Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Blisko 50 pisarzy, prawie 30 spotkań autorskich, ponad 80 stoisk, warsztaty, premiery literackie... Przez trzy dni w operze działo się sporo. Z czytelnikami spotkali się m.in. Katarzyna Bonda, Filip Springer, Mariusz Szczygieł, Daniel Mizieliński, Natalia Fiedorczuk i wielu innych.

Nowością w tym roku było włączenie w program targów nietypowego koncertu, a właściwie słuchowiska muzycznego przygotowanego przez znanego reportera, autora książki „Projekt: prawda” i zespół Res Factum. Książka, z którą Mariusz Szczygieł gościł przed rokiem na targach i w której umieścił zbiór opowieści o życiowych prawdach różnych spotkanych rozmówców – „Projekt: prawda” – zyskała w pewnym sensie nowe – muzyczne – życie. Kilka opowieści bowiem zostało nagranych na płytę, czyta je autor, a do jego słów improwizuje znakomity zespół tworzący muzykę eksperymentalną. Projekt mógł wydawać się ryzykowny – czym innym jest smakowanie krótkich opowieści Szczygła podczas czytania, czym innym – słuchanie ich. A jednak okazał się strzałem w dziesiątkę. Szczygieł wybrał Białystok na premierę ogólnopolską swojej płyty i właśnie w ramach targów ją prezentował.

Prawda z klimatem

Wraz z muzykami zagarnął słuchaczy w świat znakomitej prozy i finezyjnej, świetnie oddającej emocje muzyki, czasem mrocznej, czasem przewrotnej. Szczygieł znów, podobnie jak przed rokiem, podczas promocji swojej książki, podbił serca uczestników targów. Czytał, gestykulując i przeżywając, swoje teksty, snuł opowieści czasem zabawne, a czasem pełne powagi, a w tle, choć niekiedy była też pierwszoplanowym bohaterem, towarzyszyła mu muzyka Res Factum.

Muzycy świetnie ilustrowali klimat „prawd” Szczygła, wręcz wydobywając z nich zupełnie nową jakość. Gładko przechodzili z orientalnych brzmień w przypadku opowieści o prawdzie z Laosu, przez kakofoniczne i humorystyczne zabawy dźwiękiem w przypadku opowieści o śrubeczce, która potrafi przynieść ulgę, po historię z pokładu samolotu lecącego do Nowego Jorku. Szczygłowi towarzyszyli znakomici muzycy – improwizatorzy – wokalistka i cytrzystka Nina Nu, wiolonczelista Mariusz Krzyżanowski, czy reżyser dźwięku i kompozytor ze Studia Eksperymentalnego Polskiego Radia – Tadeusz Sudnik. To niejedyne ich spotkanie z tekstem, do którego improwizują muzycznie – zespół występował już m.in. z Angeliką Kuźniak („Papusza") i Katarzyną Surmiak-Domańską („Mokradełko"). Teraz nagrali płytę ze Szczygłem i to był bardzo dobry pomysł.

Dzieci rodziły się śniade

Wcześniej Szczygieł wystąpił również w nietypowej roli, bo prowadzącego spotkanie z autorem książki „Wszystkie dzieci Louisa” – Kamilem Bałukiem. Również ta książka miała w Białymstoku ogólnopolską premierę. A wydało ją wydawnictwo współprowadzone przez Szczygła – Dowody na Istnienie.

To fascynujący reportaż o skandalu i wszelkich jego konsekwencjach, który wydarzył się w Holandii – po latach okazuje się, że prawdopodobnie dwie setki dzieci ma wspólnego ojca, a jedno z nich chce odnaleźć pozostałe. Tytułowy bohater książki to w połowie Surinamczyk, który dzieci począł, nie kontaktując się z ich matkami fizycznie, te zaś zostały oszukane – zamawiając sztuczne zapłodnienie chciały, by nasienie pochodziło od jasnego Holendra.

Bałuk studiował niderlandzki w Warszawie, bywał w Holandii, o historii przeczytał kilka lat temu w holenderskich gazetach.

– Tytuły tych tekstów były mocno tabloidowe: „Autystyczny Surinamczyk zapłodnił 200 Holenderek”, „Spermafera”, mniej więcej w tym stylu. Tymczasem w całej tej historii o człowieku, który chciał pozostawić po sobie jak najwięcej śladów w holenderskim społeczeństwie, było dużo więcej intrygujących wątków – mówił na spotkaniu Kamil Bałuk. – Początkowo myślałem, że to temat na mały reportaż, a ostatecznie wyszło 300 stron. Podchodząc do tematu miałem taką fantazję, że może Louis chce się w ten sposób zemścić za to, że jego przodkowie byli holenderskimi niewolnikami. Byłem przekonany, że siedzi w więzieniu, że w więzieniu jest też lekarz, który dokonywał tych zapłodnień i czasem też mieszał nasienie. Ale okazało się inaczej. Myślałem, że to jednak bardzo delikatny temat, że nikt nie będzie chciał ze mną rozmawiać. Tymczasem rozmowy okazały się łatwiejsze niż myślałem.

