Szli przez checkpoint w Wadi Khaled, jak wszyscy. Stanęli w progu i powiedzieli, że nie mają żadnego schronienia. Rodzina z trójką dzieci, jedno naprawdę malutkie. Moja mama zdecydowała od razu: witajcie, rozgośćcie się.
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Georges Ali Saad ma 68 lat, w jednym z najstarszych miast świata – Byblos w środkowym Libanie, na wybrzeżu Morza Śródziemnego prowadzi sklep z pamiątkami. Jest chrześcijaninem.

Prowincja Akkar. Na terenie 4,5-milionowego Libanu mieszka ponad milion syryjskich uchodźców
Prowincja Akkar. Na terenie 4,5-milionowego Libanu mieszka ponad milion syryjskich uchodźców  Joanna Klimowicz

Według szacunków Biura Wysokiego Komisarza ONZ do spraw Uchodźców (UNHCR) od 2011 roku wojna, która wybuchała w sąsiedniej Syrii wygnała z domów co najmniej 5 milionów osób. Liban jest krajem najbardziej dotkniętym kryzysem uchodźców. W tym kraju, liczącym 4,5 mln mieszkańców, przebywa obecnie ponad 1,2 mln uciekinierów z Syrii.

Georges kręci głową: – Nie, jestem pewien, że mamy ich już 1,5 miliona. Wszyscy muszą żyć, jeść, wykarmić dzieci. Są gotowi pracować za dużo niższe stawki. Rozumiem to. Są w porządku, po prostu uciekają przed wojną, nie stanowią zagrożenia, nie przypominam sobie, żeby były jakieś wypadki związane z ich obecnością. Sam zresztą zatrudniam w sklepie Syryjczyka. Gdyby nie oni, to nie wiem co by było z naszym rolnictwem.

Georges Ali Saad. Byblos w Libanie
Georges Ali Saad. Byblos w Libanie  Joanna Klimowicz

Wojna w Syrii na pewno ma duży wpływ na Liban. Na to jak jest postrzegany, no i na kryzys. Teraz jest trudniej o pracę. Moja sytuacja też się pogarsza, bo jest mniej turystów. A zarabiać muszę. Mam rodzinę, troje dzieci. Syn, który studiuje we Francji, potrzebuje na utrzymanie 2,5 tysiąca euro miesięcznie. Rodzic musi pomagać, od tego jest.

Już prawie 50 lat tu pracuję, dokładnie w tym samym miejscu. Zawsze z turystami. Lubię rozmowy z nimi, lubię moją pracę. Wcześniej każdego dnia Byblos odwiedzało około tysiąca osób, bardzo dużo było grup z Polski, mówiłem im „dzień dobry”. Teraz już tak nie jest. A przecież jest tu co oglądać. Jak staniesz w tym miejscu, o tu, przed sklepem, to zobaczysz trzy pradawne symbole, patrz: krzyż wieńczący romański kościół, minaret i rzymskie kolumny. Wszystko w zasięgu wzroku. Chrześcijanie, muzułmanie, wszyscy żyliśmy tu od zawsze razem. Nie zmieniło tego 15 lat wojny, strasznej, kiedy brat zabijał brata. [Wojna domowa pomiędzy muzułmanami a częścią ugrupowań chrześcijańskich, która toczyła się w latach 1975-90, obróciła kraj w perzynę, pochłonęła ponad 800 tysięcy ofiar, a ponad 700 tysięcy opuściło kraj – red.]. Mimo wszystko jakoś się trzymamy.

Tutaj w Libanie zawsze mówimy: „katerher alla”, to znaczy dziękujemy Bogu za wszystko, co jest.

Czas mija, historia się toczy, a Liban wciąż jest stabilny, niezmienny. Wszystko w Libanie jest możliwe, potrzebujemy tylko pokoju.

**

Mohaawya el Zein ma 35 lat, jest stomatologiem po studiach na Ukrainie, ze specjalnością w chirurgii szczękowej, płynnie mówi po rosyjsku. Do kliniki podstawowej opieki zdrowotnej w Bire, w górzystym regionie Akkar (na północy kraju, tak blisko granicy z Syrią, że widać ją gdy wejdzie się na taras czy dach), prowadzonej od 2014 roku przez Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej przyjeżdża w poniedziałki i piątki, żeby leczyć ludziom zęby poniżej kosztów.

