Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Festiwal zorganizowany został jak zwykle przez Białoruskie Zrzeszenie Studentów (skrót po białorusku - BAS, stąd wzięła się nazwa imprezy) po raz dwudziesty siódmy. Dziś jego drugi i ostatni dzień. W tym roku występuje w jego trakcie ponad dwadzieścia zespołów z Białorusi, Polski, Ukrainy i Serbii. Pięć grup, wyłonionych w lutym spośród czterdziestu zgłoszonych do eliminacji w Mińsku, wystartowało wczoraj na początku imprezy w zmaganiach konkursowych.

Tworzą białoruską historię

Barbara Piekarska (na co dzień lekarka), jedna ze współtwórczyń Festiwalu Muzyki Młodej Białorusi, która organizowała jego pierwszą i trzecią edycję jako szefowa BAS w latach 1991-1992, w rozmowie z "Wyborczą" oceniła:

- Ten festiwal, także moje dziecko, jest już dorosłe, żyje własnym życiem i ma się dobrze. Porównując ten festiwal dzisiaj, z tym ponad ćwierć wieku temu - wszystko jest inne, oprócz entuzjazmu organizatorów i głównej idei, jaka przyświecała nam wtedy i przyświeca głównym organizatorom dzisiaj, w tym mojej córce [Hannie Piekarskiej, obecnej szefowej BAS - red.], czyli ściąganiu tutaj aktualnie słuchanych, ciekawych muzyków białoruskich. Zdecydowanie większy jest rozmach festiwalu. Myśmy robili go praktycznie bez pieniędzy. Dla tych młodych organizatorów, naszych dzieci, ten festiwal jest niezwykle ważny. Zdają sobie sprawę, że zajmując się jego organizacją, uczestniczą w tworzeniu części białoruskiej historii. Niesamowite jest to, że spodobało się im coś, co myśmy w swoim czasie robili, bo zwykle dzieci starają się robić coś innego niż ich rodzice, czasem na przekór. To fenomen.

Najważniejszy jest sens

Kontrowersje na tegorocznych - jak się festiwal potocznie określa - "Basach" wzbudził fakt, że uczestnicy konkursu śpiewali po rosyjsku. Wymogiem udziału było wykonanie co najmniej jednej piosenki, a nie wszystkich w języku białoruskim. Sami wykonawcy zdecydowali, w jakich proporcjach językowych przedstawią swój repertuar. Wywołało to nawet kontrowersje w jury. Znana mińska krytyczka muzyczna Masza Jar nie ukrywała, że poprzez ten fakt impreza ta zatraca swoje najważniejsze znaczenie, czyli przestaje być nośnikiem białoruskości, a wyłącznie muzycznych wartości.

Wśród publiki - jak co roku zapełniającej niemal po świt polanę Boryk - zauważyliśmy Franaka Wiaczorkę, byłego przewodniczącego opozycyjnego Młodego Frontu, publicystę. W rozmowie z nami był przekonany:

- "Basowiszcza" to katalizator białorutenizacji. Utalentowani, młodzi białoruscy twórcy, którzy mają potrzebę wyrażania swojej aktywności, ale nie dołączają do ruchów politycznych, trafiają tutaj i śpiewają bo białorusku, bo to wymóg konkursu. Po tym konkursie na Białorusi przed nimi wszystkie drogi są otwarte. Zapraszani są zarówno na niezależne imprezy, jak i państwowe. Przykład: "Navi" [występował wczoraj - red.], który tutaj zwyciężył, a ostatnio był kandydatem Białorusi w konkursie piosenki Eurowizji, czy wystąpił na państwowym festiwalu Słowiański bazar w Witebsku. Śpiewa zarówno po rosyjsku, jak i po białorusku. To młodzi ludzie bardzo świadomi białoruskości, białoruskością żyją. Połowa piosenek w konkursie była po rosyjsku, ale Białoruś jest zrusyfikowana: telewizja jest tylko rosyjskojęzyczna i w ogóle cała przestrzeń publiczna jest taka. Niektórzy chłopacy po występie w części konkursowej mówili do siebie z żalem: a trzeba było nam śpiewać, jednak tylko po białorusku. "Basowiszcza" to nie tylko ot taki kulturalny projekt, ale ważny obywatelsko-polityczny, który pomaga Białorusinom zachować swoją białoruskość, obronić się przed tym tzw. ruskim mirem.