Bałuk rozmawiał z piętnaściorgiem dzieci Louisa z różnych matek, mieszkających w różnych miastach, zajmujących się różnymi rzeczami. Gdy kończył książkę, odnalazło się już około 40 dzieci. Wedle tego co szacuje sam Louis – spłodził blisko 200 dzieci w ciągu 17 lat. Pierwszej szóstce udało się odnaleźć poprzez telewizyjne show.

Wszystkie dzieci Louisa. To nie tylko opowieść o spermooszustwie [ROZMOWA]

Ojciec nie okazał się supermenem

Szczygieł: – Ta książka w przejmujący sposób dotyka najważniejszych spraw w życiu, m.in. bycia rodzeństwem, bycia dzieckiem. Pojawia się pytanie, czy ta więź jest bardziej biologiczna, czy jednak społeczna.

Bałuk: – Gdy dzieci Louisa zaczęły się odnajdywać, nagle okazało się, że mają wiele cech wspólnych. Np. wszystkie osoby mają loczki, krzywe zęby, wyjątkowo duży palec u nogi, problemy ze zdawaniem prawa jazdy. Cała ta sytuacja powodowała ogromne przewartościowanie tożsamościowe. Nagle w twoim życiu pojawiają się osoby, z którymi masz coś wspólnego, o których wcześniej nie miałeś pojęcia, a na które musisz w jakiś sposób w emocjach znaleźć miejsce. I to nie dotyczy kilku osób, a kilkudziesięciu. Problem w całej historii tej w niektórych przypadkach leży jeszcze głębiej. Okazało się, że lekarz mieszał nie tylko dokumenty, ale i nasienie. I już nie wiadomo było, w przypadku niektórych, kto jest czyim ojcem – mówił Bałuk. – A gdy już część dzieci Louisa odnalazła ojca, okazało się, że w wielu przypadkach ten biologiczny ojciec odbiegał od wyobrażeń. Jedna z bohaterek mojej książki miała bowiem wyobrażenie takie, że jej ojciec będzie supermenem, że ożeni się z mamą porzuconą przez męża – skądinąd wielu mężczyzn porzuciło swoje partnerki, gdy okazało się, że rosnącym dzieciom ciemnieje skóra. Tymczasem prawda okazywała się inna. Zderzenie z tym wyobrażeniem dla wielu było trudne – mówił Bałuk.

Z kolei Louis ma żal, że te dzieci po jego odnalezieniu wcale nie chcą się z nim spotykać, wolą ze sobą.

Szczygieł: – Bo on nawet nie pyta ich o problemy, samopoczucie, jest skupiony na sobie.

Bałuk: – To wynikało z jego zespołu Aspergera, choć w tamtych czasach nikt tego nie diagnozował. Louis nie ma wglądu w to, co czują inni, nie interesuje go to. Zawsze miał problem z wchodzeniem w związki, z nikim nie jest.

Katarzyna BondaKatarzyna Bonda AGNIESZKA SADOWSKA

Bonda w lesie o północy

Największe tłumy przyszły na spotkanie z Katarzyną Bondą, pochodzącą z Hajnówki autorką bestsellerowych kryminałów, która odnosi oszałamiające sukcesy w kraju i za granicą. Sala kameralna okazała się za mało – kilkadziesiąt osób stało przez ponad godzinę, słuchając swojej ulubionej autorki.

Katarzyna Bonda: Chcę dawać ludziom relaks [ROZMOWA]

Czytelnicy byli ciekawi m.in. tego jak robi dokumentację. Bonda znana jest z bardzo dokładnego researchu nim siądzie do pisania książki. Spotyka się z ekspertami od spraw, które porusza w swoich kryminałach. Gdy trzeba – są to wojskowi, entomolodzy, historycy.