Mohaawya el Zein. Bire w Libanie
Mohaawya el Zein. Bire w Libanie  Joanna Klimowicz

– Mamy tu taką klinikę pierwszej pomocy, jeszcze nieoperacyjną, ale w przyszłości, kto wie... Pomagamy wszystkim i staramy się, żeby ceny były bardzo niskie, żeby każdego było stać na leczenie. 95 procent moich pacjentów to uchodźcy z Syrii, 5 procent z Libanu, ale też ludzie biedni. To nie ma znaczenia. Zawsze się staramy, żeby robota była przeprowadzona wzorowo, instrumenty i produkty mamy pierwszej jakości.

Do dziś nie spotkałem nikogo z Syrii, który by powiedział: nie stać mnie na to, żeby zapłacić. A pracuję nie tylko tu, ale też w Trypolisie, gdzie region jest jeszcze biedniejszy. Tam jest na odwrót – w większości przychodzą miejscowi, ubodzy ludzie, a rzadko syryjscy uchodźcy. Zawsze idzie się jakoś dogadać. Wszyscy lekarze pracujący w klinice mają takie podejście, bo dla nas to nie jest miejsce, gdzie można zarabiać kokosy. Raczej – pracować trzy-cztery godziny za niewielką, podstawową pensję. Jest co robić. Dziennie przychodzi kilka, kilkanaście, nawet do 20 osób. Nie wszystkich mam tu w zeszycie, bo czasem nie ma żadnego leczenia, nawet leków nie trzeba wypisywać. A ceny – o, proszę zobaczyć – czterech pacjentów, 25 dolarów.

Ci ludzie potrzebują naszej pomocy. No ale i my potrzebujemy pomocy, każdej. Od państwa, od zagranicznych organizacji. Stomatologia nie ma w Libanie żadnego sponsora, sami wszystko kupujemy.

Kiedy przychodzi do mnie pacjent, to nie ma dla mnie znaczenia, skąd on jest. Na każdego patrzę jak na człowieka. Zanim zapytam co boli, pytam jak się miewa, czy ma jakieś problemy. Minutę zawsze można poświęcić na takie życiowe rozmowy. O jedno tylko nie pytam: o wyznanie. Nie interesuje mnie czy on chrześcijanin, muzułmanin, żyd czy buddysta. A jak mnie kto pyta, odpowiadam, że moja religia to Liban.

Pierwsze spotkanie z uchodźcami? Zdradzę sekret. Moja mama jest z Syrii... Pierwsi uchodźcy przyjechali do mnie do domu: trzy ciotki i u każdej po troje-czworo dzieci, potem jeszcze znajomi. Był moment, że w domu miałem 30 osób. Dlatego dla mnie pytanie, co myślałem o uchodźcach przy pierwszym spotkaniu, jest niezrozumiałe. Ja spotkałem swoich.

**

Dr Ibrahim Merheb gabinet ma w tej samej miejscowości, dla PCPM pracuje od trzech lat. Ma 38 lat, jest pediatrą, kończył uniwersytet w Zaporożu. Na biurku postawił zdjęcie 3-letniego chłopczyka z blond lokami, to jego ukochany syn Zafer.

Dr Ibrahim Merheb. Bire w Libanie
Dr Ibrahim Merheb. Bire w Libanie  Joanna Klimowicz

– Moi mali pacjenci to dzieci uchodźców. Mają osłabioną odporność, mieszkają w gorszych warunkach, ich system immunologiczny dodatkowo obciążają czynniki do tej pory im nieznane, np. bakterie, z którymi nie mieli do czynienia. Dlatego częściej zapadają na choroby niż nasze dzieci. To jednak nie problem, z tym my, lekarze radzimy sobie. Największym kłopotem są koszty leczenia. Centrum medyczne PCPM umożliwia darmowe leczenie, zapewnia też podstawowe leki. To pierwsza klinika w regionie, gdzie uchodźcy mogą leczyć się za darmo. Wyjątkowa. Dopłaca też do hospitalizacji, ale pacjent sam musi zapłacić 25 proc. kosztów [zazwyczaj organizacje humanitarne pokrywają uchodźcom 70-80 proc. kosztów publicznej opieki zdrowotnej w Libanie – zarówno konsultacji lekarskich, jak i leczenia szpitalnego – red.]. Opieka w szpitalu jest droga – załóżmy, że kosztuje tysiąc dolarów, trzeba więc zapłacić 250, to wciąż niewyobrażalna dla tych ludzi kwota. [W północnym Libanie 62 proc. uchodźców syryjskich żyje poniżej granicy ubóstwa, a 25 proc. dotyka krańcowa bieda – red].

