Matka Boska rodzi się w obozie, ma twarz Poli Negri i wywinięte rzęsy. Kilkunastoletnia Lilka nie ma pojęcia, że kiedyś takich pięknych twarzy i sylwetek naszkicuje jeszcze tysiące. I tysiące kobiet ubierze. Pół Żydówka, pół Niemka, Polka z Białegostoku na razie próbuje przetrwać.
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Maleńki delikatny rysunek powstaje na zwitku papieru w niemieckim obozie koncentracyjnym Helmbrechts we Flossenburg. Wcześniej Lilka była w Ravensbrück. A jeszcze wcześniej – w więzieniu w Białymstoku. Karteczka z Matką Boską, którą 16-letnia dziewczyna naszkicuje w obozie ołówkiem, jakimś cudem przetrwa mroczny czas. Rysunek wróci z Lilką do Polski.

Rysunek Heleny Bohle-Szackiej
Rysunek Heleny Bohle-Szackiej  Fot. Galeria im. Sleńdzińskich

Dziś, po 70 latach z okładem, jest jedną z wielu pamiątek po Helenie Bohle-Szackiej, znanej projektantce mody i ikonie emigracji polskiej w Berlinie. W Białymstoku kompletnie zapomnianej, choć tu przychodzi na świat w 1928 roku, tu spędza dzieciństwo i koszmar kilku lat okupacji. Jej postać przypomni wystawa, którą zobaczyć będzie można w czerwcu podczas obchodów Dni Miasta.

Wielka miłość

Helena czy Lilka?

Lilka dla przyjaciół, tak ją też nazywano w domu. W albumie, sprezentowanym mamie jeszcze przed wojną, dwie siostry napisały: „Winszujemy w dniu urodzin – Irka i Lilka”.

Irka to siostra starsza. O cztery lata. Krucze czarne włosy, ostre rysy, nieco inny, bardziej semicki typ urody, który wkrótce ją zgubi, inny też ojciec. A historia jak z romansu.

Mama – Maria, Żydówka z zasymilowanej fabrykanckiej rodziny Tobolskich z Łodzi, piękna studentka konserwatorium w Moskwie, do Białegostoku przyjeżdża za pierwszym mężem. Skrzypek Aronson, poznany w Moskwie, właśnie stąd pochodzi. Maria jest w zaawansowanej ciąży, gdy w Białymstoku poznaje Aleksandra Bohle. To zupełnie inny typ mężczyzny niż Aronson. Architekt, student szkół technicznych i ASP w Berlinie, choć w zawodzie niepracujący, za to nieźle radzący sobie jako przedstawiciel zagranicznej firmy tekstylnej. Białostoczanin ze spolonizowanej niemieckiej rodziny, mocno osadzonej w mieście. Mocną kobietą była na pewno matka Aleksandra – gdy po śmierci męża, nauczyciela gimnazjum, zostanie z piątką niepełnoletnich dzieci, zaczyna prowadzić w Białymstoku chrześcijańską łaźnię publiczną. Imię Helena Lilka dostanie właśnie po niej.

Modny Białystok. Przedwojenne elegantki w książce i fotografii

Ale Lilki jeszcze nie ma na świecie, Maria dopiero poznaje Aleksandra. Wybucha wielka miłość, zmienia się wszystko.

– Aronson w tym czasie gdzieś przepadł, Maria urodziła, a Bohle zaopiekował się nią i dzieckiem Aronsona – Ireną. Nie mamy informacji jak się rozpadło to pierwsze małżeństwo i jak doszło do drugiego, takich niejasności trochę jest – mówi Katarzyna Siwerska z Galerii im. Sleńdzińskich, która wraz z dziennikarzem modowym i kuratorem projektów artystyczno-modowych Marcinem Różycem od kilku miesięcy zbiera pieczołowicie informacje i pamiątki po Helenie i przygotowuje wystawę.

Helena i Irka
Helena i Irka  Fot. Galeria im. Sleńdzińskich

Ni pies, ni wydra

Po kilku latach rodzi się Lilka. Rodzina mieszka w okolicy ul. Jurowieckiej, niedaleko miejsca, gdzie obecnie wznosi się Galeria Jurowiecka. Ponad dziesięć szczęśliwych lat, spokojne dzieciństwo. W kilku albumach z tamtego okresu, które przetrwały wojnę, sporo zdjęć. Rodzina na spacerze, w tle mnóstwo białostockich „miejscówek”. Ślizgawka na Plantach. Białostockie ulice. Dziewczynki z mamą na ławce w parku. Wyjazdy. Plażowanie. Nawet psy, ważni członkowie rodziny, mają swoją bogatą dokumentację fotograficzną.