– To najróżniejsze osoby. Często fascynujące. Prowadzą mnie przez te swoje światy. Czerpię z rzeczywistości, jestem trochę jak energetyczny wampir. Muszę zobaczyć, muszę poczuć. Pamiętam moment gdy pisałam finałową scenę do „Okularnika”, dziejącą się w lesie. Ona ma tylko pół strony. Ale za cholerę nie mogłam jej skończyć. Czegoś mi brakowało. Wsiadłam więc do samochodu, pojechałam o 1 w nocy do Hajnówki, weszłam do lasu. Bałam się potwornie, ale o to mi chodziło. By poczuć moment. I poczułam. Wróciłam i dokończyłam. Masa krytyczna zbierana jest do końca – mówiła Bonda. – Teraz, gdy jestem autorką bestsellerową, ta historia stanowi anegdotę i wszyscy się śmieją. Ale wtedy nie było mi do śmiechu. Bywało też inaczej. Gdy nie miałam samochodu i trzeba dojechać było w potrzebne mi miejsce autobusem. A czasem w takie miejsca autobus nie docierał... Trzeba mieć determinację i świra. I ja to miałam. Gdybym nie pojechała wtedy do lasu, ta scena byłaby inna. Mogłam ją napisać na zimno, siedząc za biurkiem. Ale ja tak nie potrafię. Trzeba też umieć zbierać dane. Gdybym nie była wcześniej dziennikarką, pewnie nie robiłabym tej dokumentacji. Nie byłoby we mnie tej presji i chęci. Możliwe, że gdybym nie była najpierw dziennikarką, to może nie byłabym pisarką?

Springer zachwycony i nie

W Białymstoku fanów ma też Filip Springer – reporter i fotograf, który bezlitośnie obnaża absurdy polskiej architektury, autor książek poświęconych przestrzeni i architekturze, m.in. „Źle urodzone. Reportaże o architekturze PRL-u", „Księga zachwytów” czy „Miasto Archipelag. Polska mniejszych miast”. Na spotkaniu opowiadał barwnie o architektonicznych pastelozach, paździerzach i gargamelach, wyśmiewał populistyczną manifestację inwestorów, którzy chcą często pokazać swoimi budynkami, że mają pieniądze. A nie myślą o kontekście.

– Podstawowym problemem w naszym kraju jest to, że nie ma spójnego myślenia o ładzie przestrzennym w projektowaniu miasta. Panuje krzyk, każda nowa inwestycja musi zaistnieć i przyćmić poprzednie. W przestrzeni zamiast ładu mamy chaotyczną mozaikę wszystkiego. Myślenie o spójności jest na szarym końcu – mówił Springer.

Polska mniejszych miast. Springer: Wiele się w tej podróży nauczyłem [ROZMOWA]

W „Księdze zachwytów” prowadzi czytelników po tym, co w Polsce piękne, ale po tym też co straszne. Umieścił w niej też trzy budynki z Białegostoku. To Opera i Filharmonia Podlaska, Centrum Nowoczesnego Kształcenia Politechniki Białostockiej oraz Spodki WOAK-u.

Zdaniem Springera w budynku opery pewne elementy oraz przepisywana im ideologia są nieco przerysowane. Skomentował też m.in. ażurowe elementy w budynku Centrum Nowoczesnego Kształcenia Politechniki Białostockiej. – Po sukcesie Pawilonu Polskiego w Szanghaju motyw wycinanki zawładnął polską architekturą. Nie zawsze wiadomo po co – mówił Springer. – Ten motyw przyjął się na prostym poziomie wizualnym. Wycinanką można ozdobić równie dobrze dworzec, galerię handlową czy bibliotekę, bez myślenia o kontekście. Wycinanka w białostockim budynku jest trochę na siłę. Na siłę odwołuje się do lokalności.

Spodobał mu się za to kosmiczny budynek białostockich Spodków. – Podoba mi się opracowanie przygotowane przez UwB, gdzie pada określenie „futuryzmu dożynkowego” w kontekście Spodków. Świetnie mówi o zakładanej tymczasowości, która przekształciła się w nietymczasowość – mówił Springer.

Spotkanie z Mirosławem Wlekłym prowadził Piotr BrysaczSpotkanie z Mirosławem Wlekłym prowadził Piotr Brysacz AGNIESZKA SADOWSKA

Kilka życiorysów Halika

W Białymstoku pojawił się też reporter Mirosław Wlekły, autor świeżo wydanej książki o słynnym nieżyjącym już podróżniku Tonym Haliku, którego programy telewizyjne prowadzone wraz z żoną, podróżniczką Elżbietą Dzikowską rozpalały umysły kilku pokoleń widzów w szarym PRL-u, żądnych podróży i przygód. Swoim życiorysem Halik mógłby obdzielić z dziesięć osób, tak był bogaty.

Wlekły, by zweryfikować fakty z życia, które Halik ubarwiał, jeździł po całym świecie, spotykał się z dziesiątkami osób.

– Gdy się książka już ukazała, mam wrażenie, że jeszcze bardziej go polubiłem, bo zszedł z piedestału. Stał się zwykłym człowiekiem – mówił Mirosław Wlekły podczas spotkania autorskiego. Więcej o jego książce i Tonim Haliku – wkrótce w Gazecie Wyborczej.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.