Bire w północnym Libanie. Klinika, prowadzona od 2014 roku przez Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej
Bire w północnym Libanie. Klinika, prowadzona od 2014 roku przez Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej  Joanna Klimowicz

Czasem czuję się sfrustrowany, bo sytuacja kliniki nie jest tak dobra, by pomóc wszystkim. Ciężko patrzeć, jak matki nie stać na położenie do szpitala swojego gorączkującego dziecka. Na to nakładają się problemy psychologiczne – zarówno dzieci, jak i dorosłych. Przychodzi coraz więcej osób z syndromem stresu pourazowego, z depresją. W ubiegłym tygodniu 35-latek zmarł na wylew. Presja jest ogromna, ludzie nie znają swojej przyszłości, rodziny są rozdzielone, nie wiedzą, co stanie się z nimi następnego dnia, nie widzą żadnego rozwiązania. W najgorszej sytuacji są kobiety. Straciły mężów, muszą same zatroszczyć się o czworo-pięcioro dzieci.

Jesteśmy ludźmi, pomoc jest naturalnym ludzkim odruchem. My też wcześniej cierpieliśmy z powodu reżimu, teraz oni przechodzą przez to samo. Nasz kraj był okupowany przez Syrię. Ale nie przez ludzi, tylko przez reżim.

[Armia syryjska wkroczyła do Libanu w czerwcu 1976 roku, wykorzystując chaos wojny domowej. Wycofała swoje wojska po 30 latach, 25 kwietnia 2005 roku. Dopiero w październiku 2008 roku Syria uznała niepodległość Libanu i nawiązała z nim stosunki dyplomatyczne – red.]

Mogę powiedzieć, że uchodźcy w pewnym stopniu zmienili moje życie. Bo teraz, kiedy widzę ich problemy, jak zmagają się z życiem każdego dnia, dziękuję Bogu, że ja mam lepiej. Wciąż żyję we własnym kraju, własnej wsi, z moimi sąsiadami za płotem, z moją rodziną.

**

Sheikh Mohammad Merheb (47 lat) jest duchowym przywódcą społeczności Baladiya (część regionu Bire), pod opieką ma około 6 tysięcy osób. Uchodźców przyjmuje od pierwszego dnia, kiedy się pojawili.

Sheikh Mohammad Merheb, duchowy przywódca społeczności Baladiya (część regionu Bire), Liban
Sheikh Mohammad Merheb, duchowy przywódca społeczności Baladiya (część regionu Bire), Liban  Joanna Klimowicz

– Przyszło z nimi sporo zmian, zwłaszcza ekonomicznych. To głównie na tym polu przecinają się relacje między Libańczykami a Syryjczykami. Zwłaszcza tu, w regionie, gdzie zatrudnia się pracowników, gdzie przyszli Syryjczycy i zaczęli konkurować. Parę lat temu największym wyzwaniem było – gdzie ich umieścić. Teraz skupiamy się na zapewnieniu jedzenia i pomocy medycznej, potrzebują tego każdego dnia. Wciąż trzeba szukać mieszkań na wynajem, ważna jest też edukacja. Problemem są wczesne małżeństwa, wydawanie za mąż dziewczynek w wieku nawet 13 lat, bo rodzin nie stać na to, żeby je utrzymywać.

Kryzys dotyka dwie strony i musimy zwracać uwagę na potrzeby obydwu, żeby nie wprowadzić więcej napięć. Cały ciężar przyjmowania uchodźców spoczywa na społeczności lokalnej. Bezrobocie, wzrost cen, topniejące oszczędności – to nie przysparza uchodźcom sympatii. Napięcia można rozładować, jeśli mają oni swoje mieszkania i podstawową sumę pieniędzy, by pójść do sklepu, zrobić zakupy, a Libańczycy dostają czynsz za wynajem. Wszyscy zdają sobie sprawę, że kryzys nie skończy się w ciągu roku-dwóch, że będzie trwał i trwał i trzeba się póki co przyzwyczaić do życia razem. Oni nie mają teraz dokąd wracać, ich domy zostały zniszczone, stracili wszystko. Migracja do Europy to też żadne rozwiązanie. Nielegalne, bardzo niebezpieczne, w wielu przypadkach kończące się śmiercią w morzu. Słyszałem, że społeczności w krajach europejskich nie akceptują uchodźców z Syrii. Do tego – są różnice kulturowe i w warunkach życia. Jedyne rozsądne wyjście to poprawa ich sytuacji tutaj, w Libanie, zabezpieczenie ich podstawowych potrzeb, by mogli zostać blisko i po zakończeniu wojny wrócić do swojego kraju, odbudować go. Najczęściej do Europy uciekają ludzie najlepiej wykształceni, najbogatsi, tacy, których na taka wyprawę stać i mają odwagę by w nią wyruszyć. Jeżeli nie wrócą, kto odbuduje Syrię?