Zdjęć jest sporo. Lilka na nich ma szeroko rozstawione oczy, pucołowatą buzię, rozwichrzoną fryzurkę, wygląda jak amorek ze śmiejącymi się oczami. Który z czasem zamieni się w piękną kobietę.

W domu mówi się po polsku, no chyba że rodzice nie chcą, by córki coś zrozumiały, wtedy mówią po rosyjsku. Tyle że Lilka – jak wspominać będzie po latach – szybko się tego języka nauczyła. Czytała po rosyjsku, lubiła ten język.

Hebrajskiego ani jidysz w domu Bohlów praktycznie nie słychać, a jeśli już – to tylko z ust Aleksandra. Paradoks: w tym języku nie mówi mama Heleny, Żydówka, za to czasem używa go ojciec, spolszczony Niemiec. I to mówi całkiem nieźle – nauczył się go ze względu na częste kontakty handlowe z Żydami.

Rodzina jest zasymilowana, egzystuje sobie w białostockim świecie po swojemu, nie skłania się ani ku kulturze żydowskiej, ani niemieckiej. Helena jest chyba jedyną ewangeliczką w klasie, ale nie jest wychowywana religijnie.

Po latach w kontekście wyznania będzie mówić o sobie – „ni pies, ni wydra”.

Szloma, Jean, Carl, Wanda. Fotografowie białostoccy 1861-1915 [ZDJĘCIA]

Maria w skrytce, Lilka w więzieniu

Gdy wybucha wojna, do Białegostoku wkraczają Sowieci. Jeden z pokoi w domu rodziny Bohle zajmuje oficer radziecki z rodziną. Choć Aleksander ma korzenie niemieckie, rodzina nie doświadcza jakichś większych problemów. Koszmar zaczyna się, gdy w 1941 roku wkraczają Niemcy.

Maria z Irką, jako Żydówki muszą w ciągu dnia iść do getta, na noc wracają do domu. Helenka funkcjonuje jako córka Niemca. W domu, na wszelki wypadek uczy się modlitw spisanych na karteczkach. Jedna nawet się zachowa.

Aleksander w końcu decyduje: koniec z chodzeniem do getta, będzie ukrywać pasierbicę i żonę. Oddzielnie. Ale rodzinę dosięga pierwszy cios. Irkę, przeprowadzaną z jednej kryjówki do drugiej przez znajomego, zatrzymuje niemiecki patrol i zabija.

Aleksander, choć dokwaterowują mu kolejnych mieszkańców, robi skrytkę za ścianą w pokoju i tam ukrywa żonę. Sam na co dzień pracuje w fabryce, po likwidacji getta stara się też ratować innych Żydów.

Jest rok 1944. Pewnego dnia, gdy ojca nie ma w domu, po Helenę przychodzi gestapo. Ktoś doniósł, że nie jest dzieckiem czysto niemieckim, ale mieszanym. Marii ukrytej w tym samym domu nie znajdują. Ale 15-letnia Lilka trafia do więzienia. Pisze do ojca dramatyczne listy. Aleksander próbuje ją wydostać, bez skutku.

Helena i Irka prawdopodobnie przed domem przy ul. Jurowieckiej
Helena i Irka prawdopodobnie przed domem przy ul. Jurowieckiej  Fot. Galeria im. Sleńdzińskich

Obozowa grupa wsparcia

Lilka trafia do Ravensbrück. Jest na skraju życia i śmierci. Słabnie. W kilkadziesiąt lat po wojnie, gdy już będzie umiała o tym wszystkim mówić, powie, że wołali za nią „Schmuckstück” czyli „Klejnocik”. Tak nazywano najbardziej wyczerpanych więźniów zwanych „muzułmanami”.

Po latach jej przyjaciółka Ewa Czerwiakowska w jednym ze wspomnień napisze, że Lilka do tamtego okresu nie chciała wracać przez całe dziesięciolecia, tak straszny był to czas. Dopiero pod koniec życia zacznie coś opowiadać. Oszczędnie, nie epatując grozą obozowych doświadczeń.