Nie mogło zabraknąć wśród słuchaczy i Leona Tarasewicza, uznanego na świecie malarza z Walił. Kiedy tylko może, jest na festiwalu, którego jest jednym z pomysłodawców. Teraz stwierdził:

- Każde pokolenie stwarza swoją muzykę. Jestem już osobą w wieku, która patrzy na to z dystansu i nie mam pełnego oglądu białoruskiej sceny muzycznej. Prawie w ogóle nie słucham obecnie muzyki, tylko audiobooków. Dla mnie nie ma znaczenia, czy oni śpiewają po białorusku, czy po rosyjsku. My, Białorusini w Polsce rozmawiamy po polsku, oni w kręgu kultury rosyjskiej używają rosyjskiego. Język to nie jest warunek białoruskości, którego koniecznie trzeba się trzymać. Najważniejszy w sztuce jest sens. Jeżeli jest sens i powód, dla którego ktoś tworzy, to obojętne w jakim języku się to robi. I tak będzie ważna. Znam wielu akademików, którzy wytwarzają prace plastyczne nikomu niepotrzebne. Tak samo jest ze światem muzycznym.

Zdrowsze podejście do białoruskiego

Zwycięzcą tegorocznego festiwalowego konkursu został zespół .K. Jego wokalistą jest pochodzący z Grodzieńszczyzny Jauhień Kuczmienia. Białostoccy słuchacze mogą go pamiętać z ubiegłorocznej edycji festiwalu Halfway. Eksperymentuje z dźwiękiem i dialoguje z publiką, operując podtekstami.

Poziom tegorocznego konkursu ocenił członek jury Uładzimir Liankiewicz, lider i gitarzysta zespołu TonqiXod (laureat ubiegłorocznych zmagań konkursowych; zespół ten występuje dziś od godz. 19.30):

- Bardzo mi się podoba, że poszerzają się granice stylów, jakie są na tym festiwalu prezentowane, w tym w trakcie konkursu. Już nie tylko można tu posłuchać ciężkiego rocka, ale i np. eksperymentalnej muzyki elektronicznej w połączeniu z bluesem - jak w wykonaniu zespołu Intelligency, czy rocka, ale w bardzo ciekawym składzie instrumentalnym: skrzypce, akordeon, bębny, bez gitar czy klawiszy - jak w przypadku grupy Haina.

Uładzimir podkreślił: - Najważniejszą cechą dzisiejszej muzyki młodej Białorusi jest to, że jest już ogromnie różnorodna. Nie ma jednego wyróżnika: gramy podziemny rock po białorusku i już. Mam nadzieję, że właśnie w tej różnorodności mogą znaleźć się nowe perły białoruskiej muzyki. Już się ujawniają. Potwierdzeniem tego są zespoły, które prezentowały się w Mińsku na eliminacjach. Język białoruski wciąż jest wartością takich utworów, ale nie jest już traktowany z nabożeństwem. Po prostu nim się żyje. Podejście do białoruskiego jest zdrowsze. Dla wielu śpiewanie po białorusku jest czymś normalnym, nawet jeśli na co dzień rozmawiają po rosyjsku.

W piątek na scenie nie zabrakło białostockiego zespołu Ilo&Friends i jego liderki Ilony Karpiuk, która też zasiadała w jury konkursu. "Wyborczej" zwierzyła się: - Nową płytę wydamy najwcześniej za rok. Nasz klawiszowiec ma nowy instrument, więc szukamy nowych muzycznych przestrzeni. Gitarzysta zmienił piec, co też wpływa na efekty całego naszego grania. Wczoraj nawet nazwaliśmy nasz nowy gatunek muzyki, jaką teraz uprawiany. To: neopostprogresivelekctrorock.

- A co to jest? - dopytywaliśmy.

- No właśnie nie wiem. Tak nam wczoraj w duszy grało.

Zaraz potem Ilona zaznaczyła całkiem serio: - Wszyscy na Białorusi psioczą, że jest tam źle z młodą muzyką, ale ja uważam, że małymi kroczkami jest coraz lepiej. Dzisiaj są inne czasy niż te 27 lat temu i czasy determinują to, co się na scenie pojawia. To widać w muzyce prezentowanej na tym festiwalu. I to dobrze.

Dzieciuki, Re1ikt, 0-85...

Z entuzjazmem przyjęto w piątek wspólny projekt krakowskiego zespołu Hańba! i grodzieńskiego Dzieciuki, który w swoich piosenkach odwołuje się do białoruskich wątków historycznych, w tym do partyzantki antysowieckiej w czasie ostatniej wojny, powstania styczniowego oraz postaci Kastusia Kalinowskiego, ale i np. Tadeusza Kościuszki, do którego jako bohatera narodowego przyznają się zarówno Polacy, jak i Białorusini. Paweł Trublin (na co dzień elektryk), członek tej grupy, wyjaśniał "Wyborczej":

- Zaczęliśmy podejmować tę historyczną tematykę, bo ta tematyka nie jest na Białorusi podejmowana. Historia, która wykładana jest u nas w szkołach sprowadza się przede wszystkim do II wojny światowej i czasów ZSRR. To, co było do czasów Związku Radzieckiego - nie to, że jest skrywane - ale o tym się po prostu nie mówi, jak o partyzantce antysowieckiej czy o Głodomorze (wielkim głodzie) jaki był i na Ukrainie. Białoruś ma dzisiaj takich a nie innych przyjaciół [chodzi o Rosję - red.] i władze muszą mówić, że zawsze panowały między nami dobre stosunki, a tak nie było. W istocie u nas nie jest wykładana historia a ideologia. Okazuje się, że Białorusini nie zawsze byli takim spolegliwym narodem jak stado baranów, a mieli odwagę wypowiadać własne zdanie, sprzeciwiać się imperiom. Byli pełnym męstwa, odważnym narodem. Mówię o ich odwadze w obronie swoich domów, ziemi, rodzin, a nie jakiejś agresji. Chcemy przez naszą muzykę spowodować, aby do Białorusinów odnoszono się jak do ludzi, a nie właśnie jak do jakiegoś stada.