Jeśli pacjent potrzebuje operacji, to robić ją czy tylko podawać leki uśmierzające ból? Migracja do Europy niczego nie załatwi, tylko przeniesie problemy Środkowego Wschodu na inny grunt i tam będą narastać.

Artyści dla Syrii. Kup dzieło sztuki i pomóż

**

Fahed Al Masri, 41 lat, bogacz z Bire. Tak przynajmniej widzą go miejscowi. On kryguje się, że ma tylko jedną ciężarówkę i jedną nieruchomość na wynajem. 188 cm wzrostu, 122 kg wagi (po diecie, schudł ze 142 kilo). Jego matka wznosi oczy do nieba i wzdycha z uwielbieniem: „Jest Bóg, a zaraz po nim Fahed”. Mieszka bogato, z dywanami i kanarkiem w klatce, ale piec do ogrzewania domu – taki sam jak w garażach u uchodźców. Dwie zamężne córki sprawiły, że jest już dziadkiem. U niego czynsz dla Syryjczyków jest najniższy – 100-150 dolarów miesięcznie.

Fahed Al Masri z matką. Bire w Libanie
Fahed Al Masri z matką. Bire w Libanie  Joanna Klimowicz

Fahed: – Nie będzie rodziny, która musiałaby spać na ulicy, tak postanowiłem. Zacząłem budować ten dom na 25 rodzin pod wynajem dla Libańczyków, ale kiedy zaczęła się wojna w Syrii, wziąłem 15 tysięcy dolarów kredytu z banku, żeby skończyć szybciej. Co miesiąc spłacam pożyczkę, dokładając do tego, zostało mi jeszcze 11 tysięcy do spłaty. Mężczyzna z rodziny, która wprowadziła się do mnie pierwsza, zmarł przed miesiącem. Powiedziałem wdowie: możesz zostać, nie myśl teraz o pieniądzach, ja na czynsz poczekam ile trzeba. W innym mieszkaniu żyje szesnastoosobowa rodzina. Chcieli już iść pod namiot, bo ich nie stać. Mowy nie ma, nie zgodziłem się. Zaprzyjaźniliśmy się po prostu. Inni Libańczycy zachowują się różnie. Bywa, że wyrzucają ludzi na bruk, kiedy ci nie mają pieniędzy. Ja około 1500 dolarów miesięcznie przeznaczam na pomoc uchodźcom. Nikt o tym nie wie, po co gadać. W sumie to ja jestem im wdzięczny. Dzięki kryzysowi syryjskiemu nauczyłem się jak być człowiekiem, nie tylko biznesmenem.

– Fahed, jesteś aniołem? – pytam.

– A gdzie tam. Ja uchodźców biję. Jedna kobieta poskarżyła mi się, że facet ją zaczepia. Który? – spytałem, pokazała. Przyłożyłem mu.

**

Sara Mohamad ma 24 lata i burzę czarnych loków, która wydaje się być oddzielną istotą, bardziej nawet żywiołową niż jej właścicielka. Świeżo upieczona absolwentka informatyki, w koszulce i bluzie z emblematami Polskiego Centrum Pomocy Międzynarodowej zarządza pomocą humanitarną.

Sara Mohamad, Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej, Liban
Sara Mohamad, Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej, Liban  Joanna Klimowicz

– Pochodzę ze wsi Aaidmoun, to 15 minut drogi stąd, z biura. Mamy niewielki domek na posesji i nadszedł czas, że musieliśmy się nim podzielić. W 2012 roku przyszli z Hims, dużego miasta leżącego 40 kilometrów stąd, ale już po syryjskiej stronie. Szli przez Wadi Khaled, checkpoint po libańskiej stronie, jak wszyscy. Stanęli w progu i powiedzieli, że nie mają żadnego schronienia. Rodzina z trójką dzieci, jedno było naprawdę malutkie. Moja mama zdecydowała od razu: witajcie, rozgościcie się.