Któregoś dnia pojawia się możliwość zgłoszenia się na roboty do podobozu Helmbrechts we Flossenburg, w którym produkowano amunicję. Wiele kobiet w obozie się boi, nie wiadomo czy to rzeczywiście „roboty”. A może nie? Lilka się zgłasza. Warunki są tragiczne, mordercze tempo pracy, ale jak wspominały po latach jej przyjaciółki – w Lilce wydaje się być trochę więcej życia.

– Pojawia się wola przetrwania. To też dzięki koleżankom, które poznała w obozie. Opiekowały się sobą, dużo rozmawiały, po wojnie cały czas utrzymywały kontakt. To była taka obozowa grupa wsparcia – mówi Katarzyna Siwerska. Wspomnienia z Ravensbrück to czerń, w przypadku kolejnego obozu w późniejszych wspomnieniach pojawiają się jakieś jaśniejsze prześwity.

I wtedy Lilka na przekór wszystkiemu zaczyna rysować. Zacznie od Matki Boskiej, która wygląda jak gwiazda filmowa, choć ze smutkiem w twarzy.

Czy kilkunastoletnia dziewczyna jest w stanie wyobrazić sobie wtedy, że kiedyś kobiecych postaci szkicować będzie zatrzęsienie, na sylwetkach umieszczać suknie, spodnie, bluzki, drapować materie, podkreślać talie? Czy takie myśli w ogóle mogły się wtedy pojawić? O czym w ogóle można myśleć, gdy się idzie, w skrajnym wycieńczeniu, w marszu śmierci znaczonym ciałami martwych więźniarek? Lilka taki marsz, po ewakuacji obozu we Flossenburgu prowadzony do Falkenau/Zwodau (dzisiejsza Svatava w Czechach), przetrwa. Doczeka wyzwolenia. Moment, w którym do obozu wjedzie amerykańska kolumna, zapamięta jako coś nieprawdopodobnego. Otępiałe z głodu i chorób kobiety, te, które jeszcze mogły się ruszać, rzucają się na jednego z amerykańskich żołnierzy, całując go po rękach. A ten, z emocji, nie może powstrzymać łez. – Po prostu się rozpłakał – opowie po latach swojej przyjaciółce Helena.

Wraca do Białegostoku. Miasto w ruinach, jej rodzinny dom w gruzach. Ale cudowna wiadomość, rodzice przeżyli wojnę, są w Łodzi, rodzinnym mieście Marii. Jedzie za nimi. Przez wiele nocy nie może spać na normalnym łóżku, jest w nim za miękko, kładzie się podłodze. Zaczyna jeść. W ciągu trzech miesięcy wynędzniała Lilka przybierze 25 kilogramów.

Kobieta mody

Łódź. Zaczyna się nowe życie, nowe myśli. Miasto tętni energią, otwierają się teatry. Lilka chłonie wszystko, nadrabia stracone lata.

W 1947 roku zdaje do Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych na wydział grafiki. Jeszcze zdąży mieć zajęcia z Władysławem Strzemińskim, pionierem konstruktywizmu, nim ówczesny minister kultury zwolni go z pracy za przeciwstawianie się realizmowi socjalistycznemu w sztuce. Po latach w jednym z wywiadów powie, że to dzięki Strzemińskiemu nauczyła się cenić w sztuce klarowność kompozycji i mistykę geometrii.

Po raz pierwszy wychodzi za mąż. A mężów będzie mieć trzech.

– Pierwszy to Benedykt Winer. Lekarz, imponował młodziutkiej Lilce intelektem. Ale Lilka szybko wskoczyła w świat artystyczny Łodzi i poznaje tam Jerzego Urbanowicza. Urbanowicz był chyba jej największą miłością – mówi Katarzyna Siwerska. Marcin Różyc dodaje: – Łódź była wtedy miastem karnawału, Helena chciała żyć. I przy Urbanowiczu odżywała.

Helena w Łodzi będzie mieszkać prawie 20 lat. Szybko zostanie w niej sama, bez rodziców.

Bo sześć lat po wojnie Aleksander Bohle umiera. W niewyjaśnionych okolicznościach. W 1951 roku zostaje wezwany przez UB i już z wezwania nie wraca.

– Podobno wyskoczył przez okno. Ale, jak mówili znajomi Heleny, to raczej niemożliwe, Aleksander Bohle był bardzo silnym człowiekiem, którego nie mogło raczej nic złamać... Mama Heleny wkrótce wyjeżdża do Brukseli – mówią twórcy wystawy.

