Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Jakub Medek: Słuchając niektórych europejskich polityków można odnieść wrażenie, że sytuacja w Białorusi, jeśli chodzi o przestrzeganie praw człowieka, ulega poprawie.

Aleś Bialacki*: Ostatnia dobra rzecz w tej materii, jaką władze zrobiły, to wypuszczenie mnie z kolonii karnej rok temu. Za kratami wciąż siedzi sześciu więźniów politycznych. Np. pod koniec ubiegłego roku do kolonii karnej trafił Jurij Rubcow. Walczył o prawa socjalne, o to, by nie pracować za grosze. Zrozumiał, że bez zmiany systemu politycznego w tej materii nie zmieni się nic. Zaczął więc nosić koszulkę z napisem "Łukaszenko odejdź". Pytano, czy ma świadomość tego, że ryzykuje uwięzieniem. Odpowiadał, że wie, ale to jego walka o ludzką godność. Podczas procesu o tę koszulkę miał się dopuścić obrazy sądu i za to dostał formalnie wyrok, dwa i pół roku, ze względu na amnestię skrócony o rok.

Państwo represjonuje też osoby, które już siedzą. Kilka miesięcy temu anarchista Mikałaj Dziedok na kilka dni przed zakończeniem trwającej 4,5 roku odsiadki dostał kolejny rok. Tak samo postępowano z dysydentami w Związku Radzieckim, tyle że wówczas dokładano im trzy lata. Obecnie mamy w Białorusi system postsowiecki, to więc dołożyli tylko rok. Ale na tej zasadzie, tak jak i wówczas, można ludzi trzymać w więzieniach bez końca.

W znacznie gorszych warunkach niż dotychczas swój sześcioletni wyrok odsiaduje też osadzony w 2011 roku Mikałaj Statkiewicz, ostatni z uwięzionych kontrkandydatów Łukaszenki z wyborów prezydenckich w 2010 roku. Kilka miesięcy temu z kolonii karnej przeniesiono go do więzienia, do pojedynczej celi. Siedzi w piwnicy, raz dziennie na kilkadziesiąt minut wyprowadzany jest na betonowy spacerniak. Trzeba mieć bardzo mocne zdrowie i silną psychikę, żeby to przetrzymać.

Pamiętam, jak po pobycie w więzieniu podczas śledztwa trafiłem do kolonii. Chociaż nadal byłem za drutami, miałem wrażenie, że wyszedłem na wolność.

Czy w związku z zaplanowanymi na grudzień wyborami prezydenckimi władza nasiliła represje?

- W ostatnim czasie państwo wzmocniło naciski na niezależnych dziennikarzy, po to, by zmusić ich do zmniejszenia aktywności. Do tego w ubiegłym roku znowelizowano przepisy o środkach masowego przekazu, umożliwiając władzom blokowanie "nieprawomyślnych" portali internetowych. Na mocy tego prawa już zastraszają internet, uderzając np. w witryny muzyczne. Przy czym nikt nie wie właściwie, na jakiej podstawie wybierają cele.

To stały nacisk psychologiczny, takie salwy po placu, by zastraszyć społeczeństwo. Podobnie jest z więźniami politycznymi. Ktoś mógłby powiedzieć, że jest ich tylko sześciu, że wcześniej było więcej. Ale to wyraźny sygnał dla Białorusinów - oni siedzą, wy też możecie.

Swego czasu Vaclav Havel napisał, że by kontrolować społeczeństwo, nie trzeba zabijać tysięcy, wystarczy kilku posadzić. Więźniowie polityczni pokazują społeczeństwu, że aparat represji jest gotowy do działania. Dziś siedzi sześciu, jutro może siedzieć 60, pojutrze 600. Oczywiście, że sytuacji w Białorusi nie można porównywać np. z Uzbekistanem. Ręce, które nas duszą, są w rękawiczkach. Ale i nasz reżim jest, w mojej opinii, niereformowalny.

Jesienne wybory prezydenckie mogą go znieść?

- Zostaną przeprowadzone według tego samego co dotychczas prawa wyborczego. A to zakłada chociażby kontrolę nad komisjami wyborczymi przez władzę wykonawczą. Czyli zostaną znów, tak samo jak ostatnio, sfałszowane. To już nie mówię o kampanii wyborczej czy dostępie do mediów. Ten jest bowiem taki, że kampanii wyborczej nie będzie. Zamiast wyborów będziemy więc mieli show. I takie same jak pięć lat temu wyniki - zwycięstwo Aleksadra Łukaszenki.

Jak powinna postąpić jesienią opozycja. Wystawić jednego kandydata, kilku, czy może zbojkotować wybory prezydenckie?

- Wiesna zajmuje się obroną praw człowieka, nie polityką. Doradzanie w kwestii taktyki nie jest naszym zadaniem. Jakiego rozwiązania by opozycja nie przyjęła, dobrze było, żeby trzymała się razem. Ale to sytuacja, w której czego byś nie zrobił, będzie źle. Nie ma dobrego wyboru.

To co robić, by zmienić Białoruś?

- Pracować ze społeczeństwem, zwiększać jego świadomość. W systemie autorytarnym państwa nie zmieniają politycy, ale szerokie masy. Do poważnych zmian potrzebne jest więc społeczne poparcie. Nie trzeba czekać na cud wyborów, ale nastawić się na organiczną pracę, której efekty przyjdą po 5-7 latach. Jakąś perspektywę daje pogarszająca się sytuacja ekonomiczna, ale to też nie jest kwestia zmian dziś czy jutro. Owszem, mamy kryzys, ale nie jest on bardzo mocny.

Sytuacja ekonomiczna osłabia władze?