Studiowałam i rozglądałam się za pracą, a irlandzka organizacja szukała tłumacza. Pracowałam dla nich cztery miesiące latem, potem musiałam wrócić na uniwersytet, a następnie zaczęłam pracę w PCPM, w administracji. Naszych podopiecznych znam osobiście, zawsze staram się ich skłonić do uśmiechu. Jeśli trzeba, opowiadam dowcipy. Czasem sama jestem wykończona i zmuszam się do pozytywnego myślenia. Najcięższa dla mnie była historia mężczyzny, który stracił wszystko. Spotkałam go gdy próbował sprzedawać gumy do żucia, stojąc bezradnie na ulicy, niewiele widząc. W Syrii miał pracę, ale kiedy dotarł do Libanu, tracił już wzrok. Próbował popełnić samobójstwo, bo nie mógł znieść tego, że nie jest w stanie zapewnić bezpieczeństwa i utrzymania swojej rodzinie – żonie i dwóm córeczkom. Żyli w piwnicy w Trypolisie. Teraz dokładamy im do czynszu. Chciałabym pomagać tym ludziom tak długo, aż będą mogli wrócić do swojego kraju.

Gdzie jest miłość? Klip licealistów z Łomży hitem internetu

**

Kholoud Bahij 25-letnia nauczycielka w gimnazjum, zaręczona, elegancka, w hidżabie, z dyskretnym makijażem – w bistro Pistachio Chicken w centrum Trypolisu umówiła się z przyjaciółką na lunch.

– Nie da się nie zauważyć, że jest tłok na ulicach, jeszcze bardziej uciążliwe korki, miasto nie radzi sobie ze śmieciami. Ja nie narzekam, jestem sercem z tymi ludźmi. Mój ociec jest Palestyńczykiem, musiał opuścić swoją ojczyznę [Setki tysięcy uchodźców palestyńskich mieszkają w Libanie już od 1948 roku – red.]. Ja urodziłam się już tutaj, w Libanie, ale to mój drugi kraj. Wiem, co oni czują. Zresztą moja wiara każe współczuć i okazywać współczucie. Jest ich tu dookoła mnóstwo. Jedni radzą sobie gorzej, inni lepiej – starają się otwierać jakieś niewielkie biznesy, choćby sklep. Są tacy sami jak my.

**

Marwan Somsom ma 50 lat, jest na rencie, w Abisamrze – uboższej dzielnicy Trypolisu prowadzi od ośmiu lat sklepik spożywczy.

Marwan Somsom. Trypolis w Libanie
Marwan Somsom. Trypolis w Libanie  Joanna Klimowicz

– Rujnują nam biznes... Proszę spojrzeć – [ulicą wolno toczy się chałupniczo przerobiona riksza – przytroczony do roweru obwoźny stragan z pomarańczami; tańszymi niż te u Marwana]. Co ja mam mu powiedzieć? Żeby się wynosił? Też musi żyć... Zaniżają ceny, zabierają klientów, sprzedają wszystko to, co ja i stają dosłownie pod moim sklepem. Po wybuchu wojny wszystko się zmieniło. Byliśmy biedni, a teraz umieramy. Bardzo byśmy chcieli pomóc, ale sami potrzebujemy, żeby ktoś nam pomógł.

**

Mgr Ghina Adra, 27 lat, aptekarka z Abisamry:

– Ich sytuacja wcale nie jest aż tak zła, dostają mnóstwo pomocy od organizacji międzynarodowych, także finansowej. Od jakichś trzech lat mam klientów wśród uchodźców. Widzę, że mają inny sposób myślenia. Nadużywają antybiotyków, w bardzo wysokich dawkach. Możemy je sprzedawać, ale jeśli ktoś stosuje je nieumiejętnie, mogą narobić szkody. Załóżmy, że pacjent ma gorączkę, 39 stopni. Zbija ją i odstawia antybiotyk już po jednym dniu. I dziwi się, że organizm uodparnia się na lek. Tłumaczę, że tak nie można, ale czy mnie ktoś posłucha? Z początku ich lubiłam, ale z czasem przestałam. Nie żyjemy w próżni, tylko w jakimś środowisku, które rządzi się pewnymi zasadami, są w nim ustalone relacje. A oni wchodzą w to jak do siebie, nie dostosowują się, dalej żyją w swojej bańce. Wciąż tylko dzieci, dzieci i dzieci. My mamy jedno czy dwoje, jeśli nas nie stać na więcej. A oni oczekują, że każdy będzie im pomagał.