Helena zostanie w Polsce do 1968 roku. Zanim zacznie się antysemicka nagonka, zdąży zrobić jeszcze karierę w świecie mody jako projektantka. Sukces dwóch polskich domów mody to w głównej mierze jej zasługa. Pracuje jako projektantka, nadzoruje pracę innych, wykłada na macierzystej uczelni, pisze o modzie m.in. w „Dzienniku Łódzkim", w pismach branżowych ukazują się jej rysunki żurnalowe. Współodpowiada za trendy królujące w polskiej modzie PRL-u.

– Tworzy pierwszą kolekcję młodzieżową Domu Mody Polskiej. Gdy nie jest w stanie dogadać się z jej szefami – odchodzi i zostaje kierownikiem artystycznym Domu Mody Telimena, a potem Ledy – wylicza Marcin Różyc. – A trzeba pamiętać, że Leda jest pierwszą marką, która jest pokazywana w Berlinie Zachodnim. I to wtedy, gdy rządzi tam Helena. W hierarchii stoi dość wysoko. Jest doceniana. A jednak w roku 1968 decyduje się wraz z mężem wyjechać.

Helena Bohle-Szacka z trzecim mężem Wiktorem Szackim
Helena Bohle-Szacka z trzecim mężem Wiktorem Szackim  Fot. Galeria im. Sleńdzińskich

Artystyczny salon

Kiedy zgłosiła w urzędzie, że opuszcza Polskę, nikt o nic nie pytał. Otrzymuje status bezpaństwowca ze stacją docelową Izrael.

Ostatecznie ląduje w Berlinie Zachodnim. Tu też pracuje jako projektantka. W berlińskiej Lette-Schule wykłada grafikę i komunikację wizualną. Tworzy ilustracje, projektuje okładki książek dla polskich wydawnictw emigracyjnych i niemieckich oficyn. Sama też wyda dwie autorskie książki – „Ślady i cienie” oraz „Od drzewa do drzewa”, w których umieszcza geometryczne prace.

Prowadzi galerię artystyczną przy Klubie Inteligencji Katolickiej w Berlinie.

Ciągnie ją do artystycznego rysunku. I tak naprawdę dopiero na obczyźnie do niego wraca. Uwielbia formy geometryczne, fascynują ją. W ich prostocie dostrzega doskonałość i tajemnicę. I takim abstrakcyjnym geometrycznym pracom, w których pobrzmiewają echa wschodnioeuropejskiego konstruktywizmu – się poświęca. Pokaże je na blisko 40 wystawach w różnych miastach Europy. Również w Łodzi. Tworzy w nietypowy sposób – używa izografu, odmiany rapidografu.

– Praca jest przez to mozolna, ale precyzyjna. Przez to rysunek żyje – powie w wywiadzie, gdy przyjedzie na wystawę swych prac w macierzystej uczelni w Łodzi.

Jest na bieżąco z tym, co dzieje się w PRL-owskiej Polsce. Przygarnia pod swe skrzydła artystów, poetów, pisarzy, filmowców – tych, którzy właśnie wylądowali w Berlinie na emigracji, i tych, którzy pojawili się tu tylko na chwilę. W Berlinie liczą się w owym czasie tak naprawdę dwa emigranckie domy: Szackich i Wirpszów. To na swój sposób literackie i artystyczne salony. Można tam pogadać, zorganizować jakieś przedsięwzięcia na rzecz polskiej opozycji politycznej w Polsce.

Przez dom Szackich przewijały się tłumy. Nie tylko Polaków, ale też emigrantów z najróżniejszych zakątków świata. Bywali u niej Zbigniew Herbert, Stanisław Lem, Kazimierz Brandys, Jacek Bocheński, Ewa Lipska, Adam Zagajewski, Gustaw Lutkiewicz, Barbara Horawianka, Władysław Bartoszewski czy Włodzimierz Odojewski. Helena podejmowała ich gościnnie. A jak trzeba było, przygotowywała paczki dla rodzin działaczy opozycji, przesyłała nielegalne materiału drukarskie, żywność lub lekarstwa. Nie miała własnych dzieci, otwierała się na innych.

– Była ambasadorem kultury polskiej w Berlinie – powie po jej śmierci prof. Włodzimierz Stelmaszczyk z łódzkiej ASP. Ale i osobą niepożądaną w Polsce – pierwszą wystawę mogła w niej otworzyć dopiero w dwie dekady po wyjeździe.

Rysunki Heleny Bohle-Szackiej
Rysunki Heleny Bohle-Szackiej  Fot. Galeria im. Sleńdzińskich

Lilka i mosty

– To charakterystyczne, że mówiąc o modzie, nie mówiła jak osoba pewna swej wartości. Gdy ktoś ją chwalił w tym kontekście, mówiła: „Och, to nieważne”. I choć ma wysoką pozycję jako projektantka, trochę też wstydzi się tej mody, dystansuje się do niej. Jakby nie doceniała sama siebie – mówi Marcin Różyc. – Tym bardziej się cieszę, że możemy uczynić gest przywrócenia ogólnej pamięci postaci, która została zapomniana. A która jest ważną postacią dziedzictwa kulturowego, niesłychanie intrygującą. Sam nie miałem o niej pojęcia. Niedawno wydałem w Londynie książkę o modzie w PRL, a o istnieniu Heleny dowiedziałem się dopiero od białostoczan.

Autorzy ekspozycji krążą między Białymstokiem a Berlinem, przeglądają pudła z pamiątkami po Helenie otrzymanymi od jej berlińskich przyjaciół. Chcą zrobić wystawę metaforyczną o przenikaniu się różnych dziedzin. Bo takie też było życie Heleny – pełne przenikających się nurtów. Planują zbudować narrację historyczną z dużą ilością niedopowiedzeń, a wręcz podać w wątpliwość opowieść historyczną i stworzyć narrację na granicy faktu i fantazji, by pokazać, że historia też jest metaforą. Mają już roboczy tytuł wystawy, która rozłożona zostanie na kilka różnych miejscówek w Białymstoku. „Mosty”.

– To słowo jest kluczowe w rozumieniu jej postaci. Malarz i grafik Henryk Waniek napisał kiedyś o Helenie, że ona jest „przejściem”. Łącznikiem. My też tak ją rozumiemy – mówi Różyc. – Ciekawy jest też kontekst współczesny związany z Berlinem. Berlin był zawsze miastem okrutnym, kiedyś – kolebką faszyzmu. A dziś jest miastem najbardziej wyczyszczonym z faszyzmu. Helena w tym mieście była historyczną uchodźczynią, jednocześnie pomagającą innym uchodźcom. A teraz Berlin znów jest pełen uchodźców. Uratował nasz – ludzki – honor wpuszczając do siebie na różnych etapach tysiące ludzie twórczych i energetycznych. Helena też otwierała się na wszystkich swoją postawą nawet teraz, może uczyć empatii i otwarcia. Fascynująca postać.

I przez wszystkich, którzy ją znali – uwielbiana – jak napisał we wspomnieniu po jej śmierci na swoim blogu pisarz Jacek Bocheński (należał do częstych gości w jej mieszkaniu).

"Była uroczą kobietą z dramatycznym życiorysem, hitlerowskim obozem koncentracyjnym we wczesnej, dziewczęcej młodości, burzliwymi przejściami w PRL aż do narzuconej emigracji, z przykrymi nieszczęściami osobistymi (...), a mimo tego wszystkiego ze zdumiewającą pogodą usposobienia, życzliwością dla ludzi, gotowością udzielania pomocy i, co najdziwniejsze, z niekłamaną radością życia, chęcią podróżowania po świecie, żartowania i zabawy" – notował pisarz sześć lat temu (na Jacekbochenski.blox.pl). – Zmarła nagle w ostatnią niedzielę sierpnia 2011 roku. Mieszkała samotnie. Znaleziono Ją martwą siedzącą przy stole nad kolacją, przed włączonym telewizorem. Podobno taką śmiercią, lekką i nieświadomą samej siebie, Bóg nagradza dobrych ludzi.

***

Uwaga! W związku z wystawą „Mosty” Galeria im. Sleńdzińskich w Białymstoku poszukuje ubrań z domów mody: Telimena z lat 1957-63 i Leda z lat 1965-68. Jeśli posiadają Państwo w swoich zbiorach ubrania z wymienionego okresu i wymienionych marek, prosimy o kontakt z Galerią.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Mikołaj Chrzan poleca
Więcej
    Komentarze
    Zaloguj się
    Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem
    Ulica dla Heleny Bohle-Szackiej?
    już oceniałe(a)ś
    8
    0