Błyszczące oczy, ciągle piękna twarz, fryzura na pazia, niewiarygodny humor, anegdoty sypane jak z rękawa. Danuta Szaflarska podbiła serca widzów, którzy w Białymstoku przyszli tłumnie na pokaz dokumentu "Inny świat". Po stuminutowym blisko filmie widzowie przez kolejną godzinę zadawali pytania aktorce i dziękowali jej za przyjazd.
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Bo też i Danuta Szaflarska zaraża pogodą ducha, rozbawia dystansem do świata - jej podejście do życia, mimo różnych przeciwności losu, świetnie uchwycił dokument "Inny świat".

- Ja od razu czuję się lepiej, gdy panią widzę, jest w pani coś takiego, no nie wiem co... - mówiła jedna z pań obecnych na pokazie w kinie Forum w niedzielne popołudnie.

- My wiedzieliśmy o magii pani Danuty, ale dopiero, gdy zaczęliśmy wspólną pracę, ulegliśmy jej urokowi. To chyba jedyna taka osoba na świecie, która w wieku 98 lat gra w dwóch teatrach, w trzech sztukach, niedawno z Teatrem Rozmaitości w Warszawie wróciła ze spektakli w Petersburgu - mówi Dorota Kędzierzawska, reżyserka prezentowanego filmu. To właśnie ona obsadza Danutę Szaflarską w każdym swoim filmie. Ich przyjaźń datuje się od czasów "Diabłów, diabłów" (1991). Potem były kolejne filmy - "Nic" i "Pora umierać".

Aktorka, jedna z największych osobowości aktorskich filmu i teatru, na koncie mająca około 100 ról teatralnych, mówiła na spotkaniu: - Jestem szczęśliwa, że pani Dorota napisała dla mnie scenariusz "Pora umierać". Zagrałam, ale jakoś tak żyję do tej pory. Nasza współpraca, pamiętam, zaczęła się, kiedy byłam na wakacjach. W czasie deszczu przyjechał człowiek ze scenariuszem pani Doroty. Ja jeszcze nie wiedziałam wtedy, kim ona jest. A w scenariuszu był list od pani Doroty z mniej więcej taką treścią: "proponuję pani rolę wiedźmy w moim filmie "Diabły, diabły". Pisząc rolę wiedźmy, widziałam panią". Od razu pojechałam do miasteczka do telefonu, zadzwoniłam. Tak koniecznie, wiedźmę to ja chcę. I tak już poszło. Od pani Doroty właściwie zaczęło się moje drugie aktorskie życie. Potem była rola jędzy w kolejnym filmie, następnie "Pora umierać", którego scenariusz powstał z myślą o mnie. Ten ostatni dokument - "Inny świat" wziął się chyba z opowieści na lotniskach. Latałyśmy razem na pokazy tych wcześniejszych filmów, podczas czekania na loty, opowiadałam o sobie, zanudzałam opowieściami i w końcu pani Dorota uznała, że może być z tego film. Poprosiła o zdjęcia. Ja gadałam. I jest teraz film.

Kędzierzawska: - Kręciliśmy pięć dni, montowaliśmy rok. Za każdym razem bolało nas serce, gdy musieliśmy wyrzucać kolejne opowieści, anegdoty pani Danuty. I tak film się bardzo rozrósł - najpierw miał trwać 37 minut, ostatecznie trwa 97. Może z tego co wyrzuciliśmy - zmontujemy kolejny?

Publiczność: - Koniecznie!

W "Innym świecie" Szaflarska mówi o sobie i swoich bliskich, o przedwojennym życiu w Kosarzyskach (koło Piwnicznej-Zdrój), gdzie jej rodzice uczyli w wiejskiej szkole, o studiach w szkole aktorskiej prowadzonej przez Aleksandra Zelwerowicza w Wilnie, o wileńskim Teatrze na Pohulance, o tragicznych czasach wojny i mieszkaniu w palącej się popowstaniowej Warszawie, o powojennych "Zakazanych piosenkach" i "Skarbie". Szaflarska ani na chwilę nie traci pogody ducha, nawet gdy mówi o najsmutniejszych momentach swego życia. Wszystko krasi barwnymi anegdotami, którymi rozśmiesza widzów.

Wspomnienie o ks. Popiełuszce

W filmie przez moment wspomina o tym, jak na 40 lat odeszła od Kościoła i wróciła do niego dzięki ks. Jerzemu Popiełuszce (pochodzącemu spod podlaskiej Suchowoli). Jeden z widzów po pokazie pociągnął ten wątek. Aktorka chętnie mówiła o spotkaniu z ks. Jerzym.