**

Mahdi, 40 lat, mechanik, pracuje w warsztacie w Bire. Jest Syryjczykiem z Hims, ale wyemigrował 10 lat temu, długo przed wojną. Ma siedmioro dzieci, w domu razem z rodzicami i teściami mieszka w sumie 15 osób; pracuje tylko on:

– Tak źle jak teraz, to nie było jeszcze nigdy. Moje pozwolenie na pracę wygasło. Żeby je przedłużyć, muszę zapłacić tysiąc dolarów. Kogo na to stać? Strach zbliżyć się do checkpointu. Libańskie wojsko potrafi przyjść tu do mnie, do warsztatu. Żądają pieniędzy, których nie mam. Skonfiskowali mi trzy motocykle – przecież nie moje, ja je tylko naprawiałem. To są prześladowania. Teraz wszyscy uchodźcy są tu nielegalni, żyć się nie da.

Na terenie 4,5-milionowego Libanu mieszka ponad milion syryjskich uchodźców
Na terenie 4,5-milionowego Libanu mieszka ponad milion syryjskich uchodźców  Joanna Klimowicz

[Gros uchodźców przebywa w Libanie nielegalnie. Rząd od stycznia 2015 r. zamknął granice przed nowymi uciekinierami, a od dotychczasowych wymaga odnawiania pozwolenia na pobyt czasowy, którego koszt to 600 dolarów. Pracują też nielegalnie. Ostatnie obostrzenia to zobowiązanie uchodźcy, że nie podejmie pracy, które musi podpisać zaraz po przekroczeniu granicy. Są zatrudniani na czarno, bywa, że nie otrzymują za pracę żadnego wynagrodzenia – red.].

Jak możemy pomóc syryjskim uchodźczyniom w Jordanii

**

Rana Gabi – z pochodzenia Libanka, większość życia spędziła w Polsce, do której przyjechała jako dziecko. Do 2014 r. pracowała w Ambasadzie Republiki Libańskiej; uczestniczyła w szkoleniach Międzynarodowej Organizacji ds. Migracji (IOM) m.in. o przeciwdziałaniu handlowi ludźmi; wspierała misję na Ukrainie, a od stycznia 2016 r. jest szefem misji projektów PCPM w Libanie. Biegle porozumiewa się w czterech językach, w tym w dialekcie lewantyjskim języka arabskiego.

– Trafiłam do Akkar na początku 2014 roku jako field officer i od razu zostałam wrzucona na głęboką wodę – jeździłam w teren, do rodzin uchodźców, sprawdzałam ich warunki życia, zbierałam informacje i uczyłam libańskich pracowników jak mają przeprowadzać wizyty domowe. To naturalne, że pracownik może się wypalić, znudzić zadawaniem tych samych pytań, chodziło więc o to, żeby monitorować i ulepszać system pomocy. Wciąż przyjeżdżało bardzo dużo rodzin z Syrii i trzeba było im znaleźć miejsca do zamieszkania dosłownie z dnia na dzień.

Szukaliśmy na wszelkie możliwe sposoby. Społeczność lokalna bardzo pomagała. Ludzie sami przychodzili do nas i albo informowali, że nowa rodzina jest w potrzebie, albo że mają lokum, które można udostępnić, o takiej a takiej powierzchni, ilości pomieszczeń itp. My to wprowadzaliśmy do bazy danych nieruchomości w Akkar i Trypolisie. Kiedy w danej okolicy pojawiała się nowa rodzina, szukaliśmy mieszkań jak najbliżej, żeby nie narażać jej na dalszą tułaczkę. Jeśli nie było nic w pobliżu, to był przynajmniej numer telefonu wynajmującego. Dzwoniło się więc i pytało, czy zna kogoś na miejscu, kto może coś wynająć.

Pewnego sierpniowego wieczora w 2014 roku siedziałam w biurze, było już około 20.30, wykończona ślęczałam nad tabelą monitoringową, wprowadzając dane rodzin. Bardzo dużo ich przyjęliśmy tego dnia. Nagle do biura wpadł Libańczyk, na imię miał Bilal. Powiedział, że przyszła do niego kobieta z noworodkiem na ręku. Nie ma serca jej wyrzucić, choć wie, że ona nie ma czym zapłacić. Dał jej garaż. Tylko nie ma ani jednej poduszki, ani jednego kocyka, ani jednej hassiry – maty. Oni nie mają na czym spać! Biuro lokalnej organizacji partnerskiej, która koordynuje dodatkową pomoc rzeczową, typu ubrania czy podstawowe sprzęty, było już zamknięte. Musiałam ściągnąć z domu pana z tej organizacji.

Pierwszy raz zderzyłam się wtedy z rzeczywistością i pomyślałam: to nie ma końca... dzień się kończy, a problemy – nie. Jakie znaczenie ma to, co robimy, skoro tych potrzebujących ludzi jest nieskończoność? Na szczęście każdy kolejny dzień daje nowe siły.

[Większość Syryjczyków wynajmuje najskromniejsze pokoje, piwnice, garaże. Czynsz wynosi średnio 200 dolarów miesięcznie. Patent PCPM na pomoc to dopłaty do ich czynszu. Program „cash for rent” został tak pomyślany, że dzięki umowom z libańskimi bankami i wydawanym przez polski bank kartom bankomatowym z celowym przeznaczeniem pomoc można nieść szybko, a jej koszty są minimalne. Schronienie musi mieć dach, ściany, drzwi, bieżącą wodę, prąd, dostęp do toalety. Organizacja przeznacza na to 80 dolarów miesięcznie na rodzinę – red.]. Rana: – Zanim rodzina przeniesie się do schronienia, sprawdzamy jego stan, czy nie ma wilgoci i nic nie spada z sufitu, czy zapewnione jest minimalne bezpieczeństwo w postaci wstawionych drzwi i okien. Minimum uzgodnione między organizacjami, to 3,5 metra kwadratowego na osobę, woda bieżąca, toaleta, oświetlenie. Czasami wolimy przeczekać te parę dni, przetrzymać rodzinę w tymczasowym pomieszczeniu i wynegocjować z właścicielem, by poprawił warunki.

Na terenie 4,5-milionowego Libanu mieszka ponad milion syryjskich uchodźców
Na terenie 4,5-milionowego Libanu mieszka ponad milion syryjskich uchodźców  Joanna Klimowicz

Większość Libańczyków, z którymi rozmawiam, skarży się już na ten stan rzeczy. Szczególnie na północy kraju, gdzie bieda była jeszcze przed przyjazdem uchodźców, a teraz są oni dodatkowym obciążeniem. Ludzie nie mogą znaleźć na pracy, więc wyjeżdżają do Trypolisu i Bejrutu, wracają tylko na weekendy, by odwiedzić rodziny. Mimo tych napięć, mimo coraz częstszego wsadzania sobie szpil, wciąż jest wielu Libańczyków, którzy pomagają. W Trypolisie mieszka Syryjczyk, sam wychowuje dwie córeczki i syna. Znalazł tylko dorywczą pracę – umówił się z właścicielem warzywniaka, że rozładowuje mu towar. To, co zarobi, nie wystarcza utrzymanie, ale jego sąsiadka, Libanka, codziennie rano i wieczorem przynosi dzieciom kanapki. Może to małe rzeczy, ale jeżeli ludzie dążą do tego, żeby było lepiej i pomagają sobie nawzajem, to musi się udać.

Namiastka syryjskiego domu w Libanie

**

Dzięki Polskiemu Centrum Pomocy Międzynarodowej (PCPM) odwiedziłam Liban wiosną 2016 roku. To organizacja, która realizuje projekty w Libanie, Autonomii Palestyńskiej, Tadżykistanie, Gruzji, Sudanie Południowym, Etiopii, Kenii, Zambii, Bośni i Hercegowinie oraz na Ukrainie. Fundacja prowadzi w Libanie, na granicy z Syrią, największy program pomocy humanitarnej realizowany przez polską organizację pozarządową. Choć działania te są współfinansowane w części przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych RP i Organizację Narodów Zjednoczonych, to ich kontynuacja zależy od wsparcia prywatnych dobroczyńców.

Więcej na: pcpm.org.pl

KRS 0000259298

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Aleksandra Sobczak poleca
Więcej
    Komentarze
    Zaloguj się
    Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem