno nam sobie wyobrazić, że ktoś w nich jeszcze uczestniczy. Chyba towarzyszyłoby nam wrażenie, że ktoś wchodzi do nas do domu o każdej porze.

Co ostatnio czytaliście?

– Ja ostatnio czytam więcej komiksów. Niedawno – „Outcast” Roberta Kirkmana; „Miss Marvel” – to historia muzułmanki z Nowego Jorku, która zamienia się w superbohaterkę. Ale też wydawnictwa Liu Cixin – gwiazdy chińskiego science fiction.

Chińskie science fiction jest ciekawe?

– Inne. Specyficzne. Choć nie wiem, czy pozycje Cixin są reprezentatywne dla gatunku, nie czytałem nikogo innego.

A Ola ostatnio przeczytała kryminały Jo Nesboe. Mówi, że wszystkie.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.