W wykonaniu jednej z kultowych grup, która wczoraj pojawiła się na scenie - Re1ikt, można było usłyszeć piosenki z nagradzanego już wielokrotnie na Białorusi ich ubiegłorocznego, najnowszego albumu "Lekawyje trawy" ("Zioła lecznicze"). Zmicier Narkiewicz, gitarzysta basowy grupy opowiadał nam:

- Ten nasz album składa się z piosenek autorskich do słów białoruskich klasyków literatury jak Jakuba Kołasa oraz pieśni ludowych w naszym opracowaniu z Polesia i rejonu witebskiego, z północnej części Białorusi. Chcemy przede wszystkim przekazać ludziom dobrą energię, żeby słuchając naszej muzyki, odczuwali przypływ sił. Żeby czuli, że w ich życiu wszystko, co dobre, jest możliwe.

Z Re1iktem zaśpiewał wczoraj w nocy Jurka Osiennik, lider nieistniejącego już zespołu 0-85, który powstał piętnaście lat temu. Dzisiaj ta kapela Białorusinów Białostocczyzny przed północą zaprezentuje się na scenie w Boryku wyjątkowo jeszcze raz.

- Reaktywowaliśmy się, żeby wydać płytę - dwupłytowy album "Turritopsis Nutricula". Namówił nas do jej nagrania jeden z fanów i wszystko zorganizował. Wyjdzie najpewniej w listopadzie. Będzie na niej większość kawałków, które wykonywaliśmy. Na głównej płycie znajdzie się trzynaście kawałków, a na drugiej - wersja bonusowa, czyli utwory w wersji akustycznej z 2011 r. z "Basów".

Tytuł płyty to łacińska nazwa gatunku stułbiopława, jedynego znanego przedstawiciela świata zwierząt, posiadającego zdolność całkowitego powrotu do stadium niedojrzałego płciowo po osiągnięciu dojrzałości płciowej, co potencjalnie daje mu biologiczną nieśmiertelność - mówi Osiennik.

Strefa graniczna: teatr, literatura, film

Już tradycyjnie festiwalowym koncertom towarzyszą "BASmieżża" (mieża - w tłumaczeniu z białoruskiego: granica), w ramach których przygotowano m.in. pokaz białoruskiej animacji, warsztaty teatralne i prezentację spektaklu Teatru Czrevo "Ksenia" inspirowanego postacią prawosławnej świętej - Kseni Petersburskiej. Niezależni wydawcy z Białorusi zaprezentowali swoje najnowsze publikacje. Szefowie tych wydawnictw: Andrej Januszkiewicz, Aleś Paszkiewicz i Zmicier Wiszniou żalili się:

- Nie mamy rynku wydawniczego z prawdziwego zdarzenia jak na Zachodzie. Problem na rynku książki na Białorusi polega przede wszystkim na tym, że nie ma normalnej komunikacji między czytelnikami a wydawcami. Jedni drugich nie szukają. Książki, które wydają niezależne wydawnictwa, nie docierają do masowego czytelnika, zresztą nie tylko wydawnictw niezależnych. I nie chodzi o to, że zawsze w tym przeszkadza państwo. Pytanie jest w tym, co robimy sami jako wydawcy, żeby dotrzeć do czytelnika - zdecydowanie za mało.

W pierwszym dniu festiwalu wystąpił też m.in. zespół Krambambula z legendarnym Lawonem Wolskim, który już z początkiem września na scenie Opery i Filharmonii Podlaskiej będzie współrealizował ponownie kultowy projekt muzyczno-literacki: "Narodnyj albom" (na potrzeby telewizji Biełsat). Dzisiaj gwiazdą będzie zespół Jazzombie (wspólny projekt grup Lao Che oraz Pink Freud). Muzycy na płycie "Erotyki" sięgają po twórczość przedwojennych polskich poetów jak Leśmiana czy Tuwima. Wystąpi też m.in. serbski folkowo-punkowy zespół Erik and the Worldly Savages oraz kolejna kultowy już grupa :B:N. A po północy mają zagrać niewątpliwe gwiazdy "mocnej" białoruskiej sceny muzycznej Brutto oraz Znicz.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.