- Ma ona teraz spory problem wynikający z kryzysu, będącego w znacznej mierze pochodną kryzysu w Rosji. Mamy do czynienia ze znaczącym osłabieniem rubla, do tego jest kłopot ze zbytem krajowych towarów, magazyny są przepełnione. Ludzie ich nie kupują. Sporo fabryk przeszło na niepełną produkcję, ale pracownikom trzeba płacić, przed wyborami nikt nie zdecyduje się na zwolnienia, by nie zwiększać społecznych napięć. To kosztuje. Wcześniej braki władza łatała pieniędzmi z Rosji, obecnie Rosja nie może jednak dawać tyle co wcześniej. Stąd bierze się zresztą pozorne ocieplenie stosunku prezydenta Łukaszenki do Unii. Bo szuka tam pieniędzy, żeby załatać dziury.

Stąd jego nieustanne lawirowanie, pełne paradoksów. Władza deklaruje, że jest gotowa na zmiany i współpracę, a w kwestiach więźniów politycznych, praw człowieka czy kary śmierci nie ma jednoznacznych odpowiedzi. Pusta, populistyczna retoryka.

Z jednej strony władza nie uznaje aneksji Krymu, z drugiej nie chce podpisać w Rydze rezolucji ją potępiającą. Położenie Łukaszenki jest trudne, on jest zaniepokojony wydarzeniami w Ukrainie. Bo skoro "Krym nasz", to dlaczego jutro nie "Białoruś nasza"? Jednak współpraca między Rosją a Białorusią, ekonomiczna i militarna, poszły bardzo daleko. Nawet zrobienie jednego kroku w tył jest dla władz bardzo trudne. Weszliśmy do pułapki na myszy, gdzie przynętą były tanie ropa i gaz. A ceną może się okazać niepodległość.

Jak społeczeństwo białoruskie podchodzi do zmian na Ukrainie i jej wojny z Rosją?

- Tu ogromną, bardzo negatywną rolę odgrywają rosyjskie media, obejmujące swoim zasięgiem cały nasz kraj. One prowadzą bardzo agresywną propagandę, której społeczeństwo ulega. Media krajowe, oficjalne, nie zajmują stanowiska. W tej sytuacji tylko media niezależne neutralizują przekaz Moskwy. W tym kontekście telewizja Biełsat, Radio Racja czy Europejskie Radio dla Białorusi są dla nas bardzo ważne i mamy wielką nadzieję, że te projekty będą kontynuowane.

Jak pan ocenia zakończony właśnie szczyt Partnerstwa Wschodniego w Rydze?

- Ryga okazała się dla wszystkich, więc zarówno państw Unii, jak i krajów objętych partnerstwem, wielkim rozczarowaniem. Nikt nie dostał tam tego, czego chciał. Z drugiej strony, np. Ukraina wie, co powinna teraz zrobić, by porozumieć się z Unią w sprawie ruchu bezwizowego. Trzeba pamiętać o tym, że w Partnerstwie też ścierają się bardzo różne interesy. W samej Unii podejście do kwestii zbliżenia z krajami poradzieckimi nie jest jednorodne. Polska czy kraje bałtyckie mocno do tego dążą, ale np. Francja czy Niemcy nie są gotowe na branie na siebie zobowiązań, nie chcą też pogarszać relacji z Rosją. Z państw objętych Partnerstwem Ukraina, Mołdawia i Gruzja są bardzo proeuropejskie, ale mają ogromne problemy wewnętrzne. Armenia tkwi w rozkroku między Unią a Rosją. Białoruś i Azerbejdżan na Unię plują, nie są nastawione na demokratyzację czy europeizację, zależy im tylko na unijnych pieniądzach. Oczywiście Unia nie jest doskonała, zasadnie nawet tu, w Polsce, macie do niej wiele zastrzeżeń. Ale porównać sytuację tutaj z tą na wschód od waszych granic, to jak porównywać człowieka z bólem zębów z człowiekiem, który ma gorączkę przekraczającą 40 stopni i może od tego umrzeć.

Może więc Partnerstwo Wschodnie po prostu nie ma sensu?

- Ma, tylko że głównym partnerem Unii, w przypadku Białorusi, nie powinna być władza, tylko społeczeństwo. Wszystkie działania powinny być ukierunkowane na tych, co chcą współpracować. W tej chwili jest taka sytuacja, że 90 procent środków z Partnerstwa przechodzi przez państwo, 10 poza nim. To, co idzie przez państwo, jest, jak to w systemie autorytarnym, rozkradane. Dla Białorusi do 2020 roku przewidziano 20 mln euro. Co to dla Łukaszenki, który potrzebuje 2 mld. Zresztą, przecież Partnerstwo to nie fundusz, to platforma współpracy.

Unia powinna się więc nastawić na media niezależne, organizacje pozarządowe. Trzeba wzmacniać społeczeństwo. Oni powiedzą swoje, kiedy przyjdzie na to czas.

*Aleś Bialacki - białoruski działacz społeczny, obrońca praw człowieka i publicysta. Dyrektor Centrum Obrony Praw Człowieka "Wiosna", wiceprzewodniczący Międzynarodowej Federacji Praw Człowieka, dwukrotnie nominowany do Pokojowej Nagrody Nobla. W listopadzie 2011 roku został skazany na 4,5 roku kolonii karnej o zaostrzonym rygorze, za niepłacenie podatków od zagranicznych wpłat na działalność Wiesny. W skazaniu go wydatnie pomogły informacje o kontach bankowych Wiesny, przekazane Białorusi przez Polskę i Litwę. Ministrowie obu tych krajów przeprosili za to, tłumacząc, że dane o wpłatach przekazały przez pomyłkę. Z kolonii karnej w Bobrujsku został zwolniony rok temu.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.