- Od Kościoła odeszłam trochę przez księży. Takie rzeczy widziałam, że nawet chciałam przejść na grekokatolicyzm, bo tam przynajmniej księża się żenią. Po powstaniu spotykałam różnych księży, którzy namawiali mnie do udziału w mszach i tak dalej. Ja odpowiadałam: nie mogę, nie czuję potrzeby, nie wierzę, nie chcę. I dopiero gdy ks. Jerzy się pojawił, coś się we mnie zmieniło. On wrócił mi wiarę, był cudowny. gdyby nie on, to myślę, że mnie już by dawno nie było - mówiła Danuta Szaflarska. - Pamiętam, w stanie wojennym byłam w Komitecie Prymasowskim. Dostałam polecenie, by chodzić na procesy. Któregoś dnia przysiadł się do mnie młody człowiek. Okazało się, że był to ks. Jerzy Popiełuszko. Myślę sobie: no nie najlepiej. A on po wszystkim mówi: "To co, idziemy na kawę?" No to ja myślę: a to już lepiej. Zapytał mnie: "Czy pani może w kościele przeczytać wiersz?". Ja: - Nie, bo ja nie chodzę do Kościoła i jestem niewierząca. A on na to: "To nie szkodzi, nie musi pani".

Nigdy ani jednym słowem nie próbował mnie nawracać. Ale ja patrzyłam na niego. Jak postępował, kim był, jaki miał stosunek do ludzi. W końcu przyszedł taki moment, że mówię do niego: - Słuchaj, chciałabym się wyspowiadać. Ale tak po 40 latach? To jak? A on na to: "Hurtem zawsze łatwiej". Cudowny człowiek, pełen radości życia, energii. A przecież był schorowany, w wojsku, kiedy kazali mu podeptać różaniec, a on nie chciał, to trzymali go na bosaka na mrozie. On naprawdę wychodził z założenia, że zło dobrem trzeba zwyciężać. Otoczony zawsze młodzieżą, pełen miłości. Opowiadała mi znajoma, która poszła do niego do spowiedzi, że mówi podczas tej spowiedzi mu różne grzechy, a on do niej: "Ty mi tu nie nudź, lepiej powiedz, czy ty nienawidzisz?". Ona: - Tak. On : "To rozgrzeszenia nie dostaniesz. Przemyśl, jak mogłabyś zdusić w sobie to uczucie nienawiści". Znajoma pochodziła po podwórku, przemyślała, potem wraca i mówi: - Spróbuję. Dostała rozgrzeszenie. Popiełuszko wychodził z założenia, że jak już wchodzisz do kościoła i żegnasz się wodą święconą, to wybaczone są grzechy powszednie - te właśnie, którymi wierni zanudzają księży. Dużo ważniejsze są te grzechy ciężkie, nimi się trzeba zajmować. Mam z nim ciągły kontakt. Mówię do niego w myślach. Tak się jakoś złożyło, że po jego śmierci zaczęłam grać. Dziękuję mu za to zawsze, bo to prezent od niego. Do Kościoła mam różne pretensje, bo wiele rzeczy mi się w nim nadal nie podoba. Ale co innego wiara, a co innego Kościół. Ale to trzeba mieć takie szczęście jak ja, by spotkać świętego.

Mówiła o roli w "Pokłosiu" Pasikowskiego.

- Jestem zadowolona, że ciągle gram. Teraz mam okres filmowego szczęścia - u pani Kędzoierzawskiej, zagrałam w "Pokłosiu". Mówię w tym filmie przerażające rzeczy, takie słowa zabijają, paraliżują. To ciężkie dla Polski. Byłam w Yad Vashem. Widziałam, ile Polaków uratowało Żydów, ale też zdarzały się sytuacje takie jak w Jedwabnem. O tym trzeba mówić. Nie uciekać od tematu.

Bawi mnie ta nadchodząca setka

Ktoś z sali pytał, o czym marzy Danuta Szaflarska. - Hmm... Chciałabym móc do końca życia chodzić, umrzeć, będąc w ruchu. No i chciałabym dożyć setki, bo to byłoby strasznie śmieszne. Mnie to bawi, te moje nadchodzące sto lat. Nie wiem co prawda, czy mi się uda, bo to jeszcze ponad dwa lata, ale to byłoby naprawdę śmieszne.

Spotkanie odbyło się w ramach cyklu Podlaska Akademia Kultury, organizowanego przez Białostocki Ośrodek Kultury i Towarzystwo Amicus.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Jarosław Kurski poleca
Więcej
    Komentarze
    Zaloguj się
    Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem